W jednym stali domku

Ewa Kosowska-Korniak Nazwiska bohaterów zmieniono.
Wiodą typowy żywot zwaśnionych sąsiadów. Ostatnio cicha wojna przeniosła się na grunt sądowy i kosztowała biednych emerytów przeszło 10 tys. zł.

Jeden budynek, dwa mieszkania, dwa różne typy osobowości. Jak w bajce o Pawle i Gawle. Po lewej stronie mieszkają Nowakowie, ludzie lubiący zabawę i towarzystwo, głośne imprezy trwają nieraz do drugiej w nocy. Po prawej stronie - Kowalscy, emeryt i schorowana rencistka z dorosłym synem, ceniący sobie spokój i ciszę, zwłaszcza w czasie snu.
Zaczęło się od telefonów z prośbą o niezakłócanie ciszy nocnej, potem były telefony do dzielnicowego i brak jakiegokolwiek odzewu ze strony władzy. Wreszcie między zwaśnionymi sąsiadami zaczęło się coś w rodzaju cichej wojny.

- Nowak wcisnął mi do ręki projekt - opowiada Kowalska. - Minął mnie na schodach i powiedział, żebym podpisała zgodę. Był to projekt techniczny wewnętrznej instalacji gazowej. Nowak miał już instalację gazową, korzystał z kuchenki gazowej starego typu. Teraz chciał zainstalować gazowy piec centralnego ogrzewania, kuchenkę gazową, termoogrzewacz wody i piecyk kąpielowy.
Zdaniem Kowalskich projekt miał wiele błędów formalnych widocznych na pierwszy rzut oka (np. źle podany numer mieszkania) i technicznych, które Kowalski, jako inżynier, z miejsca wyłapał. Budynek, w którym mieszkają, jest stary i wszelkie gruntowne modernizacje, a taką jest niewątpliwie zainstalowanie centralnego ogrzewania opalanego gazem, mogą zaszkodzić starym murom. Dlatego, jako współwłaściciele budynku, nie wyrazili zgody na zaproponowany remont.
Zgoda sąsiadów była niezbędna, dlatego wobec jej braku również prezydent miasta odmówił Nowakom zatwierdzenia projektu oraz udzielenia pozwolenia na budowę wewnętrznej instalacji gazowej. Ci zaskarżyli tę decyzję do wojewody, lecz wojewoda odrzucił ich skargę. Zaznaczył, że jego decyzja jest ostateczna, a Nowakowie mogą jeszcze wnieść skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu.

Nowakowie ponieśli znaczne koszty związane z planowanymi przeróbkami. Stwierdzili więc, że nie ma innej możliwości, jak tylko walczyć sądownie, i wnieśli pozew do sądu. Tyle że nie do administracyjnego, a do wydziału cywilnego sądu rejonowego.
- Sprawa jest banalna, zakończy się na pierwszej, góra drugiej rozprawie - zapewniał Kowalskich zaangażowany przez nich opolski adwokat.
Sprawa trwała trzy i pół roku.
Tuż po odmownej decyzji wojewody Nowakowie wycofali się z pomysłu instalowania w mieszkaniu pieca centralnego ogrzewania opalanego gazem. Projektant naniósł poprawki na projekcie i powykreślał piec gazowy c.o.
Zdaniem Nowaków, nie miało to większego znaczenia.
Zdaniem Kowalskich miało znaczenie kolosalne.
- Przecież od tej pory oni, w świetle prawa budowlanego, nie potrzebowali naszej zgody - podkreśla Kolwalski, z wykształcenia inżynier budownictwa. - Tylko piec centralnego ogrzewania z systemem rur przechodzących przez sąsiednie mieszkanie wymagał takiej zgody. Oni nie robili nowej instalacji gazowej, tylko modernizowali tę, która w ich mieszkaniu już istniała. Nasza zgoda nie była im już potrzebna.
- Zawsze jeśli ktoś montuje wewnętrzną instalację gazową, montuje urządzenia, piece gazowe, musi mieć projekt i potrzebna jest mu zgoda współwłaścicieli budynku oraz nasze pozwolenie - potwierdza pracownica wydziału architektury i nadzoru budowlanego urzędu miasta. - Jeżeli natomiast to urządzenie, np. piec gazowy, już funkcjonuje, a teraz jest tylko modernizowane, wystarczy zgoda kominiarza, iż zostało podłączone prawidłowo.
- Nie musieli nas ciągać po sądach. Zrobili to z czystej złośliwości - stwierdzają Kowalscy.
- Nawet po tym, jak zrezygnowaliśmy z pieca centralnego ogrzewania opalanego gazem, urząd miasta i tak nie wydał nam zezwolenia na pozostałe urządzenia - wyjaśniają Nowakowie.
- Bo projekt zawiera błędy - komentują Kowlascy.
Wzajemne niezrozumienie bierze się między innymi z tego, że Nowakowie występują o "montaż instalacji gazowej i urządzeń gazowych", podczas gdy Kowalscy twierdzą, że w mieszkaniu Nowaków od lat jest instalacja gazowa, doprowadzona jeszcze przez poprzednią właścicielkę mieszkania.

Sąd przyjął pozew Nowaków. Przyjął, choć - jak przypomniał później sąd odwoławczy - ta sprawa należy do dyspozycji Naczelnego Sądu Administracyjnego i tam powinna być rozpoznawana.
Młoda asesor powołała biegłego z Zabrza, wpisanego na listę wojewody śląskiego, który miał ocenić projekt przedłożony przez Nowaków (to Kowalscy domagali się, aby swoją opinię w tej sprawie wystawił fachowiec niezwiązany z województwem opolskim i tutejszymi układami). Biegły z różnych przyczyn nie wywiązał się z powierzonego mu zdania.
- To Nowakowie nie chcieli go wpuścić do swojego mieszkania, dlatego nie mógł wykonać ekspertyzy - twierdzą Kowalscy. - Sąd go ukarał i wyznaczył nowego biegłego, który biegłym nie był.
Istotnie, inżynier z Opolszczyzny, który wykonał ekspertyzę, nie został wpisany na listę biegłych. Jak wynika z jego pieczątki, ma uprawnienia do nadzorowania i badania stanu technicznego instalacji i sieci sanitarnych.
- Zadzwonił, zapytał, czy może przyjechać na pomiar - opowiadają Kowalscy. - Odpowiedzieliśmy, że wprawdzie jesteśmy w trakcie tapetowania łazienki, ale zapraszamy. Przyjechał bez urządzeń pomiarowych, rozejrzał się, pożyczył od nas suwmiarkę, coś tam popisał i po 30 minutach już go nie było.
Inżynier zwrócił przede wszystkim uwagę na to, iż Kowalscy mają w łazience zalepioną tapetą kratkę wentylacyjną, co "jest niedopuszczalne i stwarza zagrożenie dla wszystkich mieszkańców budynku".

To złośliwość - mówią Kowalscy - Czysta złośliwość z jego strony. Widział, że jesteśmy w trakcie tapetowania. Zakleiliśmy kratkę tapetą, by nazajutrz, jak klej wyschnie, sprawnie wyciąć ten kawałek tapety. Przecież nie da się ciąć mokrej tapety. Poza wszystkim, szkoda że nie zauważył, iż mamy w łazience okno. Już ono gwarantuje, że zagrożenia dla mieszkańców budynku nie ma.
Autor projektu popełnił pewne błędy - stwierdził inżynier, odpowiadając na dwa pierwsze pytania sądu, ale ogólny wniosek brzmi: projekt jest zgodny z zasadami sztuki budowlanej i obowiązującymi przepisami.
Inżynier przedstawił sądowi kosztorys, z którego wynika, iż czytał dziesięciostronicowy projekt przez 15 godzin!
Zbieranie materiałów, czyli sięgnięcie do prawa budowlanego, zajęło mu 7 godzin.
Natomiast "wyjazd i oględziny instalacji gazowej" - 5 godzin.
- Tymczasem od siebie z pracy do mnie do domu ma kilometr, można tę trasę pokonać w pięć minut. Był u mnie pół godziny, a u Nowaków - 10 minut. Jakie pięć godzin? - pyta Kowalski.
Koszt swojej opinii technicznej inżynier wycenił na niecałe 3 tysiące złotych.

Kowalscy pojechali do Katowic, wzięli nazwiska biegłych wpisanych na listę wojewody śląskiego, poszli do pierwszego z brzegu biegłego i zamówili u niego ekspertyzę. Biegły z Katowic przyjechał do Opola, dokonał wszystkich pomiarów i sporządził opinię, z której wynika - mówiąc w dużym uproszczeniu, - iż projekt przedłożony przez Nowaków zawiera tyle błędów technicznych, że nawet gdyby była zgoda współwłaścicieli budynku, nie zostałby zatwierdzony przez urząd miasta.
Koszt ekspertyzy wyniósł 1220 złotych, Kowalscy zapłacili za nią i złożyli w sądzie wniosek o dopuszczenie jej jako dowodu w sprawie.
Sędzina wniosek oddaliła, stwierdzając, że sądowi wystarczy jedna opinia, a zeznania biegłego z Katowic stanowiłyby jedynie fachową ocenę opinii biegłego, a nie wniosłyby do sprawy nic nowego.
To, że inżynier, który sporządzał opinię techniczną, nie ma wpisu na listę wojewody wcale go nie deprecjonuje - dodał sąd, zaznaczając, iż inżynier ma niezbędne wiadomości i uprawnienia.
Sąd zezwolił Nowakom na montaż instalacji gazowej i urządzeń gazowych, a kosztami postępowania obciążył w całości Kowalskich.
Muszą zapłacić 3 tysiące zł za ekspertyzę, koszty postępowania - przeszło 3800 zł - i blisko 1000 zł adwokatowi strony przeciwnej. Do tego dochodzi 1220 złotych za własną ekspertyzę i koszt adwokata.
Proces kosztował Kowalskich przeszło 10 tysięcy złotych.
Odwołali się zatem do sądu okręgowego, którzy w pierwszym zdaniu uzasadnienia oznajmił, że ta sprawa w ogóle nie powinna być rozpatrywana przez sąd rejonowy. Skoro jednak została, sąd utrzymał w mocy wyrok sądu I instancji.

Kowalscy, chcąc nie chcąc, muszą zapłacić 10 tysięcy złotych, gdyż orzeczenie jest już prawomocne. Muszą, lecz nie mają z czego.
Renta inwalidzka Kowalskiej wynosi 498,19 złotych, emerytura Kowalskiego jest niewiele wyższa, a syn po studiach długo nie mógł znaleźć pracy. Dopiero trzy miesiące temu zaczął pracować.
Na domiar złego nazajutrz po werdykcie sądu II instancji adwokat Nowaków zadzwonił do Kowalskich i zaczął ich straszyć komornikiem. Co więcej, nim Kowlascy odebrali z sądu odpis wyroku (uzasadnienia nie mają do dziś), Nowakowie zdążyli już zaangażować komornika, który z miejsca... zajął połowę poborów ich syna.
- To już czysta złośliwość - załamują ręce Kowalscy. - Nie mieliśmy ani jednego wezwania do zapłaty, nie dano nam nawet możliwości dobrowolnego spłacania pieniędzy. Syn dopiero zaczął pracę, o czym Nowakowie przypadkiem się dowiedzieli. Ma podpisaną umowę o pracę tylko na kilka miesięcy, jest dobrym pracownikiem, chciał się pokazać od jak najlepszej strony. A tu takie pismo do kadr...
Komornik, po rozmowie z Kowalskimi, momentalnie wycofał się z zajęcia poborów i doszedł z dłużnikami do porozumienia. Zaznaczył, że zajął pobory syna Kowalskich, który jest współwłaścicielem mieszkania, na wyraźny wniosek pełnomocnika Nowaków.
- Jak w takiej sytuacji między nami kiedykolwiek ma być zgoda. Przecież mieszkamy ścianę w ścianę, powinniśmy być dla siebie nawzajem oparciem, a nie wrogami. Wystarczyłoby trochę dobrej woli - twierdzą Kowlascy.
- Wystarczyłoby trochę dobrej woli - przytakują Nowakowie.
Problem w tym, że każde z nich dobrą wolę rozumie inaczej.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3