Ukąszenia do leczenia

Rys. Andrzej Czyczyło
Rys. Andrzej Czyczyło
Do opolskich szpitali trafia coraz więcej osób pokąsanych przez różne owady i zwierzęta.

Na oddziale ratunkowym szpitala w Nysie udzielono pomocy kilkunastoletniemu chłopcu, który został ukąszony przez żmiję zygzakowatą.
- Chłopiec trafił do nas z Łambinowic - opowiada dr Jan Błoński, ordynator oddziału. - Był we wstrząsie alergicznym, miał duszności, podsypiał, mocno spadło mu ciśnienie. Przebiegało to bardzo burzliwie. Nawet nie był w stanie powiedzieć, co go ukąsiło. Dowiedzieliśmy się tylko, że włożył rękę w trawę. Na wszelki wypadek daliśmy mu surowicę przeciwko jadowi żmii. Dopiero po kilku godzinach, gdy pojawił się obrzęk kończyny oraz wystąpiły inne typowe objawy, uzyskaliśmy pewność, że chodziło o żmiję.
Chłopiec przez kilka dni przebywał jeszcze w szpitalu, zanim doszedł do siebie i mógł wrócić do domu.
- U 80 procent osób ukąszonych przez żmiję zygzakowatą - dodaje doktor Błoński - dochodzi po pewnym czasie do samoistnego wyleczenia. Natomiast 20 procent bez otrzymania surowicy umiera. Gdyby mieszkaniec Łambinowic nie uzyskał pomocy na czas, mogłoby się to dla niego zakończyć tragicznie.
Żmija ukąsiła też mieszkańca Kędzierzyna-Koźla, który został przywieziony na oddział zakaźny szpitala w Prudniku.
- Mężczyzna ten dostał już wcześniej surowicę - mówi dr Irena Szkopek, zastępca ordynatora - a do nas trafił na obserwację. Była obawa, że mogą wystąpić u niego skutki uboczne. Musiał być hospitalizowany prawie dwa tygodnie.
Pacjent Kędzierzyna urządzał ze znajomymi grilla w lesie. Gdy zobaczył żmiję, złapał ją i chciał zabić. Żmija była szybsza.

Opolszczyzna należy do terenów, gdzie jest dużo kleszczy. Szczególnie w rejonie Nysy, Prudnika i Głuchołaz.
Na oddział ratunkowy w tym pierwszym mieście zgłasza się codziennie po kilka spanikowanych osób z prośbą, aby im wyjąć kleszcza. Przez oddział chorób zakaźnych w Prudniku przewinęło się w tym sezonie już ponad 20 pacjentów, u których wykryto boreliozę, jedną z chorób przenoszoną przez te pajęczaki. Jeżeli się jej nie wyleczy w porę, grozi to m. in. poważnymi komplikacjami neurologicznymi, nawet po wielu latach.
Na oddziale zakaźnym Szpitala Wojewódzkiego w Opolu przebywa obecnie z powodu kleszczy pięć osób.
- U jednej z nich - informuje dr Jerzy Ciecierski, ordynator - stwierdziliśmy tzw. neuroboreliozę, gdyż doszło już do zajęcia ośrodkowego układu nerwowego. Przypomina to zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, a objawia się: porażeniem nerwu twarzowego, bólami głowy, wymiotami, wysoką temperaturą. Pacjent ten leży u nas od pięciu dni, a jego leczenie potrwa 3-4 tygodnie. Na co dzień pracuje on w lesie jako drwal, więc na atak kleszczy był szczególnie narażony.
U pozostałych czterech osób wykryto inną postać boreliozy, która zaatakowała stawy. Wymaga to również hospitalizacji.
- Na szczęście - dodaje doktor Ciecierski - nie odnotowaliśmy dotąd zachorowań z powodu najcięższej postaci wirusa, roznoszonego przez zakażone kleszcze, który wywołuje tzw. wiosenno-letnie zapalenie mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych.
Coraz cieplejsze zimy powodują, że niektóre owady kąsające nie zdążą wyginąć, np. dotyczy to kleszczy. Poza tym ich ukąszenia są coraz bardziej zjadliwe.
Na oddziale zakaźnym w Prudniku leżała niedawno pacjentka, którą pokąsały jakieś muszki, gdy pracowała na plantacji truskawek w Niemczech.
- Wystąpiła u niej ponad 40-stopniowa gorączka - opowiada doktor Szkopek - oraz pozostałe objawy typowe dla zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. Okazało się, że osoby, które razem z nią zbierały owoce, też ciężko zachorowały i wylądowały w szpitalu w Niemczech, a jej udało się z trudem dotrzeć do domu.

W tym sezonie 33 osobom w województwie podano szczepionkę przeciwko wściekliźnie, głównie z powodu ugryzień czy zadrapań przez psy lub lisy.
- Często ludzie sami prowokują swoim zachowaniem takie sytuacje - twierdzi dr Piotr Sarzyński, ordynator oddziału zakaźnego szpitala w Nysie. - Mieliśmy przedwczoraj chłopca, który jechał na rowerze ulicą Opawską i zobaczył idącego lisa. Zamiast to zwierzę wyminąć, dzieciak usiłował go przejechać. Lis go podrapał.
Na nyski oddział zakaźny zgłosiły się w tym sezonie z powodu niebezpiecznego "kontaktu" ze zwierzętami aż 74 osoby. W części tych przypadków udało się wykluczyć podejrzenie o wściekliznę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie