Trembowla i jej legendy

    Trembowla i jej legendy

    fot. Archiwum prywatne

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Trembowla, widok zamku.

    Trembowla, widok zamku. ©fot. Archiwum prywatne

    Trembowla to miasteczko na Podolu, którego nazwę przed wojną znało każde dziecko dzięki legendzie o polskiej Joannie d'Arc, czyli Zosi Chrzanowskiej.
    Trembowla, widok zamku.

    Trembowla, widok zamku. ©fot. Archiwum prywatne

    fot. Archiwum prywatne

    Trzej bracia Bescy. Od lewej: Jerzy, Czesław (najstarszy) i Stanisław. W głębi matka chłopców - Tekla Beska z domu Kalińska.

    Trzej bracia Bescy. Od lewej: Jerzy, Czesław (najstarszy) i Stanisław. W głębi matka chłopców - Tekla Beska z domu Kalińska.

    Trembowla leży nad rzeką Gniezną, u jej ujścia do Seretu. Otoczona była potężnymi lasami dębowymi i bukowymi. Nazwa jej pochodziła od masowego wyrębu drzew w tych okolicach na cele budowlane, bo terebyty to po ukraińsku znaczy trzebić, wycinać.
    Poeci zwracali jeszcze uwagę, że miasto otaczał zadziwiający zapach leśnych ziół, a w Serecie żyły okazałe szczupaki. Według wspomnień mieszkającej obecnie w Kędzierzynie-Koźlu Ireny Łęckiej-Włóki, z domu Wyrozumskiej, mieszkańcy Trembowli przed Wigilią wycinali na zamarzniętym Serecie otwory dla wędkarzy, aby łowić szczupaki na wieczerzę. Bo szczupak, a nie karp, był w Trembowli tradycyjną potrawą wigilijną.

    Swoje pięć minut w historii Trembowla miała w połowie XVII wieku, kiedy Polska po długotrwałych wojnach z Turcją straciła Kamieniec Podolski - jedną z największych swych twierdz. Wówczas na kilkadziesiąt lat granica południowa Rzeczypospolitej cofnęła się głęboko na Podole. Najpotężniejszą warownią, która stanęła wówczas na drodze Turków, pragnących zająć Tarnopol i Lwów, była właśnie Trembowla. Turcy mówili: "Wzięliśmy Polakom Kamieniec. Jeśli weźmiemy im jeszcze Trembowlę, to cała Ruś i Podole nasze".

    Polska Joanna d'Arc
    We wrześniu 1675 r. pod mury Trembowli podeszła potężna armia turecka z wezyrem Ibrahimem Szyszmanem na czele. W twierdzy była tylko 200-osobowa załoga z komendantem Janem Samuelem Chrzanowskim. Widząc potęgę wroga, obrońcy zaczęli wpadać w panikę, zwłaszcza gdy zorientowali się, że Turcy zaczęli kuć w skałach pod murami otwory na ładunki wybuchowe. Zaczęły się gorączkowe narady, w których coraz częściej pojawiał się wątek, jak wypracować najkorzystniejsze warunki poddania fortecy.

    O tych planach dowiedziała się żona komendanta Zofia Chrzanowska. I jak głosi legenda, w wielkim wzburzeniu wtargnęła na naradę i zagroziła mężowi, że jeśli ulegnie presji kapitulantów, to zabije jego i siebie. I raczej doprowadzi do wysadzenia zamku, niż podda się. Determinacja Zofii Chrzanowskiej wśród kapitulantów zrodziła na nowo ducha walki. A sama Zofia Chrzanowska w rycerskim pancerzu wyprawiała się w nocy poza mury fortecy, na tzw. "wycieczki", aby uniemożliwić podkopy pod zamkiem i siać strach w szeregach napastników.

    Po dwóch tygodniach desperackiej obrony, której natchnieniem i symbolem stała się Chrzanowska, od Lwowa nadeszła odsiecz króla Jana III Sobieskiego i Turcy wycofali się. Po tym zdarzeniu Zofię Chrzanowską (która według metryk miała imiona Anna Dorota) okrzyknięto bohaterką i właśnie wówczas zyskała miano polskiej Joanny d'Arc - słynnej francuskiej dziewicy, która broniła Francji przed Anglikami w czasie wojny stuletniej.

    Trzeba pamiętać, że w tym czasie rola kobiet w historii Polski była nikła. Poza słynnymi królowymi Jadwigą i Boną tylko Zofia Chrzanowska dostąpiła takiej sławy i legendy. Napisano na jej cześć wiele wierszy, poematów, opowiadań. Portretowano ją na wielu obrazach, z których najpopularniejszym, powielanym później na setkach rycin i tysiącach kart pocztowych, był obraz Aleksandra Lessera z 1841 r. pt. "Obrona Trembowli" z Chrzanowską jako centralną postacią. Kompozytorzy Jakub Kublicki i Józef Wybicki (autor hymnu polskiego) poświęcili jej dwie opery.

    W Trembowli kult Chrzanowskiej był szczególnie silny. W mieście wystawiono jej dwa pomniki i nazwano jej imieniem główną ulicę. Nad projektami tych pomników pracowali wybitni polscy rzeźbiarze - Antoni Kurzawa i Tadeusz Barącz ze Lwowa oraz Jan Bochenek ze Strusowa, miasteczka sąsiadującego z Trembowlą.

    Trembowelski ojciec Rydzyk
    Trembowla miała szczęście do wybitnych starostów i burmistrzów. Jednym z nich był Bernard Pretwicz (ok. 1500 - ok. 1563) - słynny pogromca Tatarów, który miał związki ze Śląskiem, bo przyjaźnił się z księciem brzeskim Jerzym Wspaniałym - budowniczym śląskiego Wawelu. Pretwicz był namiętnym hazardzistą, któremu sprzyjało szczęście.

    W historii Śląska zapisana jest legenda, że przejeżdżając przez Niemodlin, zagrał w karty z hrabią Laryszem i w pewnym momencie stawka poszybowała tak wysoko, że zagrano o zamek. Pretwicz jak zwykle miał fart i wygrał. Wówczas zamek w Dąbrowie Niemodlińskiej, dziś własność Uniwersytetu Opolskiego, na siedemnaście lat trafił w jego ręce. Do dziś w herbie wiszącym na zamku w Dąbrowie jest szachownica. U schyłku życia Pretwicz zapadł w letarg i kiedy już uważano, że nie żyje, niespodziewanie się obudził. Z tego powodu wydano w Trembowli huczną biesiadę.

    Wybitnym burmistrzem Trembowli był w XIX w. Julian Olpiński (1847-1908) - syn poczmistrza, lekarz idealista, którego można by nazwać protoplastą Judyma. Ten wielki społecznik był też aktywnym politykiem, posłem do Sejmu Krajowego we Lwowie i Rady Państwa w Wiedniu.

    Zadziwiającą postacią wśród trembowelskich burmistrzów był ks. Walenty Puchała (1874-1944), który został gospodarzem tego miasta w 1930 r. Była to rzecz niespotykana, by ksiądz został burmistrzem. Puchała, niezwykle sprawny organizacyjnie, po ukończeniu seminarium duchownego we Lwowie podjął obowiązki wikarego w Trembowli i zadziwiał swoją rzutkością, pomysłowością i charyzmą jako kaznodzieja. Był w Trembowli znany również jako twórca kółek rolniczych, towarzystw mleczarskich, zakładał ochronki dla sierot i przytułki dla bezdomnych, przewodniczył kasom chorych i komunalnym kasom oszczędności. Był tak popularny i lubiany, że kiedy w 1930 r. odbywały się wybory na burmistrza, ktoś zaproponował, aby ks. Puchała zgłosił swą kandydaturę, a ten nie odmówił i wygrał z zadziwiającą przewagą. Miał temperament polityczny. Fascynowała go polityka Piłsudskiego. I kiedy w 1935 r. były wybory do Senatu RP, ks. Walenty Puchała z listy piłsudczykowskiej wystartował i znów zdecydowanie wygrał jako reprezentant województwa tarnopolskiego.

    W tym momencie wpadł w konflikt w hierarchią kościelną. Metropolita lwowski abp Bolesław Twardowski, który uważał, że duchowni powinni stronić od polityki, polecił Puchale złożyć mandat. Miał wówczas powiedzieć: "Znosiłem jeszcze twoje burmistrzostwo w Trembowli, ale teraz posunąłeś się za daleko. Złóż mandat, bo taka jest moja wola i Kościoła, który reprezentuję".

    Ks. Puchała był krnąbrny i odmówił arcybiskupowi. Powiedział, że wykona polecenie, jeżeli Stolica Apostolska je podtrzyma. Wniósł więc do Świętej Kongregacji Soboru rekurs. Wiedział, że odpowiedź nie będzie szybka, a więc ewidentnie grał na czas. Po kilku miesiącach Kongregacja przyznała rację arcybiskupowi. Wtedy ks. senator Puchała miał powiedzieć: "To tylko papież jest nieomylny. Kongregacja może się mylić. Występuję więc do Ojca Świętego Piusa XII, niech on rozstrzygnie mój spór z arcybiskupem". Gdy papież opowiedział się po stronie arcybiskupa, ks. Walenty Puchała złożył mandat senatorski i ukorzył się przez metropolitą lwowskim.

    Historyk Kościoła i świetny znawca dziejów Trembowli, będącej jego miastem rodzinnym, ks. Wacław Szetelnicki, którego miałem szczęście znać, podczas jednej z naszych rozmów we Wrocławiu, mówiąc o kontrowersjach, jakie wzbudzał, tworząc w Toruniu Radio Maryja, o. Tadeusz Rydzyk, powiedział: "Znałem osobiście ks. Puchałę, bo byłem u niego wikarym w Trembowli. I widzę ogromne podobieństwo w osobowościach i temperamencie politycznym tych dwóch duszpasterzy. Polityczne ambicje realizowane są w różnych formach i przez ludzi różnych zawodów". Księdzu Puchale było za ciasno w sutannie. Miał wielki temperament polityczny połączony ze sprawnością organizacyjną i dlatego wzbudzał ostre kontrowersje. Był przez jednych zwalczany, a przez innych uwielbiany.

    Człowiek, który rozmawiał z Berią
    W 1989 r., kiedy padał mur berliński, byłem w Londynie na stypendium. Mieszkałem przy stacji metra Wimbledon Park, na eleganckim przedmieściu, gdzie miał swą willę gen. Klemens Rudnicki - zdobywca Bolonii w czasie II wojny światowej, po gen. Władysławie Andersie i gen. Stanisławie Maczku najbardziej znany dowódca armii polskiej na Zachodzie.

    Klemens Rudnicki (1897-1992) był synem burmistrza Trembowli, Zygmunta Wolfganga Rudnickiego. W jego salonie w Londynie wisiał portret ojca i obraz przedstawiający zamek w Trembowli. Generał często przyjmował u siebie młodych ludzi z Polski. W jego domu spotkałem swego czasu Bronisława Komorowskiego, obecnego marszałka Sejmu, któremu Rudnicki już wówczas przepowiadał dużą karierę polityczną. I nie omylił się.

    Gdy wybuchła II wojna światowa, Klemens Rudnicki był pułkownikiem. Miał piękną kartę jako zawodowy oficer. Gdy pół Polski znalazło się pod okupacją bolszewicką, ukrywający się Rudnicki w kwietniu 1940 r. wpadł w ręce NKWD, ale wykazał niezwykły spryt, hart ducha, inteligencję oraz siłę woli i w śledztwie nie został zidentyfikowany. Podawał się za kupca Rumińskiego z Krakowa i dlatego dostał "tylko" pięć lat zsyłki na Sybir. Gdyby odkryto, że jest zawodowym pułkownikiem, mógłby skończyć w Katyniu albo w Miednoje.

    Gdy po układzie Sikorski-Majski zaczęła formować się pod dowództwem gen. Andersa armia polska w ZSRR, Rudnicki ujawnił swoje prawdziwe nazwisko i stopień oficerski. Dla enkawudzistów był to szok. Wiadomość ta dotarła do samego Ławrentija Berii, a ten postanowił osobiście przesłuchać więźnia-konspiratora, który wyprowadził w pole jego podkomendnych. Rudnicki, człowiek niezwykle dowcipny, po wojnie w Londynie w swojej znanej książce "Na żołnierskim szlaku" opisał tę zadziwiającą rozmowę z szefem sowieckiej bezpieki. Opisałem ją w swojej książce "Twierdze kresowe Rzeczypospolitej".

    Opolscy trembowlanie

    Gdy wysiedlano Polaków z Trembowli, duży ich transport dotarł do Niemczy i Kędzierzyna-Koźla. Niektórzy z nich do dziś tam mieszkają, jak choćby pani Irena Łęcka-Włóka (znana polonistka), która do Koźla przyjechała transportem wspólnie z babcią Marią z Nitów Poprawską oraz wujostwem Eugenią i Józefem Okońskimi. Przywiozła swego ukochanego czarnego kota. Miała wówczas 7 lat. Dopiero po kilku tygodniach z zachodu, z Niemiec, z robót przymusowych przyjechali jej rodzice - Janina z Poprawskich i Ludwik Wyrozumski, wuj wybitnego historyka Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Jerzego Lesława Wyrozumskiego, obecnie sekretarza generalnego Polskiej Akademii Umiejętności, który również po wojnie osiadł w Koźlu i tam uzyskał maturę.

    W Koźlu znaleźli swoje nowe domy Maria Duszewska, Izabela Misiewicz, Anna Piotrowska z domu Tarka, spokrewniona z rodziną Szozdów, którzy również wywodzą się z okolic Trembowli. Jan Poniatyszyn, znany dziennikarz Radia Opole, ma także trembowelskie korzenie, jego ojciec pochodzi spod trembowelskich Podhajczyk. W Budzanowie, w powiecie trembowelskim, urodziła się Janina Iszczuk z domu Reperowicz - długoletnia ordynator w opolskim szpitalu położniczym, mama obecnego dyrektora II LO w Opolu - Aleksandra Iszczuka. Z Trembowli pochodzili dwaj wybitni opolscy dziennikarze - Karol Olender, szef telewizji opolskiej, i Jerzy Opolski - znany reporter "Trybuny Opolskiej", tak niegdyś popularni, a zupełnie dziś zapomniani.

    "Słownik biograficzny nauczycieli Śląska Opolskiego" - wspaniałe dzieło Jerzego Dudy, Franciszka Dzionka i Anny Szelki - mieści kilka biografii nauczycieli pochodzących z Trembowli i jej okolic. Są tam odnotowani: Janina Jackowska ze Strusowa, Jan Szczepański z Trembowli, Kazimiera Pszenna z Pantalisz i Antoni Czarny z Zubowa.

    Jerzy Beski
    Wybitnym trembowlaninem, który od 65 lat mocno wpisuje swą biografię w dzieje Śląska Opolskiego, jest Jerzy Beski - malarz, konserwator dzieł sztuki i mebli, dziś nestor opolskich artystów, który w tym roku obchodzi piękny jubileusz 80-lecia urodzin.

    Jerzy Beski spędził w Trembowli dzieciństwo i lata chłopięce. Mieszkał przy głównej ulicy tego miasta, noszącej wówczas imię Zosi Chrzanowskiej. Jego ojciec, Michał Beski (1885-1943), był wziętym krawcem. Pochodził z podtrembowelskiej wsi Warwaryńce. Po kursach w Wiedniu i Chicago, gdzie pracował kilkanaście lat (1904-1921) w znanych firmach jako mistrz kroju, wrócił do Polski z dużym doświadczeniem i kapitałem, otworzył w Trembowli warsztat krawiecki, który zatrudniał do dziesięciu czeladników. Szyto tam głównie gotowe garnitury.

    Michał Beski był powszechnie znany w Trembowli. Żonaty z krajanką, Teklą Kalińską (1890-1943), miał z nią trzech synów: Czesława, Stanisława i Jerzego. Gdy do Trembowli weszli bolszewicy, skonfiskowali warsztat Beskiego, ale nie zdążyli wywieźć na Sybir "polskiego burżuja". Za Niemców na krótko odzyskał warsztat, ale wkrótce, w 1943 roku, stracił żonę i sam zmarł po nieudanej operacji na zapalenie ucha. Spoczął na cmentarzu w Trembowli, zachowanym do dziś.

    Wojnę przeżyło tylko dwóch Beskich - Stanisław i Jerzy. Byli wówczas chłopcami, jeden miał 18, a drugi - Jerzy - 15 lat, gdy z jednym kufrem podróżnym opuszczali rodzinną Trembowlę. Dom ich już wówczas nie istniał, bo unicestwiła go niemiecka bomba w 1944 roku. W tym miejscu stoi teraz dworzec autobusowy.

    Dziś w pracowni Jerzego Beskiego na opolskiej starówce w centralnym miejscu stoi ten drewniany kufer, z którym zmizerowani chłopcy z całym swoim dobytkiem jechali transportem na zachód. Przybyli do Koźla i tam znaleźli swój nowy dom. Wkrótce Jerzy zdał małą maturę, poszedł do liceum plastycznego we Wrocławiu i jako wyróżniający się maturzysta trafił do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jego talent malarski rozwijał się m.in. pod kierunkiem Zbigniewa Pronaszki. W 1954 r. osiadł na stałe w Opolu, wiążąc z tym miastem swoje życie i twórczość.

    W rozmowie z Jerzym Beskim najbardziej zadziwiło mnie, że ci zabiedzeni chłopcy, kompletne sieroty w 1945 r., jadąc z jednym kufrem, włożyli do niego dokumenty rodzinne, dziś bezcennej wartości: dyplomy krawieckie ich ojca, świadectwa ukończonych kursów, dyplomy wyróżnień i podziękowań za ofiarną działalność społeczną, podpisane m.in. przez ówczesnego premiera Polski Felicjana Sławoja Składkowskiego, i kilka unikatowych zdjęć rodzinnych trembowelskich fotografów.

    W urządzonej stylowo z wielkim smakiem pracowni Jerzego Beskiego przeżyłem piękny wieczór z jego wspomnieniami. Zbiegło się to bowiem z tym, że ten wybitny artysta pisze aktualnie swoje wspomnienia trembowelskie i przedstawia rodzinną wieś jego ojca i matki, niezwykłą karierę krawiecką ojca oraz historię niszczonej przez okupantów i wojnę Trembowli, unicestwiania Żydów w getcie, wywózki Polaków na Sybir, mordy banderowców na Polakach. Pisze o tym, jak sam był kilka razy na muszce ukraińskich nacjonalistów, oraz o okolicznościach, w jakich wyruszył z Trembowli na Śląsk.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (17)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (17) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo