Upadek Festung Oppeln

Wykorzystano fotografie z książek "Opole 150
Przedstawiciele polskich władz pojawili się w Opolu w marcu 1945 roku, tuż po tym, jak Niemcy wycofali się z lewobrzeżnej części miasta. Przez wiele miesięcy współgospodarzami miasta byli Rosjanie, którzy Opole traktowali jak zdobycz wojenną.
Przedstawiciele polskich władz pojawili się w Opolu w marcu 1945 roku, tuż po tym, jak Niemcy wycofali się z lewobrzeżnej części miasta. Przez wiele miesięcy współgospodarzami miasta byli Rosjanie, którzy Opole traktowali jak zdobycz wojenną. Wykorzystano fotografie z książek "Opole 150
Rozmowa z profesorem dr. hab. Damianem Jerzym Tomczykiem, specjalizującym się w historii działań wojennych w 1945 roku na terenie Śląska.

- 24 stycznia minęła kolejna rocznica upadku Festung Oppeln (Twierdza Opole). Mimo upływo 67 lat mam wrażenie, że nie mając rzetelnej wiedzy o tym czasie, wielu opolan wciąż posługuje się mitami. Czy na pewno Niemcy bronili się zaciekle, Rosjanie ponieśli ciężkie straty, a podczas walk doszło do zniszczenia miasta? Bo tak pisano jeszcze kilkanaście lat temu.
- Walki o samo miasto określiłbym jako średnio ciężkie. Szturm na prawobrzeżną część Opola armia radziecka zaczęła 23 stycznia, a zakończyła już rankiem następnego dnia, gdy Niemcy, ci którzy zdołali przeżyć, uciekli za Odrę. Rosjanie nacierali z dwóch stron. Jedno uderzenie poszło od Groszowic i Nowej Wsi Królewskiej, drugie od strony dzielnicy Zakrzów. W zdobyciu Opola uczestniczyły jednostki trzech radzieckich armii gwardyjskich. Bitne i dobrze wyposażone m.in. w działa pancerne. Naprzeciwko miały zbieraninę, którą szacuję na około 10 tysięcy ludzi pod bronią. Opola broniły m.in. jednostki Volkssturmu, żołnierzy wojsk lotniczych, żandarmerii, mające do dyspozycji przestarzałe i nie używane od dawna działa belgijskie, włoskie czy radzieckie. Był też w twierdzy batalion polskich policjantów, który razem z Niemcami wycofał się z terenów Polski, zajętych już przed Rosjan.

- Polacy bronili Opola wspólnie z Niemcami? Trudno w to uwierzyć.
- Ale to fakt odnotowany we wspomnieniach podpułkownika Christiana Heinricha Stobwassera. Był szefem sztabu miasta twierdzy i miał największą wiedzę co do jednostek, jakimi dysponowali Niemcy. Zresztą to niejedyny paradoks, który pokazuje, jakie nietypowe scenariusze pisała II wojna światowa. Np. podczas szturmu Opola dowódcą jednej z jednostek był Ludwik Kurist, rodowity Estończyk. Tymczasem po drugiej stronie Odry w walkach o przyczółki uchwycone przez Rosjan pod Opolem po stronie Niemców walczyła 20. Dywizja Grenadierów SS, złożona z... Estończyków.

- Wie pan, że jeszcze trzy lata temu na opolskim ratuszu wisiała tablica informująca o tym, że w wyzwoleniu Opola uczestniczyły polskie wojska?
- Bzdura do kwadratu, żadnych wojsk polskich w Opolu w 1945 roku nie było. Co do terminu "wyzwolenie", używano go przed 1989 rokiem. Teraz piszę "zdobyte", choć nie zżymam się, gdy ktoś mówi o wyzwoleniu. Dla Polaków, którzy mieszkali tu przed 1939 rokiem, czy dla więźniów obozów to było wyzwolenie. Trudno o tym zapominać.

- Przed nami leży ksero niemieckiej mapy, z zaznaczonym przebiegiem linii obronnych twierdzy. Wynika z niej, że pierwsza linia umocnień opierała się m.in. o rzekę Mała Panew, a ta zewnętrzna linia obrony liczyła aż 85 kilometrów. Jak to pospolite ruszenie miało ją obronić?
- Żeby zrozumieć, skąd taki pomysł, trzeba się cofnąć do jesieni 1944 roku. Wówczas Opole, podobnie jak inne nadodrzańskie miasta, ogłoszono twierdzą. Miały one spełniać rolę "łamaczy fal" (Wellenbrecher), na których załamałaby się, spodziewana przez Niemców, radziecka ofensywa. Opole próbowano fortyfikować, a także gromadzić w nim zapasy umożliwiające obronę w okrążeniu nawet przez pół roku. Zbudowano też doraźny pas startowy samolotów przebazowanych z lotniska w Izbicku, a w tym celu wyburzono nawet część domów przy ulicy Oleskiej. Docelowo Festung Oppeln miały obsadzić trzy pierwszoliniowe dywizje piechoty. Tylko że w twierdzy nie pojawiła się ani jedna.

- Czy gdyby te posiłki przybyły, historia Festung Oppeln byłaby dłuższa?
- Być może, ale już próba zrobienia z Opola twierdzy była wielkim nieporozumieniem, wręcz dyletanctwem. Po pierwsze zewnętrzną linię obrony można była w wielu miejscach bardzo łatwo obejść. Po drugie absurdem było nie skorzystać z linii Odry, na której aż się prosiło, aby stworzyć mocną i silnie ufortyfikowaną linię obrony. Pierwszy dowódca twierdzy, pułkownik hrabia Friedrich Albrecht von Pfeil pewnie też widział bezsens zadania, jakie otrzymał, ale przygotowywał twierdzę do obrony zgodnie z nałożonymi rozkazami. Problem w tym, że miał za mało czasu, a brakowało też ludzi i środków, do tego, aby zbudować zaplanowane, głównie ziemne umocnienia. Do stycznia było gotowe może 30 procent okopów, zapór czołgowych czy umocnień ziemnych. Dziś powiedzielibyśmy, że Opole było taką twierdzą wirtualną.

- Może więc słusznie Ferdinand Schörner, dowódca niemieckiej grupy Armii A, który 21 stycznia był w Opolu, ocenił, że stan przygotowania miasta do obrony jest niedostateczny, a winą obarczył von Pfeila?
- Do oskarżenia von Pfeila doszło podczas słynnego spotkania Schörnera i Alberta Speera, ministra uzbrojenia i amunicji III Rzeszy w niestniejącym dziś hotelu Form na dzisiejszej ulicy Krakowskiej. Co więcej, już podczas swojego procesu po wojnie Schörner miał stwierdzić, że von Pfeil bawił się w jednej z kawiarni, w towarzystwie kobiet, gdy Rosjanie byli ledwie kilka kilometrów od granic miasta. Trudno w to jednak uwierzyć, zważywszy na wojenną przeszłość von Pfeila, a także na fakt, że w nocy z 21 na 22 stycznia popełnił samobójstwo w kwaterze, ulokowanej w siedzibie dyrekcji kolei (dziś budynek Komendy Wojewódzkiej Policji - red.). Hrabia zastrzelił się, bo miał bronić Opola do ostatniego żołnierza, a taki rozkaz był dla niego idiotyczny i niewykonalny. Tyle że gdyby von Pfeil go nie wykonał, to jego rodzina mogłaby zostać rozstrzelana. Co ciekawe, niemal tuż po jego samobójstwie rozkaz o obronie "za wszelkę cenę" anulowano i to także jeden z powodów, dla których walki o prawobrzeżne Opole były bardzo krótkie.

- Dlaczego Rosjanie nie poszli dalej i nie zdobyli całego Opola? Przecież rzeka była zamarznięta, a Odra nie jest w Opolu jakoś specjalnie szeroka.
- Ale trzeba pamiętać, że wszystkie mosty na Odrze w Opolu zostały wysadzone przez niemieckich saperów i, co ciekawe, dwa drogowe nawet wcześniej, niż chciało tego dowództwo twierdzy. To dodatkowo spotęgowało chaos wśród obrońców i spowodowało, że część sprzętu trzeba było wycofywać, korzystając z obecnego mostu kolejowego, a także przez most na wyspę Bolko. Drugim ważnym powodem, który wpłynął na zatrzymanie się frontu w samym Opolu, był fakt, że wojska radzieckie otrzymały rozkaz zdobycia przyczółków po lewej stronie Odry, ale w rejonie Folwarku czy Żelaznej. Tam trwały niezwykle zażarte walki aż do lutego. Do forsowania rzeki na całej długości w styczniu 1945 roku Rosjanie nie mieli ani ochoty, ani sił. Ofensywa zimowa też ich sporo kosztowała i np. niektóre dywizje gwardyjskie zamiast 12 tysięcy ludzi liczyły 3 do 4 tys. bagnetów. W każdym razie do lewobrzeżnej części Opola armia radziecka wkroczyła 19 marca, gdy Niemcy, uciekając z okrążenia, sami się wycofali za zachód.

- Jakie miasto zdobyli w styczniu Rosjanie?
- Opuszczone. Podczas ewakuacji trwającej od 17 do 20 stycznia z Opola uciekło około 59 tysięcy mieszkańców, a na miejscu pozostało nie więcej niż 600 osób. Ludzi wywożono specjalnymi pociągami i autobusami, ale część szła pieszo, zabierając ze sobą wózki dziecięce czy sanki, na których wieziono najcenniejsze rzeczy. Wielu uciekinierów zamarzło lub zginęło podczas ucieczki, były też przypadki samobójstw. Na Zachód popędzono także więźniów z 27 obozów pracy przymusowej, w których więźniami byli obcokrajowcy. Nie wiadomo natomiast, co stało się z setką więźniów, których 20 stycznia zwolniono z więzienia i przekazano gestapo, to jest jedna z zagadek 1945 roku w Opolu. Sporo instytucji działało niemal do samego końca. W Opolu funkcjonowała np. okręgowa dyrekcja kolei, która zarządzała ewakuacją, a w archiwum zachowały się dokumenty, z których wynika, że np. odszkodowania za domy uszkodzone wskutek amerykańskiego nalotu z 18 grudnia 1944 roku wypłacano niemal na kilka dni przed wkro- czeniem Rosjan. We wspomnieniach podpułkownika Christiana Heinricha Stobwassera jest też ciekawa relacja na temat Seppa Polsterla, szefa NSDAP w powiecie opolskim. Ppłk Stobwasser opisuje, że Polsterl - nawołujący do obrony do ostatniej kropli krwi - zniknął tuż przed wejściem Rosjan. Oficer łącznikowy, który został wysłany do opolskiej siedziby NSDAP, poinformował dowódcę twierdzy, że na stołach znalazł jeszcze ciepłą kawę.

- Przed ewakuacją uchylili się Polacy z robotnicznej dzielnicy Zakrzów. Wie pan co się z nimi stało?
- Teraz już tak. Doszło do gwałtów i morderstw, czerwonoarmiści zastrzelili trudną do ustalenia liczbę ofiar. Podpalili wiele domów, bo dla nich to nie byli Polacy, ale Niemcy, na których brali odwet za zbrodnie popełnione na wschodzie. Ten temat wymaga dodatkowych badań, choć nie ma wątpliwości, że w Opolu podobnie jak na terenie obecnej Opolszczyzny dochodziło do tragedii, które nie powinny mieć miejsca. Niemcy podają, że w samym mieście, które wówczas było dużo mniejsze niż obecnie, zamordowano ponad 200 osób, ale trzeba brać poprawkę, że to liczba wynikająca z relacji tylko jednej strony i dziś trudna do zweryfikowania. Nie chcę wyjść na kogoś, kto broni Rosjan, ale podawanie dokładnej liczby zabitych jest bardzo ryzykowne i to nie tylko w tym przypadku. Na dobrą sprawę trudno dziś podać także precyzyjnie liczbę żołnierzy, którzy zginęli podczas walk o Festung Oppeln. Dość powiedzieć, że Rosjanie potrafią pisać, że w walkach stracili aż 4 tysiące żołnierzy, a to przecież bajki i nie wiem, czy zginęło ich 400.

- A co się działo w Opolu pomiędzy 24 stycznia a 19 marca, gdy Armia Czerwona zajęła także lewobrzeżną część miasta, czyli Zaodrze, Półwieś czy Szczepanowice?
- Front zatrzymał się na linii Odry, ale spokojnie wcale nie było. Trwały pojedynki artyleryjskie, naloty, a także akcje dywersyjno-wywiadowcze. O współpracę z Niemcami posądzono np. właściciela restauracji na wyspie Bolko i zapłacił za to życiem. Są także relacje o niemieckich żołnierzach, którzy ukrywali się w kamieniołomie obecnej cementowni Odra i zatruwali życie Rosjanom. Miasto wciąż płonęło, także dlatego, że podpalenie wyznaczonych domów traktowano jako rodzaj komunikacji z obserwatorami po drugiej stronie Odry.

- Rozumiem, że nie jest pan zwolennikiem tezy, że to radzieccy żołnierze najpierw splądrowali, a potem spalili dużą część miasta.
- Podpalenia i szaber ze strony czerwonoarmistów był, to bezsporne. Nie zgadzam się jednak z takim stawianiem sprawy, że to jedyny powód. Po pierwsze część domów podpalono już podczas walk, bo Rosjanie nie patyczkowali się i w Opolu używali lekkich, plecakowych miotaczy ognia. Trzeba też pamiętać o wymianie ognia artyleryjskiego pomiędzy walczącymi stronami w czasie, gdy front stanął na Odrze. Artyleria powodowała kolejne pożary, a w mieście nie było nawet jednego strażaka i nikt ogniem się nie przejmował. Dlatego pożary często przenosiły się z budynku na budynek. Walka z nimi zaczęła się dopiero w kwietniu 1945 roku, gdy pierwsi strażacy przyjechali do Opola z Chorzowa. Wreszcie nie można zapominać o polskich szabrownikach, którzy zacierali ślady rabunków i również podpalali kolejne domy. Nie chcę nikogo oskarżać czy bronić. Pokazuję, że problem jest bardziej złożony, niż to próbują wiedzieć niektórzy moi koledzy.

- Jak to możliwe, że 67 lat od upadku Festung Oppeln nie doczekała się ona żadnej monografii? Inne niemieckie miasta twierdze znad Odry mają je od dawna i, co ciekawe, takie książki powstały nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce.
- Nie wiem. Sam się czasem zastanawiam, dlaczego tak mało historyków się tym tematem zajmuje. Caly czas szukam odpowiedzi, szczególnie źródeł i relacji z niemieckiej strony, do których przed 1989 rokiem nie miałem dostępu. Myślę, że w tym roku barierę niemocy w sprawie książki uda się przełamać. Mam już ją nawet napisaną, a teraz muszę doszlifować i znaleźć wydawcę. Tytuł roboczy już mam: "Festung Oppeln w ogniu".

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
adi

Moja sp.Mamusia mieszkanka Oppeln opowiadala ,ze opuscila miasto 23.01.1945 ostatnim pociagiem.Zaswiecila swiatlo w mieszkaniu i wyszla wiedzac ,ze nigdy nie powroci?Dokladnie nie pamietam ,ale mieszkala na Kosciuszki,gdzie byly mieszkania Reichsbahn,moj Opa pracowal na Kolei pelniac powazna Funkcje.Ewakuowano jego w Grudniu 1944 w glab Niemiec.Przypominam sobie ,ze Mamcia mowila nie bylo moznosci wczesniej opuscic Oppeln ze wzgledu na zarzadzenia owczesnych wladz pod grozba rozszczelania!!!Potem most Kolejowy zostal wysadzony przez Saperow Niemieckich.
Nadmienila ,ze stacjonowaly jednostki Ukrainskie?Idac w kierunki Dworca to stal Ukrainiec usmiechniety?

d
doda

szabrownicy na Slasku sa do dzis !!!
traktuja te ziemie (nasze ziemie) jak macocha
ale jak Slask upomni sie o swoje to od razu polski patryidiotyzm jest glosny ....
ale gdzie ten polski watek do tych ziem ???.....tylko brac nic nie dac !!!..
deptac i pluc na kulure Niemiecko-Slaska , wyzawac , osmieszac, ponizac...itd...

popatrzcie na zdjecia w NTO nasze miasta przed wojna i 70 lat po wojnie

h
helmut
Moi rodzice jako repatrianci przybyli do Opola zaraz po zajęciu go przez ruskich. Oboje wiele razy powtarzali : miasto zastali puste i NIEZNISZCZONE.Rosjanie prześcigali się w burzeniu i podpalaniu budynków.Po nich wtargnęli szabrownicy i dopiero potem polska milicja.

...a moja olma godala,ze ruscy byli jak to ruscy -ale nojgorszi byli ci-co po nich przyszli i do dzis profitujom na nieszczesciu rodowitych slonzokow...
I
Irena

Ucieszyła mnie wiadomość, że wreszcie ma szansę ukazać sie polska książka o działaniach wojennych w mieście i chyba nie tylko.

A
Almshouses onnoint

Mój ojciec też twierdził, że miasto miało niewiele zniszczeń. Przybywający mieli do zasiedlenia i zamieszkania mieszkania i domy z niemal pełnym wyposażeniem. Te zdewastowane, to efekt szabrowników, a nie Rosjan.
Co się zaś tyczy Rosjan i ich strat - nie mam dowodów, a jedynie zasłyszane "rewelacje", że gro tych strat, mowa o tych 4.000 poległych w trakcie zdobywania Opola, wg. źródeł rosyjskich, to straty poniesione z "rąk własnych". Chodzi o specjalne świetnie wyposażone oddziały NKWD idące na wojskami pierwszoliniowymi i niedopuszczające do ich cofania się, likwidujące dezerterów, a bywało też, że broniące ludność miejscową, przed bandyckimi zakusami żołdaków. W sumie patrząc z perspektywy czasu Ruscy w czasie wojny, jak i też po nie mieli poszanowania życia ludzkiego... i wroga i swoich. Stalin tak i Hitler szedł po trupach do celu, człowiek był tylko narzędziem.

Ale czy dzisiaj jest inaczej?

M
MaT

Moi rodzice jako repatrianci przybyli do Opola zaraz po zajęciu go przez ruskich. Oboje wiele razy powtarzali : miasto zastali puste i NIEZNISZCZONE.Rosjanie prześcigali się w burzeniu i podpalaniu budynków.Po nich wtargnęli szabrownicy i dopiero potem polska milicja.

Dodaj ogłoszenie