reklama

Wiktor Niedzicki: - Jest we mnie coś z dziecka

Archiwum prywatneZaktualizowano 
Wiktor Niedzicki, popularyzator nauki, autor programu "Laboratorium”.
Wiktor Niedzicki, popularyzator nauki, autor programu "Laboratorium”. Archiwum prywatne
- Kiedyś na moje imieniny zaprosiliśmy kilkunastu profesorów, w tym trzech rektorów, i wyciągnęliśmy kolejkę. Gdyby pani zobaczyła tych rektorów na kolanach. To było widowisko! Następnym razem, gdy się spotkaliśmy, od razu pytali, czy znowu będzie kolejka- mówi Wiktor Niedzicki, popularyzator nauki, autor programu "Laboratorium".

- Fajnego nauczyciela fizyki miał pan w szkole?
- Nie był chyba najwybitniejszy, a ja byłem uciążliwym uczniem. Koledzy mnie podpuszczali: zadaj mu takie pytanie, żeby nie umiał odpowiedzieć. Żaden problem! Zadawałem takie pytanie i nau- czyciel wił się jak piskorz. Żadnej kartkówki ani odpytywania już nie było, bo on usiłował znaleźć odpowiedź. Nie mógł sobie dać z tym rady i w końcu wpadł na świetny pomysł. Kiedy znowu wystartowałem z jakimś pytaniem, powiedział: Idź na zaplecze, możesz tam robić, co tylko chcesz, wyciągać aparaty, robić doświadczenia, tylko niczego nie zniszcz i nie przeszkadzaj mi w lekcji. I tak było. Kiedy zaczynała się lekcja, koledzy siadali w ławkach, a ja na zapleczu wyciągałem wszystkie zestawy, kręciłem korbkami, podgrzewałem coś palnikiem. Efekt był taki, że ja jedyny z całej klasy zostałem fizykiem.

- Uczniowie boją się fizyki i nie lubią jej. Fizyka należy do najrzadziej wybieranych na maturze przedmiotów. Nie da się jej polubić w szkole?
- Jak można ją polubić, kiedy przerabia się same zadania, a uczniowie nie widzą związku tych zadań z rzeczywistością? Nauczyciele nie uczą rozumienia zjawisk, tylko rozwiązywania testów. Gonią z programem, który jest ogromny, a liczba godzin mała. Do tego dochodzą oszczędności - likwiduje się pracownie, materiały są przecież drogie, więc się rezygnuje z doświadczeń. Szkoła nie daje uczniom szansy, by pokazać fascynującą fizykę - naukę, która przecież opisuje cały świat wokół nas.

- Niebawem w zreformowanym liceum tej fizyki będzie jeszcze mniej, bo humaniści będą wybierać czteroprzedmiotowy worek pod nazwą przyroda.
- Dostaję białej gorączki, gdy o tym myślę. To jest zbrodnia na narodzie. Produkujemy nieuków i będziemy mieli gigantyczne bezrobocie. Taki będzie efekt tych zmian.

- A jak pan próbuje zainteresować fizyką?
- W Opolu podczas wykładu na politechnice opowiadałem o najnowszych trendach, materiałach, technologiach. W pewnym momencie upuściłem piłeczkę, ta odbiła się. Zgodnie z zasadą zachowania energii powinna podskoczyć maksymalnie na tę wysokość, z której została rzucona. Ale skoczyła kilka metrów wyżej. Pytam więc, czy zasada zachowania energii nie działa. Na sali - siedzą gimnazjaliści i starsi - konsternacja i popłoch. Kompletny brak kojarzenia. Dopiero jakiś brzdąc, spryciarz, mówi: "a bo pan zrobił naprężenie". Nikt tym uczniom wcześniej nie pokazał, że prawa fizyki można poszukać w zabawce. A ja to uwielbiam. Mam kilka walizek i toreb pełnych rekwizytów, które przywożę na dwa wykłady. Samochód jest wyładowany po dach, żona z trudem do niego wsiada. Takich spotkań jak te opolskie mam mnóstwo w całym kraju. Staram się o to, by chociaż ta garstka dzieciaków zobaczyła, że fizyka wcale nie jest taka trudna. W szkole mówią o Einsteinie, a mnie w przybliżeniu jego odkryć pomaga zabawka - świstak. Jak zmienia się światło, to on pogwizduje. Dzieci się śmieją, a ja mówię, że tam w środku jest fotokomórka. Element, którego działanie wyjaśnił Einstein.

- Co jeszcze kryją pana walizki?
- Najrozmaitsze urządzenia, które mają w sobie detektory. Mam kieszonkowy fortepian. Rozwijam klawiaturę i gram. Albo krawat, na którym też można zagrać. Mam roboty, które chodzą, mówią, reagują na ciepło, dotyk. Gdziekolwiek jestem za granicą, kupuję takie naukowe zabawki. W Amsterdamie na lotnisku jest sklep Gadget - pierwsze kroki zawsze tam kierujemy z żoną i kupujemy różne śmieszne rzeczy. Od razu myślę, do czego ich użyję, jak to wykorzystam podczas wykładu. Miesiąc temu w Amsterdamie udało mi się kupić urządzenie, które podnosi piłeczki po schodkach, a potem one zjeżdżają taką rynną i znowu "wchodzą" po schodach. To działa dzięki baterii słonecznej, w ten sposób pokazuję, jakie może być jej wykorzystanie. Mam też "zabawki", które dają mi naukowcy. Młodym opolanom pokazywałem np. fragment kamizelki kuloodpornej (całej nikt by mi nie dał, bo to potwornie droga rzecz), ze śladami po kulach. Ale te kule nie przebiły materiału, choć kamizelka ma grubość palca.

- Jak to możliwe?
- To efekt zastosowania specjalnych splotów tkackich i odpowiednich materiałów. Na przykład na Politechnice Warszawskiej robią ciecze reologiczne, które można wykorzystać właśnie w kamizelkach kuloodpornych. To materiały, które przy gwałtownym naciśnięciu lub uderzeniu sztywnieją.

- Czary!
- Takie same czary może sobie pani zrobić w kuchni. Potrzebny jest tylko krochmal z mąki kukurydzianej, zmieszany z wodą jeden do jednego. Tę papkę można zamieszać palcem lub łyżeczką, ale jeśli tą samą łyżeczką "uderzy" się w tę papkę, to ona sztywnieje. Kiedy wypełni się tym krochmalem basen, to można przebiec po jego powierzchni, byle szybko i energicznie. A wracając do kamizelek kuloodpornych, to jedne z najlepszych na świecie robi polski Instytut Technologii Bezpieczeństwa Moratex z Łodzi.

- Mamy swój wkład w rozwój techniki obronnej.
- Wkład? To przecież Polak, Jan Szczepanik, wynalazł wielowarstwową tkaninę chroniącą przed pociskami i odłamkami. Życie zawdzięczał mu król hiszpański Alfons XIII. W 1906 roku pod jego karetą wybuchła bomba, ale kareta była wyłożona tą tkaniną i król wyszedł z zamachu bez szwanku. Jan Szczepanik dostał za to dużo pieniędzy, a pisarz Mark Twain poświęcił mu dwie nowelki, uważając go za większego odkrywcę niż Tomasz Edison. Wiele lat później Stephanie Kwolek, Polka z pochodzenia, opracowała niezwykle odporne włókno kevlarowe, którym zastąpiono jedwabno-bawełnianą tkaninę, jakiej używał Szczepanik.

- Poszedł pan na fizykę z zamiarem dokonywania równie niesamowitych odkryć?
- Początkowo wydawało mi się, że będę naukowcem, ale okazało się, że mam specyficzny sposób spojrzenia na świat. Mnie interesuje to podstawowe zjawisko, jak przebiega, do czego służy, jakie może mieć zastosowanie, co da się z tym zrobić. Trzy lata pracowałem w instytucie naukowym, zajmując się chemią kwantową, ale temperament nie pozwoliłby mi zostać badaczem.

- Wybrał pan popularyzowanie nauki. Jak to się zaczęło?
- Razem ze studiami z fizyki kończyłem szkołę muzyczną, uczyłem się śpiewu operowego. W zespole madrygalistów poznałem dziewczynę. Ja śpiewałem tam pierwszym basem, a ona była zastępcą dyrygenta. Kiedyś umówiliśmy się na spacer po ogrodach sejmowych. Zapytała, czym się zajmuję. Powiedziałem, że skończyłem fizykę i zajmuję się spektroskopią molekularną.

- O matko!
- Dokładnie tak samo zareagowała. Jak wytłumaczyć muzykowi, co to jest spektroskopia molekularna? Poziomy atomowe - rzuciłem, ale widzę, że nic nie rozumie. No to zacząłem od samego początku, od Galileusza, jak zrzucał te ciężarki, a potem był Newton, Maxwell, teoria atomistyczna budowy materii Bohra. I tak po czterech godzinach dojechałem do tej spektroskopii molekularnej.

- Nie uciekła?
- Od 41 lat jesteśmy razem.

- Jak trafił pan do radia?
- Pracowałem w instytucie PAN, ale już mnie ciągnęło, by jakoś ludziom pokazywać i objaśniać ten świat. Zacząłem pisać i pewnego razu koleżanka powiedziała, że w radiu szukają kogoś o nietypowych zainteresowaniach i popularyzatorskich zapędach. Pomyślałem: dobrze, pójdę zobaczyć. Poszedłem na chwilę i tak już zostałem, najpierw 9 lat w radiu, potem telewizja. Razem 37 lat.

- Od razu pan wiedział, że to jest to?
- Kiedy zacząłem pracę, już trzeciego dnia moja pierwsza audycja była na antenie. A potem poszło to w takim tempie, że dzień mi się z nocą mylił. Na żonie, a potem na dzieciach sprawdzałem, czy to, co mówię o nauce, mówię ludzkim językiem. Tłumaczyłem. Jak nie docierało, to dobierałem inne słowa. Do skutku. Dużym sprawdzianem była praca w "Lecie z Radiem". Jego kierownik, Tadeusz Cichomski, zamówił u mnie felietony o czarach. Zgodziłem się, pod warunkiem, że będę to robił po swojemu. Zacząłem o czarach, a za chwilę już było o czarach naukowych, a potem już tylko o nauce. Nikt nie zauważył, że to się zmieniło. I ludzie tego słuchali. Kiedyś idziemy deptakiem w Kołobrzegu, wszędzie włączone radia i słychać mój felieton. Idąc środkiem ulicy, nie uroniłem ani słowa. Wszyscy wtedy słuchali "Lata z Radiem", szacowano, że 5-5,5 mln ludzi. To było wyzwanie.

- Najsłynniejszym pana programem telewizyjnym było "Laboratorium", które nie tylko pokazywało ciekawe zjawiska, ale przede wszystkim promowało polską naukę.
- Od początku postawiłem sobie taki cel. Teraz już świadomie mówię, że buduję malutki pomniczek nauki polskiej. Nasi naukowcy byli tacy niedoceniani, sfrustrowani. Staram się ich zauważać, dawać im odrobinę satysfakcji, a ludziom, którzy się o nich dowiedzą - poczucie, że mamy się czym szczycić. Że np. na Politechnice Wrocławskiej powstają mikromechanizmy i urządzenia analizujące krew i tkanki, a wszystko to jest wielkości ułamka paznokcia. Że w innym instytucie powstają nanotechnologie, że jedni pracują dla Boeinga, drudzy dla Airbusa. Tylko my o nich nic nie wiemy.

- Dlaczego oni sami nie pchają się przed kamery?
- Może by nawet chcieli, ale proszę sobie wyobrazić taką sytuację - do tej pory jestem zażenowany i oburzony. W tym roku w kwietniu wręczone zostały nagrody premiera dla naukowców. Ci doświadczeni dostawali za całokształt, a młodzi za najlepsze doktoraty. Pan premier nie znalazł jednak czasu, by przyjść i wręczyć swoje nagrody. I to mnie oburza. Bo docenia się u nas sportowca, który skoczył, rzucił, pchnął, a nie zauważa ludzi o najwybitniejszych umysłach.

- "Laboratorium" robił pan przez 25 lat. Dwa lata temu program zniknął z anteny. Dlaczego?
- To była konsekwencja tej samej postawy. Długo walczyłem, ale telewizja tego nie chciała, więc ile można. Kierownictwo nastawiło się na komercję. Twierdzili, że to tak siermiężnie wygląda, a oni ewentualnie jeszcze wzięliby widowisko, najlepiej za darmo. Ale za darmo nie da się zrobić. BBC jedno zdjęcie robi na Islandii, drugie w Himalajach, i wysyła tam kilkunastoosobowe ekipy. Ja wszędzie jeździłem w pojedynkę i jeszcze sam musiałem robić zdjęcia. Nawet tysiąca złotych na współpracownika nie byli w stanie dać. Narzekali na oglądalność, ale jak tylko trochę skoczyła, to zmieniali porę emisji na gorszą. Szkoda, bo programów, które utrzymują się na ekranie przez 25 lat, nie jest za dużo, a na świecie można takie na palcach jednej ręki policzyć.

- Czy podczas nagrań zdarzały się niebezpieczne sytuacje?
- Wiele razy. Kiedyś ze strażakami skakałem z trzeciego piętra na poduszkę pneumatyczną. Ze zdenerwowania źle się ułożyłem i tak uderzyłem o powierzchnię, że trzeba było założyć mi gorset. Innym razem podpaliłem się. Pokazywałem nową metodę gaszenia pożarów. Chciałem to ładnie sfilmować nie zza strażaka, ale żeby był naprzeciw. Umieściłem kamerę w takim okienku, ale jak ogień dmuchnął, to poszedł cały na mnie. Spaliłem włosy, rzęsy, brwi, kamera zaczęła się palić. Na szczęście przyglądali się temu Japończycy i zaczęli mnie gasić marynarkami. Do telewizji wróciłem jak upiór. Innym razem topiłem się w sztolni w kopalni. Wyciągnęli mnie na lince ratunkowej.

- Wyznaje pan zasadę "bez ryzyka nie ma zabawy"?
- Nie, po prostu jak o czymś opowiadam, muszę to wiedzieć, być w środku, próbować. Ja jestem entuzjastą. Sam najbardziej lubię ludzi tzw. pozytywnie odjechanych. Prowadziłem koparkę i czołgi. Jak leopardem na poligonie uderzyłem z prędkością 50 km na godzinę w brzozę, to drzewo tylko frunęło. Ale teraz wiem, jak to jest.

- Należy pan do tych, którzy własnym dzieciom zabierają kolejkę, by się pobawić?
- Dzieciom nigdy nie zabierałem, razem tarzaliśmy się po podłodze. I zostało to do tej pory. Kiedyś na moje imieniny zaprosiliśmy kilkunastu profesorów, w tym trzech rektorów, i wyciągnęliśmy kolejkę. Gdyby pani zobaczyła tych rektorów na kolanach. To było widowisko! Następnym razem, gdy się spotkaliśmy, od razu pytali, czy znowu będzie kolejka. Ale ja zawsze wymyślam coś nowego. Kupiłem takie samochodziki, które rozpędzają się do 30 km na godzinę, no i profesorowie ścigali się nimi.

- Wieczni chłopcy.
- Mówi się, że chłopcy rosną, a kobiety dojrzewają. Ich żony przypatrują się nam i pewnie też by się chętnie pobawiły, ale uważają, że nie wypada, bo one dojrzały. Ja nie dojrzałem. We mnie jest coś z dziecka. Jak widzę fajną zabawkę, to nie mogę sobie odmówić.

- Za swoją popularyzatorską pasję był pan wielokrotnie nagradzany. Która nagroda jest dla pana najcenniejsza?
- Kiedyś latem pojechałem robić program do laboratorium na uniwersytecie w Poznaniu. Oprowadza mnie profesor. Wszystko wspaniałe, ale pusto, bo to lato. Co ja nakręcę? Martwą naturę? Wychodzimy z profesorem z sali i w drzwiach zderzam się z młodym człowiekiem. "Ooo, to pan!" - woła młodzian. "Proszę pana, 20 lat temu zobaczyłem pana program, pokazywano załamanie światła. Tak mnie to zafascynowało! Tydzień temu doktorat z tego obroniłem". Poczułem się, jakbym miał całą pierś medali. "No widzi pan - mówię do chłopaka - a ja teraz nie mogę nakręcić tu programu, bo nikogo nie ma". "A może by panowie poszli kawę" - zaproponował młodzian. Poszliśmy. Za 30-40 minut dzwoni telefon. "Proszę przyjść do laboratorium". Wchodzimy, a tam pełno ludzi w białych fartuchach, każdy coś robi, praca wre. Chłopak ściągnął kolegów, którzy rzucili wszystko i przyjechali na rowerach. Czy może być większa nagroda?

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3