Tragedia górnośląska. Rosjanie mordowali, gwałcili, grabili

    Tragedia górnośląska. Rosjanie mordowali, gwałcili, grabili

    many-roads.com

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Rok 1945. Niemieccy uciekinierzy na Śląsku.

    Rok 1945. Niemieccy uciekinierzy na Śląsku. ©many-roads.com

    W styczniu 1945 roku na Śląsk Opolski weszli żołnierze Armii Czerwonej. Nie tylko po to, by bić się z Wehrmachtem. Mordowali cywilów, gwałcili kobiety, grabili mienie, wywozili mieszkańców.
    Rok 1945. Niemieccy uciekinierzy na Śląsku.

    Rok 1945. Niemieccy uciekinierzy na Śląsku. ©many-roads.com

    Do tamtych przeżyć przylgnęła nazwa "Tragedia Górnośląska". Nazwa w pełni uprawniona. Najpierw ze względu na skalę zjawiska. Trzeba pamiętać, że liczba radzieckich żołnierzy, którzy przeszli przez tę ziemię, wynosiła około 1 miliona. A to oznacza, że niemal dorównywała liczbie mieszkańców. Nie było sposobu, by uniknąć spotkania z nimi.

    Nie oznacza to, że w pamięci Ślązaków Rosjanie zostali wyłącznie jako mordercy.
    Nie tylko historycy pamiętają, że od 25 do 30 tys. z nich zginęło tu z bronią w ręku w walkach trwających w niektórych miejscach nawet do maja. Ich groby i upamiętniające ich pomniki są otoczone szacunkiem należnym zmarłym. Znicze na ich mogiłach zapalają także potomkowie tych, którzy z ich ręki ucierpieli.

    A jednak Ślązakom, gdy wspominają tamtą zimę 1945 roku, zwykle nie przechodzi przez usta słowo wyzwolenie. Zbyt wiele ludzi, najczęściej starszych mężczyzn (młodzi byli na wojnie), kobiet i dzieci wyzwolono wtedy z życia.

    Boguszyce, gdzie zginęło około 360 osób, czy niewielki podopolski Zakrzów, w którym zamordowano sto kilkanaście osób, stały się symbolami tej hekatomby. Sowieci wchodzili niemal do każdej miejscowości i niemal wszędzie zachowywali się tak samo - zabijali, jeśli tylko udało się im sforsować drzwi budynku lub piwnicę, w której ukrywali się ludzie.

    Reguł nie było

    Powodem zastrzelenia mógł być zarówno nieopatrznie użyty język niemiecki, jak i język polski. Nawet wyraźna deklaracja "jo jest Polokym" niekoniecznie chroniła od kuli. Zabijano także członków Związku Polaków w Niemczech i powstańców śląskich.

    Polscy Ślązacy ginęli na równi z niemieckimi, także robotnicy przymusowi. Bywało, że szybciej, bo byli mniej pokorni i mniej skorzy do spełniania żądań.

    Czasem - niczym francuscy rewolucjoniści - żołnierze oglądali ręce kandydatów do rozstrzelania. Bywało, że odciski od fizycznej pracy przynajmniej odwlekały śmierć. Przyspieszał ją zwykle mundur na grzbiecie ofiary. Wcale nie musiał być - i zwykle nie był - wojskowy. Wystarczyło być pracownikiem kolei, by zginąć.

    Wstępem do śmierci były często żądania materialne - kto nie miał zegarka, wódki czy roweru, musiał liczyć się z kulą, a zabudowania, w których mieszkał, podpalano. Razem z mieszkańcami - i często z tych samych powodów - ginęli liderzy lokalnych społeczności. Z rąk sowieckich sołdatów zamordowanych zostało na Opolszczyźnie około 40 księży - choć tylko 9 z nich nie znało języka polskiego - i ok. 80 sióstr zakonnych.

    Dla tamtych mordów nie ma usprawiedliwienia. Bo nie ma w cywilizowanym świecie zgody na logikę odwetu i to odwetu dokonywanego na oślep, na bezbronnej cywilnej ludności. Można się co najwyżej zastanawiać nad przyczynami takiego zachowania radzieckich żołnierzy.

    Z pewnością były złożone. Żołnierz, który pokonał setki lub tysiące kilometrów w ciągłym napięciu, ze świadomością, że cofnąć się nie wolno, bo to zdrada, znalazłszy się w "wot etoj priakliatoj Giermanii", dawał upust najgorszym instynktom.

    Wielu oprawców pewnie mściło się za niemieckie zbrodnie na wschodzie. Zresztą takie postawy podsycała radziecka propaganda. "Nie licz dni, nie licz kilometrów. Licz tylko zabitych przez siebie Niemców - o to się modli twoja matka. Zabij Niemców - o to woła twoja rosyjska ziemia. Nie wahaj się. Nie ustawaj. Zabijaj" - pisał na łamach "Czerwonej Gwiazdy" Ilja Erenburg. Do niedawna patron jednej z opolskich ulic.

    - W nocy przyszli dwaj ruscy żołnierze i załomotali w drzwi - wspomina pani Genowefa, mieszkanka Groszowic. - Po chwili wyleciała wybita kolbą karabinu szyba. Weszli. Wrzasnęli na mnie i kazali się rozbierać. Zgwałcili mnie i poszli. Nawet nie widziałam dobrze ich twarzy.

    Poczęte z gwałtu dziecko pani Genowefy żyło tylko dwa miesiące. Zanim mąż wrócił z amerykańskiej niewoli, było pochowane. Ona sama nigdy nie wyzbyła się lęku. Do dziś nie otwiera drzwi nieznajomym. Minęło 67 lat.

    Gwałty były tak powszechne, że ofiar nikt nie próbował nawet liczyć. O jego skali świadczy fakt, że w niektórych powiatach Opolszczyzny po przejściu wojska liczba kobiet chorych wenerycznie sięgała 80 procent. W powiecie kluczborskim już polskie władze stworzyły poszkodowanym możliwość dokonania aborcji. Poddało się jej ponad 120 kobiet.

    Tragiczny los nie ominął sióstr zakonnych. Nie oszczędzano nawet najstarszych - 80-letnich. Tylko wśród nyskich elżbietanek liczba zgwałconych sióstr, często wielokrotnie, przekroczyła 150.
    Gwałty dokonywane przez żołnierzy są stare jak wojna. Znały je dawne wieki, znają najnowsze czasy, by przypomnieć tylko akty przemocy seksualnej popełniane w dawnej Jugosławii. Dla żołnierzy Armii Czerwonej, zwykle źle odżywionych i niewypoczętych, był to często podstawowy sposób rozładowywania stresu.

    Wiele kobiet uczciwie przyznaje, że czasem udawało się uratować dziewczynę od gwałtu, jeśli ktoś z jej bliskich zdążył na czas przywołać oficera. Bywało, że żołnierz zostawał za to natychmiast rozstrzelany.

    Dawaj czasy!

    Żądanie "dawaj zegarek!", było wtedy tak powszechne, że stało się swego rodzaju znakiem rozpoznawczym sowieckich żołnierzy. Ale zwykle na zabieraniu zegarków się nie kończyło.

    Pani Annie z Nowej Wsi Królewskiej - jak wielu mieszkańcom - Rosjanie kazali się wynosić z domu. Wraz z rodziną uciekła do Dębskiej Kuźni. Kiedy wrócili po dwóch miesiącach, niemal cały dobytek był albo rozkradziony, albo zniszczony. Szafy leżały na podłodze. Wyglądały tak, jakby ktoś próbował w nich spać. Ocalałą cudem maszynę do szycia ostatecznie i tak zabrali Rosjanie - przekonywali, że muszą ją naprawić.

    Pani Gertruda z Raszowej opowiada, że Rosjanie zabrali z ich gospodarstwa cztery konie i krowy. Ojciec pobiegł, by ratować dobytek, ale szybko zrezygnował. We wsi płonęło kilkanaście domów. Nie miał wątpliwości, co spotka jego rodzinę, jeśli nie odda dobytku.

    Takie historie pamięć przechowała niemal w każdym śląskim domu. Ale większym problemem były demontaże całych zakładów pracy. Nie pomagały protesty nowo ustanowionych, już polskich starostów. Rosjanie rozebrali i wywieźli m.in. kędzierzyńską Blachownię, Azoty, cukrownie w Głogówku i Brzegu, zakłady metalurgicze w Zawadzkiem, koksownię w Zdzieszowicach, a nawet fabrykę obuwia w Otmęcie.

    Przy demontażu zatrudniano przymusowo ludność miejscową, wielu uprowadzając przy tej okazji do Związku Radzieckiego. W przeciwieństwie do nich część urządzeń - porzucona gdzieś po drodze - nigdy do miejsca przeznaczenia nie dojechała.

    Zabieraj się z rzeczami!

    Kuźnicę Ligocką strażnicy i milicjanci otoczyli we wczesny sierpniowy poranek w 1945 roku. Walili pięściami w drzwi i wyciągali ludzi z łóżek. Kazali zabierać rzeczy. Tyle, ile człowiek może unieść. Mówili mieszkańcom, że pojadą do Berlina.

    Ludzie zabierali pościel i jedzenie. Kto miał, także biżuterię. Pognano ich do obozu w Łambinowicach. W drodze "Vater unser" mieszało się z "Ojcze nasz". Na miejscu odebrano im dobytek. Z obozu zapamiętali przede wszystkim strach, głód, bicie i tyfus oraz pożar jednego z baraków, który stał się pretekstem, by strzelać do więźniów.

    W powojennym obozie w Łambinowicach, utworzonym w lipcu 1945 przez władze powiatu niemodlińskiego dla ludności uznanej za niemiecką i przeznaczonej do wysiedlenia oraz w celu rozwiązania sytuacji osadnictwa (trzeba było w okolicznych wioskach zrobić miejsce dla repatriantów), znaleźli się mieszkańcy wielu okolicznych wsi. Obóz działał do października 1946 i przebywało tu ok. 5 tysięcy ludzi. Zmarło ich, m.in. z powodu tyfusu, ok. 1500.

    Podobnych obozów przesiedleńczych, które z czasem zyskały miano obozów pracy, utworzono na Śląsku około stu. Szacuje się, że przebywało w nich łącznie około 25 tys. osób. Największe funkcjonowały m.in. w Toszku (4600 więźniów, śmiertelność 75 procent), Raciborzu, Łabędach, Głubczycach, Korfantowie, Zdzieszowicach. Część została utworzona jeszcze przez Rosjan, a następnie przekazana polskiej administracji.

    Do wagonu!

    Pan Wiktor z Krasiejowa miał 9 lat, kiedy po wojnie Sowieci zabrali mu ojca na Wschód. Nie pamięta daty. Wie, że było jakieś święto, bo właśnie był z mamą w kościele, kiedy ludzie przybiegli z krzykiem, że chłopów wywożą. Czasu było tyle, żeby wetknąć w ręce odjeżdżających kawałek chleba i zapamiętać twarz, kiedy mignęła ostatni raz w okienku odjeżdżającego wagonu.

    Od sąsiada, któremu udało się wrócić po latach, pan Wiktor dowiedział się, że ojciec w drodze martwił się, jak żona da sobie radę z piątką dzieci. Na Sybir nie dojechał. Konwój wyrzucił jego ciało wraz z innymi trupami z wagonu i pochował w masowym grobie.

    Ważnym elementem Tragedii Górnośląskiej są wywózki na wschód. Liczbę Ślązaków wywiezionych "krowiokami" do pracy - m.in. w kopalniach i fabrykach Donbasu, Syberii i Kazachstanu - trudno nawet oszacować. W opracowaniach pojawiają się liczby od 20 tys. do 90 tys. osób internowanych - zresztą za zgodą wielkich mocarstw - w ramach powojennych reparacji. Ostatni z nich wracali jeszcze w latach 50. XX wieku. Wielu zostało na nieludzkiej ziemi.

    O ofiarach Tragedii Górnośląskiej - zamordowanych, zgwałconych, obrabowanych, uwięzionych i deportowanych - Ślązacy zarówno z mniejszości, jak i z większości chcą pamiętać szczególnie w niedzielę 29 stycznia. Znicze zapłoną tego dnia w Łambinowicach i na wielu cmentarzach i przy pomnikach w miejscowościach naszego regionu.

    Pisząc ten tekst, korzystałem z ekspertyz nt. Tragedii Górnośląskiej prof. Ryszarda Kaczmarka (UŚl.) i dr. Marka Białokura (UO).

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (18)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (18) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo