Wanda Krassowska. Moje powstanie 1944

wikipedia.org/Chruściel
Płonąca ulica Marszałkowska podczas Powstania Warszawskiego. wikipedia.org/Chruściel
Obwód II - XXII AK "Żywiciel". Dzielnica: Żoliborz. Zgrupowanie "Żmija". Sanitariuszka Patrolu "Almy" ps. "Rolna", "Katarzyna".

Szafa

Wanda Krassowska
Wanda Krassowska

Wanda Krassowska

Szafa

"Szafa" - pociski rakietowe ze środkiem burzącym lub zapalającym wystrzeliwane przez Niemców z wielo prowadnicowej wyrzutni. Jej ładowanie wywoływało głośny chrobot, jakby ktoś przesuwał szafę po skrzypiącej podłodze (stąd nazwa). W pierwszej fazie lotu rakiety wydawały przerażający dźwięk podobny do ryku krowy (stąd inna nazwa tej samej broni - krowa). Rakieta zapalająca wywoływała pożar w promieniu 200 metrów od miejsca trafienia. Salwa sześciu takich pocisków zamieniała ulicę w morze ognia. Ludzie palili się jak pochodnie. Wysokość płomieni dochodziła do 3 metrów.

Postarałam się opisać wszystko, co zachowałam w pamięci z tych trudnych dni Powstania Warszawskiego. Mogę mylić kolonie czy ulice okupacyjnego Żoliborza. W gorącym okresie, pod ostrzałem, z rannymi chodziło się okopami, na zapleczach domów, przez dziury w siatkach ogrodowych, również piwnicami połączonymi przejściami z bloku do bloku. Nie znałam dobrze Żoliborza, bo w latach okupacji mieszkałam na Powiślu, przy ulicy Solec. Dopiero po kilkunastu latach od powstania nawiązałam kontakty z koleżankami z Patrolu Sanitarnego "Teresy". Po wojnie, w lipcu 1945 roku zamieszkałam w Opolu. Nie miałam nikogo bliskiego z tamtych dni, aby wspominać i utwierdzać fakty. Dopiero po wielu latach mogliśmy, dziewczyny i chłopcy, spokojnie się spotykać i wspominać nasze historie.

Kwiecień 1943 do 1 sierpnia 1944
W kwietniu 1943 roku zostałam wprowadzona przez koleżankę Stanisławę Czyżkę-Kuratczyk w szeregi służby sanitarnej oddziałów kobiecych AK na Żoliborzu. Dostałam przydział do Patrolu Sanitarnego "Alma", W jego skład wchodzili: I patrolowa ps. "Alma" - Elżbieta Tiwołowicz-Garwacka; pozostałe to: ps. "Szarotka" - Stanisława Matusiak; ps. "Misia" - Barbara Gołąbek; ps. "Katarzyna" - Wanda Krassowska; ps. "Iza" - nazwiska nie pamiętam, wysiedlona z Łodzi.

Wykłady z anatomii, chirurgii i pomocy w nagłych wypadkach prowadził dr Karol Węglewicz w swoim prywatnym gabinecie. Willa, w której mieszkał doktor, znajdowała się w uliczce przy placu Słonecznym. Słuchaczkami wykładów były trzy patrole: "Almy", "Teresy" i trzeci, którego nazwy nie pamiętam. Po zakończeniu kursu odbyłyśmy praktykę w Szpitalu Dzieciątka Jezus przy ul. Nowogrodzkiej. Praktykę odbywałyśmy na salach opatrunkowych oraz na oddziale chirurgii. Praktyka trwała 4 czy 6 tygodni. Szkolenia wojskowe prowadziła koleżanka ps. "Henryka" - Janina Szwedek. Zajęcia praktyczne i wykłady (obsługa granatu i obchodzenie się z nim oraz z innymi rodzajami broni) odbywały się na Woli, w okolicy Cmentarza Powązkowskiego, w straży pożarnej czy fabryce. Spotkania nasze odbywały się wyłącznie w niedziele, w godzinach rannych. Udział w tych zajęciach brały dwa patrole: "Aliny" i "Teresy".

Z patrolem "Teresy" związana byłam szczególnie przez trzy koleżanki. Patrol "Teresy" tworzyli:
I patrolowa - ps. "Teresa" - Makowiecka; ps. "Oleńka" - Hoffman; ps. "Marta" - Zofia Kozicka-Karolewicz; ps. "Ewa" - Maria Zbrożek-Bożko; ps. "Staszka" - Stanisława Czyżka-Kuratczyk.

Przypominam sobie przegląd patroli sanitarnych AK, który odbył się w maju lub czerwcu 1944 r. ciepłej i pogodnej niedzieli na Marymoncie, w wesołym miasteczku. Znakiem rozpoznawczym dla poszczególnych patroli były: dla "Almy" duże lizaki, a dla "Teresy" granatowe berety. W drodze powrotnej spotykałyśmy grupki dziewcząt z kwiatami w rękach, inne miały je we włosach lub z torbami konduktorkami przewieszonymi przez lewe ramię. Domyślałyśmy się, że były to nasze nieznane koleżanki z tego samego zgrupowania.
Zaprzysiężenie naszego patrolu odbyło się w obecności komendantki, starszej pani w wieku około 40 lat, w mieszkaniu rodziców "Almy" - państwa Tiwołowicz, w bocznej uliczce gen. Zajączka.

Do dodatkowych naszych zajęć należało: zdobywanie na własną rękę lewych recept na surowicę przeciwtężcową, przeciw zgorzeli gazowej oraz wszelkich środków opatrunkowych. Wiele recept otrzymałam od dr Anny Gostyńskiej, pracującej w przychodni na Woli, w pobliżu placu Kercelego, od dr. Michała Hołejki - ordynatora chirurgii Szpitala Dzieciątka Jezus, od dr. Wiesława - nazwiska nie pamiętam - który był rejonowym lekarzem, mieszkającym przy ul. Rozbrat. Zdobyty materiał składałyśmy u "Almy", która odnosiła go do wspólnego miejsca magazynowania. Na kilka tygodni przed powstaniem szyłyśmy opaski biało-czerwone; osobiście w domu uszyłam około 100 sztuk.
Na cztery dni przed wybuchem powstania patrol "Almy" zgrupowany był w stanie pogotowia na ul. gen. Zajączka (bloki Spółdzielni PKO) w mieszkaniu Marii Pogonowskiej, ps. "Marylka".

1 sierpnia 1944 r.
Około 7 rano otrzymałam zezwolenie na udanie się do domu, by zobaczyć się z rodzicami i zabrać osobiste rzeczy. O godz. 15 miałam być z powrotem na miejscu zgrupowania. W moim domu przy ul. Solec (Powiśle) dowiedziałam się od rodziców, że bracia od dwóch dni są także nieobecni (starszy - Izydor Jerzy Miernicki w Śródmieściu, a młodszy Zygmunt Krassowski na Czerniakowie). O godz. 13 przybiegła do mnie koleżanka "Iza". W wielkim pośpiechu pożegnałam się z mamą. Nie zabrałam z domu ani swetra, ani płaszcza. Poszliśmy na miejsce zbiórki ul. Dobrą, Karową na ulicę gen. Zajączka 7. Dotarłyśmy tu około godz. 14.30. "Alma" i "Szarotka" z noszami poszły już na miejsce zbiórki. "Alma", poprzez swoją teściową, p. Garwacką, przekazała nam hasło, odzew i miejsce zgrupowania - Dolny Żoliborz, ogrody działkowe przy ul. Promyka. Pani Garwacka ubrała mnie w bluzę PW swojego syna Przemka, który był już na Mokotowie.

Po zabraniu toreb sanitarnych ruszyłyśmy w drogę ul. Śmiałą, przebiegłyśmy aleją Wojska Polskiego i bocznymi uliczkami dotarłyśmy do barykady przed ogródkami działkowymi. Zza barykady widać było hełmy niemieckie. Ogarnął nas ogromny strach, ale nie mogłyśmy się wycofać, stanęłyśmy. Naraz zza barykady ktoś zawołał: hasło! Odpowiedziałyśmy: "Wolność!" - usłyszałyśmy - "Niepodległość!". Wtedy wybiegło kilku chłopców w granatowo-szarych kombinezonach, z bronią i z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Chłopców nie znałyśmy, ale uściskom i serdecznościom nie byłoby końca, ale dopingował nas pośpiech w dotarciu na miejsce zbiórki patrolu. Okazało się, że nasz patrol liczy tylko 4 osoby ("Misia" nie dotarła). Dowiedzieliśmy się, że w okolicy Zimowego Leża, gdzie mieszkała, toczyły się już walki.

Ponieważ inne patrole nie dotarły jeszcze na miejsce zbiórki, przydzielono nas do trzech plutonów - 226, 229 i 230. "Alma" po powrocie z odprawy dowódców zawiadomiła nas, że mamy przydział do plutonu 226. Około godziny 16.00 nastąpił wymarsz trzech plutonów bojowych i naszego patrolu sanitarnego. Przed wymarszem jeden z dowódców w kilku słowach przypomniał o czekających nas ciężkich walkach z okupantem. Ksiądz kapelan udzielił nam błogosławieństwa. Nazwisk ani pseudonimów księdza i dowódców nie znam.
Wyruszyliśmy z ogródków działkowych w kierunku ulicy Mickiewicza, która już była pod obstrzałem.

Szczęśliwie wszyscy znaleźliśmy się po drugiej stronie. Dotarliśmy do placu Lelewela i weszliśmy w ulicę Cieszkowskiego. Ulica Słowackiego była pod silnym obstrzałem. Nagle z ulicy Słowackiego w ulicę Cieszkowskiego wjechał czołg, strzelając z broni maszynowej. Przylgnęłyśmy do zaplecza domu przy ul. Krechowieckiej. Chłopcy przez wybite w piwnicy okno, gdzie mieściła się pralnia, wciągnęli mnie i "Izę" do środka. "Alma", "Szarotka" i czterech chłopców wycofali się za węgieł tegoż domu i tam wytropił ich czołg. "Alma" i czterech chłopców zginęli. "Szarotka" została ranna, straciła oko i odniosła ogólne obrażenia.
Po wycofaniu się czołgu ludność cywilna doprowadziła "Szarotkę" do lekarki, na parter, gdzie znajdował się nasz prowizoryczny punkt sanitarny. O losie "Almy" i "Szarotki" na razie nic nie wiedziałyśmy, zajęte opatrywaniem rannych, których bez przerwy donosili chłopcy z naszych plutonów i ludność cywilna. Byliśmy pod silnym obstrzałem z Cytadeli i ul. Słowackiego. Od chłopców dowiedziałyśmy się, że części powstańców z naszych plutonów udało się przebić przez ul. Słowackiego. Pozostali obsadzili górne piętra bloku na ul. Krechowieckiej. Kilku rannych potrzebowało natychmiastowej interwencji lekarza. Do zapadnięcia zmroku przyprowadzono lekarza; jeżeli dobrze pamiętam nazwisko, to był to dr Rotmil - pochodzenia żydowskiego. Lekarz ten przyszedł nam z ogromną pomocą, a szczególnie rannym z zachowaną świadomością. Ludność cywilna przygotowała miejsca leżące dla rannych oraz znosiła środki opatrunkowe, bieliznę pościelową na bandaże i szarpie. W dalszych dniach Powstania z dr. Rotmilem spotykaliśmy się często w szpitalu powstańczym.

Niektórzy ranni mieli w kieszeniach granaty (filipinki), które ukryłyśmy w piecu kaflowym na naszym punkcie. Zabrał je jeden z powstańców, który przyprowadził rannego. Po zapadnięciu zmroku zaczęła się ewakuacja rannych do szpitala sióstr zmartwychwstanek. Krążyła tylko jedna karetka pogotowia bez przerwy. Prowadził ją "Jurek". Ewakuacja rannych odbywała się do godz. 2 w nocy podczas ulewnego deszczu.

W czasie ewakuacji rannych zgłosiło się do nas 3 powstańców z zawiadomieniem, że mamy nadal ewakuować rannych, bo oddziały żoliborskie, w tym pluton 226, wymaszerują do Puszczy Kampinoskiej. Po godz. 2 z 1 na 2 sierpnia na prowizorycznym punkcie zostały zwłoki 5 powstańców. Spisałyśmy dane i przekazałyśmy je kobiecie - mieszkance tej klatki schodowej. Nazwiska tej pani ani poległych powstańców nie pamiętam.

Rano 2 sierpnia pochowano "Almę" i czterech chłopców we wspólnej mogile za domem. W okolicy pochowano także 5 innych poległych. Rano byłyśmy potwornie zmęczone, zdezorientowane, nie wiedziałyśmy, dokąd się udać i co dalej robić. Zostały nas dwie, wiedziałyśmy już, że "Szarotka" jest ranna w szpitalu, "Alma" nie żyje. W pierwszym rzędzie nawiązałyśmy kontakt z "Misią" i "Marylką" - Marią Pogonowską. Nieznana nam komendantka przydzieliła nam "Krysię". W jej obecności wybrałyśmy na szefową patrolową "Izę". Patrol nasz zachował pierwotną nazwę "Alina".

Dni powstania
Trzeciego lub czwartego sierpnia przydzielono nas do lecznicy wodolecznictwa w Szklanym Domu przy ul. Mickiewicza (I piętro). Tam poznałyśmy naszego kierownika, dr. Świątkiewicza ps. "Stefan". Na tym punkcie była również pani doktor w wysoko zaawansowanej ciąży z gipsem biodrowym lewej nogi. Lekarka ta w połowie września w fortach Sokolnickiego urodziła córeczkę, a mąż jej zginął trzy dni później, idąc po wodę. Podziwiałyśmy panią doktor, bo ofiarnie pracowała, razem z nami prawie przez trzy tygodnie, do czasu zniszczenia punktu po nalocie lotniczym i obstrzałach artyleryjskich z C.I.W.F Bielany i Cytadeli. Czwartego dnia do Szklanego Domu przyszedł student medycyny ps. "Marian-Judym", nazwisko Lada-Zabłocki, oraz patrol "Teresy". Ucieszyłyśmy się bardzo, bo od kilku dni nie miałyśmy o sobie żadnych wiadomości. Nasze dwa patrole należały do patroli wypadowych.

Brałyśmy udział w ewakuacji Szpitala Zmartwychwstanek na ulicę Śmiałą do dr. Raczka, na ulicę Krasińskiego do dr. Węglewicza i do fortu Sokolnickiego. Po eksplozji "szaf" i natarcia Niemców w pobliże szpitali nastąpiła dalsza ewakuacja do garaży, gdzie znajdowały się sterty koksu. Garaże należały do zabudowań Szklanego Domu. W ostatecznym etapie umieszczono szpital w piwnicach domu przy ul. Krechowieckiej. Po jednym z takich obstrzałów przez "szafy", a było to pod koniec sierpnia, wyszłyśmy z patrolem szukać rannych lub zabitych. Razem ze mną szła moja koleżanka "Marta" - Zofia Kozicka. Po uderzeniu pocisku w budynek jedna ze ścian kilkupiętrowej kamienicy upadła w naszym kierunku. "Marta" zdążyła odskoczyć na bok, a na mnie runęła ściana. Przeżyłam. Kiedy kurz opadł, okazało się, że runął na mnie mur z otworami, które były kiedyś oknami. Dziura po oknie uratowała mi życie.

Z ewakuacji Szpitala Zmartwychwstanek utkwił mi w pamięci medyk Andrzej Rokita i drugi lekarz, którego nie znałam. Oni to z bronią w ręku eskortowali 6 lub 8 rannych Niemców, chroniąc ich przed samosądem ludności cywilnej. Nigdy nie zapomnę operacji rannych w garażach Szklanego Domu. Wszystkie miejsca w przejściach między stertami koksu wypełnione były rannymi. Doktorzy Węglewicz, Szulc, Górski i medyk Warakomski operowali całą noc na dwóch stołach. Sanitariuszki na zmianę trzymały lichtarze z zapalonymi świecami, oświetlając w ten sposób pole operacyjne. Ostrzał artyleryjski trwał bez przerwy. Po każdym wybuchu unosiły się tumany kurzu węglowego, od którego gasły świece. Pielęgniarka Helena Peligryni z siostrą zmartwychwstanką instrumentowały do końca zabiegów.

Na drugą noc ewakuowano rannych na Krechowiecką. W ciągu dnia przynosiłyśmy z Poniatówki materace, koce i inne rzeczy, które mogły się przydać w szpitalu. Akcją ewakuacji kierował ranny dr Kanabus, z ręką na temblaku. Ewakuacja ze Szklanego Domu dobiegała końca. Przybiegłam z Krechowieckiej sama, aby spakować środki opatrunkowe i z resztą rannych przenieśliśmy się do szpitala. W garażu zastałam dr. Szulca, który zupełnie sam operował chłopca; ucieszył się, jak mnie zobaczył i powiedział: "Pomagaj!". Chętnie się zgodziłam. Chłopiec miał odłamki w klatce piersiowej i krwawił z brzucha. Dr Szulc, operując, złapał moją prawą rękę pod swoją lewą pachę i trzymał bardzo silnie, nie przerywając pracy. Powiedział do mnie: "Już mi dwie uciekły". Jedną ręką podawałam narzędzia chirurgiczne, a drugą miałam uwięzioną pod pachą doktora. Nie pomogły moje zapewnienia i przysięgi, że nie ucieknę. W trakcie tego zabiegu dwa razy uderzyła "szafa", gruz sypał się na nasze głowy. Tuman kurzu wypełnił cały garaż. Razem z doktorem przykryliśmy sobą rannego i miejsca zranienia, gdy pył opadł, zabieg był kontynuowany.

Po likwidacji punktu w Szklanym Domu po nalotach lotniczych i ostrzale artyleryjskim z Bielan i Blaszanki, podczas którego zginęła siostra zmartwychwstanka Katarzyna i kilku powstańców, a lekarka Kurzyna została ciężko ranna, przenieśliśmy punkt sanitarny na ul. Słowackiego. Tu, w punkcie, byliśmy jeszcze w komplecie. Przydzielono nam jeszcze dodatkowo patrol "Klary" - harcmistrzynię "Klarę" zapamiętałam szczególnie, bo pełniła rolę ministrantki przy mszach św. odprawianych przez księdza Trószyńskiego. Na ul. Słowackiego byliśmy zaledwie kilka dni, bo punkt ten został zbombardowany. Przenieśliśmy się na ul. Gdańską. "Klara" została ranna pod olejarnią, podczas przenoszenia rannych. Koleżanki odniosły "Klarę" do szpitala, gdzie lekarze Węglewicz i "Staruszek" orzekli, że potrzebują osoby z zerową grupą krwi. Dowiedziawszy się o tym, pobiegłam do szpitala oddać swoją krew. Niestety, tuż przed moim przyjściem "Klara" zmarła.

Sanitariuszka Staszka Czyżka-Kuratczyk z Żoliborza
Sanitariuszka Staszka Czyżka-Kuratczyk z Żoliborza

Sanitariuszka Staszka Czyżka-Kuratczyk z Żoliborza

Dr "Stefan" Świątkiewicz, cały patrol "Teresy" i z naszego patrolu "Marylka" zostali odwołani do pracy w szpitalu powstańczym przy ul. Krechowieckiej. Nowym kierownikiem został dr "Lech". Cały wrzesień punkty sanitarne zmieniały swoją lokalizację co kilka dni lub nawet co kilkanaście godzin. Teren Żoliborza opanowany przez powstańców raptownie zaczął się kurczyć. Wojska niemieckie nacierały ze wszystkich stron. W nocy nękający ogień z dział wystrzeliwujących pociski z fabryki chemicznej, z wytwórni papierów wartościowych i Cytadeli. W dzień - "szafy" i naloty lotnicze. Wszystkich adresów, gdzie znajdowały się punkty sanitarne, nie pamiętam, ale przypominam sobie te przy ul. Krasińskiego, Mickiewicza 25, Mierosławskiego, Kozietulskiego i Suzina. Punkt na Suzina zapamiętałam szczególnie.

Dowódca AL, kapitan Szwed-Szaniawski odstąpił nam dwa pokoje ze swoich pomieszczeń. Przebywaliśmy tam kilka dni do czasu zniszczenia naszego stanowiska przez pocisk artyleryjski. Przypominam sobie ks. Sieradzana, ks. "Cechola", komendantkę Romę, dr Dreszerową, Moczulską, medyczkę Wowę, medyczkę "Zofię" - patrolową od "Żyrafy", dwie siostry Piaseckie, Hankę, Marysię i Krysię Jeżke. Pod koniec powstania zostałam z naszego patrolu sama. Dołączana byłam do innych patroli.

Losy moich koleżanek:
"Szarotka" - po wyjściu ze szpitala przystąpiła do pracy z nami. Brak oka i ogólne obrażenia wprawdzie nie pozwoliły jej na uczestniczenie w akcjach, ale opatrywała rannych na punkcie. W połowie września za zgodą dr. "Lecha" udała się pod opiekę rodziców, ponieważ miała silne bóle głowy i ropienie oczodołu.
"Misia" - około 20 września po śmierci ojca, który poległ na terenie Zimowego Leża, za zgodą naszego kierownika poszła opiekować się chorą matką.
"Iza" - zgubiłyśmy się na 4 dni przed kapitulacją.
"Marylka" - została sanitariuszką w szpitalu na Krechowieckiej.

Kilka dni przed zakończeniem Powstania znalazłam się jako jedyna z dwoma lekarzami u rotmistrza "Żmii" w domkach policyjnych. W wolnych chwilach pomagałam w rusznikarni przy ul. Suzina, segregowałam amunicję, która była dostarczana ze zrzutów alianckich. Jeszcze dwa razy brałam udział w ekshumacji zwłok po wybuchu "szaf" na dolnym Żoliborzu i w okolicy Kniaźnina (kuchnia powstańcza). Akcją ekshumacji kierował starszy pan ze swoją brygadą z Obywatelskiej Służby Bezpieczeństwa (nazwiska nie pamiętam).

Zosia Kozicka, sanitariuszka „Marta”
Zosia Kozicka, sanitariuszka „Marta”

Zosia Kozicka, sanitariuszka "Marta"

Patrol "Almy"
Patrol "Almy" i "Teresy" chodził na polecenia "Żmii", "Gryfa", na pewno i innych dowódców. Meldunki przekazywał nam dr "Stefan". O wyprawach zawiadamiała po drodze łączniczka "Maja" (ranna w obie ręce), ksiądz Trószyński - ps. "Alkazar", łącznicy od "Żmii" i innych. Na pytania, od kogo są meldunki, dr "Stefan" często odpowiadał: "od "Żmii". Pierwszą akcją patrolu "Almy" było niesienie pomocy ludności pędzonej przed czołgiem, który ubezpieczał kolumny samochodowe z Bielan do Cytadeli i które przewoziły żywność. Nasz patrol leżał w ogródku pod blokami ul. Mickiewicza w pobliżu ulicy Potockiej. Kobiety i dzieci zostały uratowane przez powstańców, którzy dali w pewnym momencie sygnał, aby uskoczyć do okopu pod ulicą Potocką. Akcję naszej grupy odwołał rotmistrz "Żmija".

Patrol "Almy" po śmierci swojej szefowej w pierwszym dniu powstania nadal nosił jej imię. Brał udział w dwóch natarciach przebicia się przez Dworzec Gdański na Stare Miasto. Uczestniczył także w akcji bojowej celem spotkania z oddziałami AK z Puszczy Kampinoskiej z dnia 20 na 21 sierpnia i 21 na 22 sierpnia. Trzeba było przebijać się przez niemieckie pozycje. Kilka patroli sanitarnych w nocy przed natarciem wyruszyło z apteki na plac Wilsona. Tam zaopatrzono nas w środki opatrunkowe. W te dwie noce natarcia dostarczyłyśmy rannych z pola walki na własnych plecach, czołgając się do miejsc osłoniętych od ostrzału. Tam koleżanki z innych patroli drugiej linii transportowały rannych do karetki pogotowia lub szpitala na ul. Krasińskiego. W drugą noc natarcia było więcej patroli sanitarnych.

W kolejnych natarciach na niemieckie pozycje patrole podzielono na dwa skrzydła. Patrol "Almy" i dwa inne szły lewym skrzydłem za oddziałami powstańców z Puszczy Kampinoskiej pod opieką por. lekarza Piątkowskiego. Podczołgaliśmy się pod bunkier niemiecki. Porucznik Antoni Piątkowski wydał nam rozkaz wycofania się, sam zaś, leżąc, rzucił granat w bunkier. W tym momencie z bunkra padła salwa z karabinu maszynowego, przeszywając dr. Piątkowskiemu klatkę piersiową. Po przetransportowaniu go do szpitala, mimo natychmiastowej pomocy, włącznie z transfuzją krwi grupy "0", którą oddała "Marylka" - Maria Pogonowska, rannego nie udało się uratować. Na torach stał pociąg pancerny, z którego bez przerwy ostrzeliwano przebijających się powstańców. Zbierając rannych, słyszałyśmy wrzaski w języku niemieckim.
Patrol "Teresy" szedł prawym skrzydłem. Było już widno, kiedy po zakończonej pracy oczekiwałyśmy przy karetce pogotowia, którą prowadził "Jurek" (ranny w obie nogi) na koleżanki. Po chwili nadszedł patrol "Teresy" wprawdzie w komplecie, ale utytłane w sadzach i z guzami na głowach, a szczególnie: "Marta", "Ewa" i "Oleńka". Pamiętam jedną z wypraw zorganizowaną przez "ks. Józefa" na ul. Marii Kazimiery, gdzie odbyła się egzekucja ludności cywilnej przez oddziały Własowa. Na ochotnika zgłosiły się dwa patrole: "Almy" i "Teresy".

Na terenie Marymontu już byli Niemcy. Na ostatniej placówce powstańczej, za radą "Ks. Józefa", zostawiłyśmy legitymacje AK i opaski. Pod silnym ostrzałem z broni maszynowej wzdłuż ul. Potockiej przebiegłyśmy na jej drugą stronę. Między płonącymi domami dotarłyśmy do pałacyku. Na placu przed domem leżały ciała mężczyzn i kobiet. Między poległymi dwie osoby dawały słabe oznaki życia. Zabrałyśmy rannych, resztę kobiet z dziećmi i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Jeden z rannych mężczyzn, którego niosłyśmy z wielkim trudem, był potwornie ciężki. Jak okazało się w szpitalu, miał przy sobie około 7 kilogramów przedwojennego srebrnego bilonu. Podczas przenoszenia rannych przez plac Lelewela natrafiłyśmy na zrzuty amunicji z radzieckich samolotów. Jedna ze skrzyń spadła dwa metry przed noszami; upadłyśmy i czekałyśmy na eksplozję, myślałyśmy, że to bomba. Chłopcy od zrzutów przybiegli i żartując sobie z nas, że wystraszyłyśmy się skrzyni, zabrali ją.

Tej samej nocy w pobliżu ostatniej placówki AK odbywał się pogrzeb rodziny rotmistrza "Żmii": żony, syna i matki, przy udziale oddziału "Żmii" i ks. Truszyńskiego. Wraz z "ks. Józefem" chwilę pomodliliśmy się przy zwłokach poległej rodziny i ruszyliśmy dalej. Od chłopców dowiedzieliśmy się, że rodzina rotmistrza została zamordowana w masakrze przy ul. Marii Kazimiery.

1 i 2 października 1944 r.
Pamiętam ostatni rozkaz rotmistrza "Żmii". Było to pierwszego października, kiedy z dr. "Lechem" i dr. "Czesławem" znaleźliśmy się w kwaterze rotmistrza "Żmii" - w domkach policyjnych. Oddział przygotowywał się do obrony i walki. Było wielu rannych powstańców i kilka osób cywilnych. Rotmistrz "Żmija" wydał nam rozkaz zabrania rannych oraz ludzi cywilnych i udania się do szpitala powstańczego, który był już opanowany przez Niemców. Prosiliśmy rotmistrza "Żmiję", aby zezwolił zostać chociaż lekarzowi lub sanitariuszce, bo się mogą przydać w czasie obrony i w walce na terenie domków policyjnych. Rotmistrz nie wyraził zgody. Kobiety z ludności cywilnej błagały na kolanach, aby zakończył walkę i poddał się Niemcom. Powstańcy oraz rotmistrz postanowili walczyć do końca.

Przed wymarszem - za radą rotmistrza zostawiliśmy chłopcom legitymacje AK, zdjęcia z powstania i opaski, które obiecali ukryć na terenie domków. Kilku chłopców, którzy byli ubrani w niemieckie panterki, zdjęli je i przebrali się w płaszcze prochowe lekarzy i moją bluzę PW, którą udało mi się zachować do końca Powstania. Po serdecznym pożegnaniu opuściliśmy jedną z ostatnich redut Żoliborza. Wyruszyliśmy z białą flagą z rannymi i ludnością cywilną, przechodząc między samochodami pancernymi i czołgiem w kierunku szpitala. Żołnierz niemiecki skierował nas na dziedziniec szpitalny. Tam zostaliśmy otoczeni przez żołnierzy niemieckich, oficera i dwóch lekarzy polskich, byli to dr "Staruszek" i dr "Stefan". Doktor Stefan był tłumaczem. Zrozumiałam, że jesteśmy rannymi cywilami, którzy wydostali się spod gruzów zwalonego domu. Sprowadzono nas do piwnic, gdzie znajdowały się sale chorych. Koleżanki ulokowały naszych rannych na swoich salach, mimo wyraźnego zakazu ze strony Niemców przyjmowania nowych pacjentów. Zgubiłam w trakcie ewakuacji moich lekarzy, dr. "Lecha" i dr. "Czesława", natomiast w szpitalu, do którego doszliśmy, spotkałam dr. "Stefana". Poznał mnie, więc zaświtała jakaś nadzieja, że może uda się przeżyć trudne chwile.
Po półgodzinie do klatki schodowej wpadł oficer niemiecki z lekarzem-tłumaczem na kontrolę. Pod schodami leżał żołnierz radziecki z postrzałem w brzuch, którego sanitariuszki na rozkaz Niemców musiały usunąć z sali chorych. Był w szoku - głośno krzyczał po rosyjsku. Starałam się go uspokoić, lecz nie dało to żadnego rezultatu. Oficer niemiecki z przeraźliwym krzykiem kazał rannemu wczołgać się na górę po schodach i pod klatką schodową na podwórku zastrzelił go. Potem z pistoletem w ręku wpadł z powrotem do naszej piwnicy z dr. "Stefanem". Na korytarzu stałam z chłopcami z plutonu "Żyrafa", m.in. "Idkiem" - rannym w głowę. Oficer podbiegł do nas i przystawiał raz mnie, raz jemu pistolet do głowy, krzycząc: "polscy bandyci". Doktor "Stefan" spokojnie tłumaczył mu, że jesteśmy cywilami po wypadku zasypania. Po ich odejściu, może za 20 minut, przyszedł sam dr "Stefan" i przyniósł mi kitel, przeprowadził mnie razem z "Idkiem" na swój odcinek. Tam spotkałam się z koleżankami z patrolu "Teresy" i Marylką Pogonowską. Od tej pory zostałam sanitariuszką szpitala wpisaną na listę personelu. Od pijanych własowców, którzy często nas nachodzili, dowiedziałyśmy się, że szpital ma być wysadzony w powietrze. W tę noc nikt z personelu nie zmrużył oczu. Starałyśmy się, aby wiadomość ta nie dotarła do rannych. Wkrótce odnaleźliśmy się z dr. "Lechem" i dr. "Czesławem". Byli oni zatrudnieni w następnej klatce schodowej. Tak skończyła się noc z 1 na 2 października.

Rano 2 października podczas ulewnego deszczu musieliśmy wynieść wszystkich rannych pod blok w celu ewakuacji. Udział w ewakuacji i znoszeniu wszelkiego sprzętu brali wszyscy, tj. sanitariuszki i lekarze oraz lżej ranni. Warunki sanitarne były okropne, wszy łaziły po nas, a nie było czasu, by się z tego robactwa otrzepać. Nie wszyscy ranni doczekali ewakuacji. Pod blokiem zmarł powstaniec z plutonu "Żubra", którego znałam, i jeden od "Żyrafy", pseudonimów nie pamiętam; zmarła też łączniczka "Tamara". Umierała bardzo przytomnie.

W czasie wynoszenia rannych widzieliśmy żołnierzy niemieckich wyrzucających z okien bloku przy ul. Słowackiego ubrania, pościel, dywany, po które później przyjeżdżały samochody ciężarowe. Widziałam ekipy podpalaczy domów. Podjechały odkryte samochody ciężarowe, na które układano rannych. W każdym odjeżdżającym samochodzie jechał lekarz lub sanitariuszka. Przy okazji przemycało się kogoś z ludności cywilnej i żydowskiej. Nikt z nas nie wiedział, dokąd nas wiozą. Ja z "Martą" - Zosią Kozicką i rannymi wyjechaliśmy około godz. 15. Nie potrafię dzisiaj opisać, jakimi ulicami jechaliśmy. Dookoła już płonęły domy, mijaliśmy ekipy podpalaczy. W pobliżu kościoła i cmentarza przy ul. Wolskiej patrol SS próbował zatrzymać nasz samochód. Kierowca mimo krzyków esesmanów jechał dalej. Poza granicami Warszawy, ku naszemu zdumieniu, życie toczyło się normalnie. Całą drogę jechałyśmy, stojąc, a deszcz padał bez przerwy. Dojechaliśmy do szpitala psychiatrycznego w Pruszkowie (Tworki) pod II pawilon. Personel szpitalny wyładował naszych rannych, a nam nie pozwolił sobie pomagać (prawdopodobnie ze względu na nasz wygląd). Przypominam sobie lekarzy odbierających nasz transport, byli to: prof. Kaczyński, prof. Handelsman, dr Kaczanowski i dr Orlicz-Dreszer.

Po kilku godzinach odpoczynku, kąpieli i kolacji (zupy marchewkowej i sporej kromki chleba) przystąpiłyśmy do normalnej pracy. Przydzielono mi salę, gdzie było 24 rannych. Czterech z nich leżało na łóżkach, a reszta na podłodze. Śmiertelność w pierwszych dniach pobytu w Tworkach była bardzo duża. W mojej sali zmarł bokser Doroba, który był mistrzem Polski wagi ciężkiej, Zygmunt - 20-letni chłopiec ze Starówki, który kanałami przeszedł na Żoliborz i tam został ranny. Kilku chłopców rannych pamiętam do dziś, a to: Edward Piekarski ze zgrupowania "Żyrafa", Januszek Kwiatkowski - 14-letni łącznik z oddziałów harcerskich, Mietek Gostkowski ze Starówki.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie