Weronika Marczuk: Walczę o swoje

Sławek/ Wikimedia Commons
Sławek/ Wikimedia Commons
Rozmowa z Weroniką Marczuk, producentką i prawniczką.

- Co to za kraj, Polska? 20 lat temu przyjechała tu pani w poszukiwaniu lepszego życia, walczyła o nie na różne sposoby, a teraz potężna państwowa machina oskarżyła panią o korupcję.
- Nie mam pretensji do kraju. Uważam co najwyżej, że polityka w Polsce staje się bardzo brutalna, a wszelkie służby za bardzo wkraczają w naszą codzienność. To może powodować obawę ludzi o to, czy normalne zachowania nie zostaną za chwilę nazwane przestępstwem, a kolejna znajomość nie skończy zarzutem o płatną protekcję czy korupcję. Nasza rzeczywistość zaczyna wyglądać trochę jak ta z kartek powieści Orwella, gdzie możliwa jest totalna inwigilacja. To nikomu nie służy.

- Z czego to wynika?
- Chcemy szybko dogonić standardy europejskie, ale brakuje nam wiedzy i czasu, żeby to zrobić w cywilizowany sposób. Przy prywatyzacji powinny obowiązywać takie procedury, które uniemożliwiałyby korupcję. A u nas walkę z nią ówczesne CBA postanowiło zacząć od sprawdzania, kto jest na nią podatny. W dużym uproszczeniu: kładzie się człowiekowi kopertę z kasą na stole i sprawdza - weźmie czy nie. Jak raz odmówi, to przechodzi się do nakłaniania. Jeśli nadal odmawia, obmyśla się kolejne strategie, na przykład można go zatrudnić i przekazać mu wynagrodzenie. A potem już tylko agent ustala wersję, która pójdzie w świat. To nieludzkie. Takie kreowanie przestępstw, podżeganie do nich, zwłaszcza przez funkcjonariuszy państwowych, nie powinno być dopuszczalne.

- Co pani czuje, kiedy patrzy na kamizelki z napisem CBA? Powinny budzić respekt.
- Chyba grupa nieodpowiednich osób przyszła do tej instytucji załatwiać swoje interesy. Pozostali pracownicy mogli o tym nawet nie wiedzieć. Albo wiedzieć nie chcieli. Wykonywali rozkazy, byli żołnierzami. Funkcjonariusze Biura, z którymi zetknęłam się tuż po moim zatrzymaniu, byli przyzwoitymi ludźmi, zupełnie świadomymi tego, co można, a czego nie można. Ale niestety obok nich działał też agent Tomek. Najpierw zainicjował trzy głośne sprawy, które zakończyły się fiaskiem, a teraz koncentruje się głównie na publicznym chwaleniu swojego byłego szefa. Wnioski nietrudno wyciągnąć. Zamiast szukania faktycznych przestępców, cała energia w tych sprawach skierowana była na toczenie rozgrywek politycznych. W takiej organizacji nie powinni, według mnie, pracować ludzie, którzy wychodzą z założenia, że wszyscy ludzie są źli i skłonni do korupcji. Tymczasem jeszcze do niedawna takie podejście zdawało się dominować w CBA.

- Wyznają zasadę: dajcie człowieka, znajdzie się paragraf?
- Mam nadzieję, że możemy mówić w czasie przeszłym. Po prostu zakładało się, że wszyscy mają lepkie ręce, że ktoś, komu się powodzi, na pewno brał albo bierze łapówki. Przecież to nie ja zaproponowałam Tomkowi, że mu coś załatwię, tylko on mi zlecił pracę nad prywatyzacją Wydawnictw Naukowo-Technicznych. Wcześniej przez długi rok był już obecny w moim życiu. Pytam: po co? Czekał, aż powinie mi się noga? Miał nastawiony radar. Kiedy usłyszał słowo "prywatyzacja", zapaliła mu się lampka. To oznaczało styk tego, co państwowe z tym, co prywatne. A kiedy jeszcze dowiedział się, że pozyskałam informację o planowanej prywatyzacji w Izbie Gospodarczej i usłyszał nazwisko pana Jacka Piechoty, to w ogóle był usatysfakcjonowany, bo chciał za wszelką cenę ustrzelić kogoś na wyższym szczeblu. Potrzebny mu był sukces.

- Dlaczego?
- Na warsztacie byli wtedy państwo Kwaśniewscy, którym próbowano udowodnić, że mieli nielegalne dochody. Prawdopodobnie dlatego tak bardzo chciał, żebym go zawiozła na Ukrainę. W moim przekonaniu liczył, że pozyska jakieś kontakty, które mu pomogą w poszukiwaniu bliżej niezidentyfikowanych pieniędzy lewicy. Chodzi o głośną sprawę, w której wysokim państwowym urzędnikom związanym ideologicznie z SLD zarzucano posiadanie kont w Szwajcarii. Pieniądze miały być przerzucane ze Szwajcarii na Ukrainę. Tomkowi i CBA potrzebna była spektakularna akcja. Za wszelką cenę. Nie działali tak, jak powinni byli działać.
- Czyli jak?
- Przede wszystkim zgodnie z prawem. Nie może być tak, że agenci prowokują i wystawiają ludzi, którzy nie robią nic złego. A jeśli im nie wychodzi, oszukują. Dostałam od niego 100 tysięcy, myśląc, że wszystko jest w porządku. Prowadziłam zlecenie, mam na to papiery. A że kwota nie była taka, na jaką się umówiliśmy - nie o to chodzi w tej sprawie. Docelowo miała być większa, więc umowa nie została naruszona. Zresztą zacząć trzeba od tego, że tego typu prywatyzacji nie da się ustawić. To była aukcja. Udawany biznesmen do końca trzymał mnie w przekonaniu, że dostaję zapłatę za pracę. Czy na tym ma polegać łapanie przestępców?
- Jak długo po 23 września 2009, czyli dniu, w którym panią zatrzymano, nie wiedziała pani, dlaczego do tego doszło?
- Dzień po zatrzymaniu mój prawnik stwierdził, że musi to być prowokacja. To oznaczało, że byli wokół mnie agenci. Zastanawialiśmy się więc, kto to mógł być. W to, że agentem był Tomek, nie wierzyłam bardzo długo. Bardziej kierowałam swoje podejrzenia w stronę człowieka, którego Tomek przedstawił mi jako swojego wspólnika oraz w kierunku innych pośrednio włączonych w prace związane ze staraniami o prywatyzację Wydawnictw. Przypominałam sobie wprawdzie, że Tomek poszukiwał kontaktów na szczeblach ministerialnych, prowokował i nagabywał, żebym ich szukała, ale wtedy jeszcze nie mieściło mi się w głowie, że mnie wystawiał. Pewnie marzyło mu się wówczas, żebym powiedziała, że znajdę dojścia i ustawię ten przetarg za opłatą. Nie udało się, więc wepchnęli mi pieniądze i szybko sprzedali w mediach swoją wersję całej historii.
- Czemu pani tak długo nie wierzyła, że to on?
- Po pierwsze: nie mogłam zrozumieć konstrukcji tej całej akcji. Nigdy wcześniej takie rzeczy nie działy się w moim życiu. Nie kojarzyłam też podobnej sprawy z mediów. Poza tym jakoś nie mogło do mnie dotrzeć to, że ktoś poświęcił półtora roku na to, by mnie do czegoś nakłonić. Przez cały ten czas współpracowaliśmy, zlecał mi różne zadania. Przy okazji pracy przy prywatyzacji Wydawnictw mówił często niepocieszony, że pewnie ktoś już ma ten przetarg ustawiony, a my zostaniemy w tyle. Mówił też, że trzeba szukać dojść i wcześniej to załatwić, a ja go uspokajałam, że przy pieniądzach, którymi dysponują, wygrają bez problemu, bo to aukcja - wygrywa ten, kto zaoferuje najwyższą kwotę. Dopiero po wszystkim dotarło do mnie, że te teksty miały służyć temu, bym wyszła z korupcyjną propozycją i by w nagraniach wybrzmiały odpowiednie frazy.
- Te naciski nie wzbudziły w pani podejrzeń?
- Niestety nie… A nawet gdyby, to nie wiedziałabym, jaki ja miałabym mieć problem z całą tą sprawą. On chciał szukać dojść i załatwiać coś na boku. Ja na to nie przystawałam. On miał swoją wizję, ja swoją.
- A nie uwierzyła mu pani bardziej, bo panią adorował?
- Oczywiście. Ale nie miałam do niego słabości jako do mężczyzny. Jednak poprzez to, że prezentował się jako lojalny człowiek, na którego mogę liczyć w niemalże każdej trudnej sytuacji, zyskał moją sympatię. Myślałam: prosty chłopak, ale szczery, oddany. Byłam wówczas w związku i było mi dobrze, więc Tomek wiedział, że na nic nie może liczyć. Powtarzał więc, że mnie podziwia, że jestem jego ideałem kobiety i że będzie na mnie czekał na wypadek, gdyby coś się w moim prywatnym życiu zmieniło. Nie rozpalał tym moich uczuć, ale budował zaufanie. Dziś agent Kaczmarek, bo tak się faktycznie nazywa, w wywiadach podkreśla, że do głowy by mu nie przyszło adorowanie kobiet, które miał na celowniku, bo to nieprofesjonalne. Polecam mu zatem jego książkę, gdzie są stenogramy z rozmów z jedną z ofiar.
- W prokuraturze odmówiła pani składania wyjaśnień ze względu na tajemnicę i etykę zawodową. To trudny moment?
- Faktycznie, nie było wtedy łatwo. Wiedziałam, że zdenerwowałam tym prokuratorów. Ale nie wyobrażam sobie, żebym mogła wtedy postąpić inaczej. Po pierwsze naraziłabym się na postępowanie dyscyplinarne w swojej korporacji radców prawnych ze względu na naruszenie zasad etyki zawodu. Po drugie - gdybym zeznawała, to tak, jakbym jednak przyznała, że Tomek nie był moim klientem. A ja wtedy wciąż nie mogłam w to uwierzyć.
- Jak to wszystko zniosła pani rodzina: córka byłego męża, z którą jest pani bardzo zżyta, rodzice?
- Córka na szczęście w miarę dobrze, pewnie w dużej mierze dlatego, że przebywała w Anglii. Udało mi się ją uspokoić jednym telefonem. Powiedziałam, że wszystko na pewno się wyjaśni. Nastusia ma do mnie zaufanie. No a rodzice… Co będę mówić. Dziś dochodzą do siebie, ale utraconego zdrowia nikt i nic im nie zwróci. Nie rozumieli, co się dzieje - za co córka wylądowała w izbie zatrzymań, dlaczego nie ma z nią kontaktu, czemu wpadają do nich ludzie z bronią, czego szukają i czego od nich chcą. Z dzisiejszej perspektywy te przeszukania wydają się śmieszne. Skoro ta prowokacja była tak doskonała, to CBA wiedziało, że w sprawie nie ma nic więcej poza tym, co nagrali. Więc po cholerę te przeszukania - u rodziców, u mnie. Po co ten cyrk?
- Pozwalała sobie pani w tym czasie na łzy?
- Wcale nie jestem taka silna. Były złe momenty. Ale uczono mnie, że trzeba wierzyć w sprawiedliwość i nie wolno się poddawać. Jeśli wiem, że w czymś zawiniłam, to nie jestem w stanie nawet buzi otworzyć, nie bronię się. Ale jeśli mam przekonanie, że nie jestem winna - a tu je miałam - to walczę.
- W jednym z wywiadów powiedziała pani, że 48 godzin w izbie zatrzymań może złamać człowieka. Czuje się pani złamana?
- Tak. Przez całe życie miałam przekonanie, że panuję nad swoim życiem i nim kieruję. Że wszystko, co się w nim dzieje, jest wynikiem moich decyzji. I nagle stałam się bohaterem scenariusza jak z "Procesu" Kafki. Wychodząc po tych trzech dniach zatrzymania, wiedziałam, że cokolwiek się zdarzy, to był koniec mojego przekonania. Ta świadomość była straszna.
- Co agent Tomek i CBA zabrali?
- Mój różowy świat… Nie wierzyłam, że służby, które mają służyć dobru obywateli, mogą robić takie obrzydliwości.
- W rozmowie dla nto z czwartku powiedziała pani, że ucierpiał nie tylko pani wizerunek, ale i pieniądze. Dużo?
- Pięć prac jednego dnia. Trzy kontrakty w TVN, praca prezesa na dobrym kontrakcie menedżerskim i własna kancelaria radcowska, którą w związku z postawionymi zarzutami zmuszona byłam rozwiązać. Nie mogę też pominąć pojedynczych, ale dużych przedsięwzięć. W lutym ub.r. miałam po polsku, ukraińsku i angielsku prowadzić w Warszawie imprezę dla UEFA w związku z Euro 2012. Poza tym utraciłam projekty, w które byłam zaangażowana jako wspólnik lub doradca.
- Były mąż Cezary Pazura odciął się od pani w medialnym oświadczeniu tuż po zatrzymaniu. Mocno zabolało?
- Wtedy odebrałam to inaczej. Pomyślałam, że strach Cezarego o rodzinę Pazurów był tak duży, że oświadczenie znaczyło tylko tyle, by do nich nie dzwonić i nie pytać, bo nie łączy nas już nic poza nazwiskiem, którego nie zmieniłam. Dużo bardziej bolało to, co działo się potem.
- A jak się pani poczuła w miniony piątek na konferencji prasowej, kiedy wiadomo było już, że śledztwo jest umorzone?
- Bardzo źle. Zdałam sobie sprawę z tego, że tyle czasu musiałam walczyć sama, a teraz muszę jeszcze sama wyjść i zapewniać, że nie jestem wielbłądem.
- Nie cieszyła się pani, że wreszcie się to skończyło?
- Nie, ta konferencja kosztowała mnie dużo wysiłku. Dlatego nie wyglądałam dobrze, łamał mi się głos, jąkałam się. Oczywiście wewnętrznie cieszyłam się z decyzji prokuratury, ale nie miałam siły na to, by znowu wszystko to tłumaczyć.
- Będzie pani pozywać agenta Tomka za to, co napisał o pani w swojej książce. A co pani zrobi prywatnie?
- Mam takie postanowienie, by nie podejmować już zadań, które nie sprawiają mi frajdy i nie są mi potrzebne. Zlecenie od Tomka nie było mi potrzebne. Podjęłam się jego realizacji, bo się znaliśmy, lubiliśmy i mnie o to poprosił. Poza tym chciałabym już spokojnie żyć i spróbować zapomnieć.
- Dziękuję za rozmowę.**

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gringo

Ani to to ładne ,ani mądre, ot miała szczęście, że się władza zmieniła na bardziej pobłażającą korupcji.

D
Dzięgiel!

A może deportacja tej panienki wyleczy ją z antypolskich fobii?

s
sara112

Trudno by pani Marczuk miała pretensje do Państwa Polskiego sokoro dziś dzięki temu Państwu i Czarkowi /bo to dzięki niemu zaistniała w mediach a póżniej na rynku polskim / żyje na takiej stopie.Powinna mieć jednak choć trochę lojalności wobec tego Państwa a nie bezczelnie je okradać.Poza tym może zawsze wrócić skąd przyszła.Według mnie umorzenie sprawy nie jest jednoznaczne z tym że jest niewinna.Po prostu ktoś popełnił błąd i nie przedstawił zarzutów zgodnie z Naszym prawem.U niej na pewno by została skazana.Według mnie ona jest winna jak to że kot ;łapie myszy;.Dla takich ludzi nie powinno być miejsca w Polsce, takich ludzi nam nie trzeba.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3