Oficjalnie spółkę cywilną prowadzą ojciec i syn, czyli Paweł i Arnold Zdzujowie. Pomaga im Irena Zdzuj, żona Arnolda. Ale biznesowych powiązań w tej rodzinie jest więcej.

Gdyby Karol Zdzuj żył i zobaczył dziś firmę swojego syna i wnuka, to ze trzy razy zakręciłby nieodłączną czapką i złapał się za głowę ze zdumienia. Nowoczesny zakład rzuca się w oczy przy wjeździe do Prószkowa. W beżowej elewacji wybijają się brązowe ramy okienne – prostokątne, okrągłe i całe przeszkolone dwa narożniki. Przez ściany ze szkła widać ekspozycję drzwi i okien, które produkuje rodzinna firma Zdzujów.

Portret seniora rodu we wspomnianej czapce na głowie, siedzącego przy biurku we własnym warsztacie, wisi w firmie „Vitra”, którą prowadzi jego najstarszy syn Paweł (rocznik 50.) z wnukiem Arnoldem.

- Ojciec nauczył mnie szacunku do pracy. Na pierwszą robotę dał mi gwoździe do prostowania. Do dziś jak widzę jakąś śrubkę na ziemi, to muszę podnieść, żeby się nie zmarnowała – opowiada Paweł Zdzuj (wypisz wymaluj twarz i spojrzenie jak na portrecie).

Ale to nie Paweł miał przejąć warsztat po ojcu. W domu było ich czworo: trzech braci i siostra. – Lekarze wykryli u mnie szmery na sercu. W tamtych czasach to było jak wyrok. Szykowano mnie do jakiejś roboty biurowej, a brata do stolarki – wspomina Paweł Zdzuj. Jednak ich losy potoczyły się tak, że to pierworodny kontynuuje dzieło ojca.

W 1978 roku Paweł Zdzuj otworzył pierwszy warsztat w piwnicy. Sam zrobił krajzegę, bo kupienie takiej maszyny w tamtych czasach było niemożliwe. Dwa lata później wybudowali z żoną Elżbietą zakład w Boguszycach. 160 metrów kwadratowych. Na środku postawili własnej roboty krajzegę. – Teść żartował, że będziemy się wokół niej gonić, tyle było wolnego miejsca – opowiada Paweł Zdzuj. Dziś okazuje się, że nawet oddany do użytku w 2004 roku zakład w Prószkowie (VVV metrów kwadratowych) jest dla firmy Vitra za mały. – Szyby nam mokną. Trzeba dobudować na nie jakieś zadaszenie – planuje senior Zdzuj. Z synem podzielili się rolami. Młodszy zajmuje się głównie kontaktami z klientami i marketingiem firmy, starszy dogląda jakości produkcji i po gospodarsku dba o zakład. Zatrudniają 40 pracowników.

Innowator z Boguszyc

W rodzinnym domu Zdzujów okna w ciągu 25 lat zmieniane były ze cztery razy, bo stolarz testował kolejne rozwiązania u siebie. Zaczęło się od tego, że ciotka z Niemiec powiedziała mu, że na Zachodzie modne są okna panoramiczne. Paweł Zdzuj zaczął kombinować, jak te panoramiczne okna zrobić u siebie. I wykombinował.

– W połowie lat 80-tych nie było u nas sprężystych uszczelek, nie było silikonu – wspomina Paweł Zdzuj. Opolanin pojechał więc na targi do Poznania, gdzie spotkał niemieckich producentów elementów do okien. Przyjrzał się ich rozwiązaniom i po powrocie do domu zaczął główkować, jak zrobić to samemu. – Wymyśliłem zawiasy, żeby okna się obracały i poszedłem je opatentować do Izby Rzemieślniczej w Opolu, a oni mnie zapytali, z jakim profesorem współpracowałem i odesłali z kwitkiem – opowiada Paweł Zdzuj. Nie zniechęcił się. Do pełni sukcesu brakowało mu jeszcze dobrych uszczelek. Znalazł takie u Niemczech, gdzie pracował. Z „saksów” przywiózł pieniądze na krajzegę i całe auto uszczelek.

Dziś poszukiwanie nowych sposobów produkcji nazywa się innowacjami, za które przedsiębiorcy są nagradzani i na które mogą otrzymać dotacje unijne. Nowe pomysły rejestruje się jako patenty, z czego ich autorzy czerpią zyski. Kiedy w modę weszły rolety, obracające się okna zaczęły odchodzić do „lamusa”. Pod koniec lat 90-tych przyszedł czas na okna uchylne, a Vitra była chyba jednym z pierwszych zakładów w Polsce, która zaczęła je produkować, współpracując ze znaną niemiecką firmą Roto.

Tak pączkuje rodzinny biznes

Paweł Zdzuj wielokrotnie w rozmowie podkreśla, że bez żony sam nic by nie zrobił. Pani Elżbieta kryguje się, że to przesada, ale po chwili przyznaje, że nierzadko bywało, że kładła dzieci spać i szła do warsztatu pracować razem z mężem. Kiedy zaczęli sprowadzać elementy do produkcji okien z Niemiec, Elżbieta Zdzuj postanowiła uruchomić własną firmę handlową.

To dzięki firmie Elżbiety ich syn Arnold poznał Irenę Filę z Dąbrówki Łubniańskiej, córkę stolarza, z którą się ożenił. Dziś Irena Zdzuj pomaga w prowadzeniu firmy mężowi i teściowi. Skończyła studia z handlu zagranicznego. Pilnuje finansów firmy. - Miałam zostać fryzjerką, pójść w ślady ciotki. Kiedy w któreś wakacje rodzice zostawili mnie do nadzorowania firmy, byłam przerażona - opowiada młoda kobieta. Dała radę. Przejęła na siebie obowiązki przygotowywania zamówień dla firmy ojca. Tak poznała Arnolda Zdzuja, który jak dziś żartuje się w rodzinie, miał „wyłączność” na dostarczanie towaru z firmy mamy do zakładu stolarskiego w Dąbrówce Łubiańskiej. Powodem była Irena.

Jerzy Fila, ojciec Ireny, miał nie lada zagwozdkę, co dalej stanie się z jego firmą, skoro w domu są trzy córki. Oprócz najstarszej Ireny - Sylwia i Beata. - Jeszcze kilkanaście lat temu kobieta prowadząca zakład stolarski - to się w głowie nie mieściło - wyjaśnia Irena Zdzuj. Dopiero kiedy senior Fila zobaczył, że najstarsza latorośl radzi sobie z prowadzeniem firmy, odetchnął z ulgą i zaczął inwestować w zakład, przekazując obowiązki także młodszym córkom.

Talent do gromadzenia pieniędzy młodsza siostra Arnolda Zdzuja, Lucyna, miała od dzieciństwa większy niż brat. - Kiedy brakowało mu kasy, chodził pożyczać od Lucyny - wspomina ze śmiechem Paweł Zdzuj. To właśnie córce - Lucynie Grel - Elżbieta Zdzuj przepisała firmę handlową, a jej męża - Andrzeja Grela - rodzina namówiła, żeby założył zakład zajmujący się montażem okien. Tak więc krewni stworzyli sieć firm, które wzajemnie się uzupełniają na rynku.

Spadkobiercy nie mają wyjścia

10-letni Aleksander Zdzuj (syn Ireny i Arnolda) najbardziej lubi grać w tenisa ziemnego. Ma też talent do piłki nożnej. – A niech sobie gra. To przecież dzieciak jeszcze – Arnold Zdzuj aż unosi brwi ze zdziwienia na pytanie, czy sportowe zapały syna nie będą kolidowały z przejęciem biznesu. – Za kilka lat przyjdzie czas na wprowadzanie go w tajniki firmy. Zawód jakiś musi zdobyć, żeby mieć się z czego utrzymać – ojciec nie pozostawia złudzeń.

Kiedy sam był nastolatkiem, wściekał się na rodziców, że gonili go do pracy w stolarni zamiast pozwolić biegać za piłką. – Teraz jestem im za to wdzięczny – zapewnia Arnold. Robotę w zakładzie zaczynał od zamiatania, potem pracował przy maszynach, żeby poznać go od podszewki. Równocześnie uczył się w zawodówce i technikum stolarskim, po którym zrobił studia z marketingu i zarządzania. To, że Arnold zostanie w firmie, było oczywiste dla jego ojca. Jak się dogadują jako współwłaściciele? – Jak jest problem do rozwiązania, to o nim dyskutujemy – zapewnia Paweł Zdzuj.

„Opa” Paweł nie wyobraża sobie, żeby Aleksander nie kontynuował tradycji rodzinnych. – Za jakiś czas sam zrozumie, że ta praca daje nam chleb – mówi ze spokojem. Najmłodszy Zdzuj ma już za sobą pierwsze wprawki stolarskie. – Szczeble do drabiny wyszlifował na glanc – chwali wnuka „opa”. – A budek na gołębie to nie malował! – wtrąca Irena. Gdyby jednak Aleksander postanowił zostać drugim Rogerem Federerem albo Robertem Lewandowskim, rodzice w odwodzie będą mieli młodszą pociechę – 4-letnią dziś Milenkę. W końcu jej mama i ciotki udowadniają, że kobiety w stolarni też są na właściwym miejscu.