Władza funduje nam farsę. Ale Gowin uratował Kaczyńskiego przed ostateczną kompromitacją

Krzysztof Zyzik
Krzysztof Zyzik
Jarosław Gowin i Jarosław Kaczyński w Sejmie.
Jarosław Gowin i Jarosław Kaczyński w Sejmie. Adam Jankowski
Udostępnij:
Z niedowierzeniem i zapartym tchem oglądaliśmy w ostatnich dniach pęd partyjnej lokomotywy wyborczej Jarosława Kaczyńskiego ku betonowej ścianie.

Jeszcze kilka dni temu jego wierni poddani, w tym organizator partyjnych wyborów minister Jacek Sasin, zapewniali, że odbędą się one 10 maja. Już wtedy po ulicach walały się nielegalnie wydrukowane karty wyborcze, które listonosze mieli nam wrzucić do skrzynek bez pokwitowania, jak gazetki z marketu. Mimo tych urągających demokracji okolicznościom, lokomotywa pędziła, a medialne lizusy skarbu państwa wiły się jak piskorze, by uzasadnić konieczność przeprowadzenia majowych wyborów.

I oto na kilka dni przed godziną zero, gdy w TVP trwała debata prezydencka, dwóch panów Jarosławów, ponad głowami demokratycznych instytucji, a nawet ponad głową ich prezydenta dogadało się, że jednak wyborów w niedzielę nie będzie. To znaczy, formalnie się odbędą (!), ale de facto nie, więc Sąd Najwyższy będzie zmuszony stwierdzić ich nieważność. W memach zwykle takie fikołki kwituje się podpisem: „Czego nie rozumiecie?”

Tak, to jest farsa. Mimo to uważam, że dobrze się stało, iż w obozie prawicy znalazł się ktoś, kto podjął ryzykowną politycznie próbę powstrzymania obłędu. Nadal mamy problem, bo Sejm przegłosował prawnego potworka, ale zapowiadana nowelizacja z przywróceniem konstytucyjnej roli Państwowej Komisji Wyborczej, wprowadzeniem zasady pokwitowania pakietów wyborczych i odsunięcie wyborów w czasie o jakieś dwa miesiące, dają przynajmniej szansę na uznanie wyniku wyborów przez polskich wyborców i cały demokratyczny świat.

Wielu komentatorów twierdzi, że Gowin się zbłaźnił. Że dał się ograć, bo koniec końców wszyscy jego ludzie, nawet ci, którzy nie dali się PiS-owi zaszantażować, czy przekupić, jednak zagłosowali za ustawą kopertową. Ja staram się jednak szukać światła w tunelu i widzę dobrą rolę gestu Gowina. Potwierdziło się, że presja ma sens. Presja zaangażowanych obywateli i niezależnych mediów. Ale też presja samorządowców, którzy nie złamali się i nie przekazali na kompromitujące żądanie wojewodów naszych danych osobowych.

Widzę też w ostatnich wydarzeniach zapowiedź wielkiej roszady na scenie politycznej. Otóż obserwujemy początek końca wieloletniego podziału na obóz PiS i PO. Początek końca quasi dyktatury Jarosława Kaczyńskiego. Jarosław Gowin podważył bowiem dwa dość istotne dogmaty. O nieomylności prezesa PiS i ostateczności jego decyzji. Uwypuklił, jak marne intelektualnie jest bezpośrednie otoczenie prezesa, które – owszem - jest stanie skoczyć za nim w ogień, ale nie potrafi mu szepnąć do ucha, że pobłądził. A przynajmniej nie potrafi tego uczynić skutecznie.

Ale to może być także początek końca Platformy Obywatelskiej, której kompletnie bezbarwna kandydatka Małgorzata Kidawa-Błońska nie ma już w mojej opinii żadnych szans na wejście do drugiej tury. Podmienienie kandydatki w kilka tygodni wydaje się teoretycznie możliwe, ale byłoby to obarczone ryzykiem podwójnej kompromitacji. Bo niby na kogo? Donald Tusk, ciągle jeszcze postrzegany przez niektórych jak potencjalny wybawiciel platformy, nie ma już posłuchu nawet po stronie twardego antypisu, czego dowodem jest choćby chłodne przyjęcie jego apelu o bojkot wyborów przez demokratycznych kandydatów.
Kluczem do dalszej układanki sceny politycznej będzie wynik wyborów prezydenckich.

Ich przesunięcie w czasie choćby o tych kilka tygodni jest dla fasadowego prezydenta Andrzeja Dudy problemem. Nie miał on odwagi wybić się na samodzielność przez całe pięć lat. Nie miał jej nawet w ostatnich tygodniach, unikając wypowiedzi na temat wyborczej farsy ministra Sasina. Za to kręcił się po kraju w dobie pandemii nie wiadomo w jakim charakterze i nie wiadomo po co. Podczas debaty w TVP atakował go bezpardonowo nawet Mirosław Piotrowski, zaufany kandydat szefa „Radia Maryja”. Jasne, to mógł być efekt tradycyjnych targów ojca dyrektora o pieniądze i na ostatniej prostej zakonnik z Torunia jeszcze zdąży poprzeć Dudę. Ale cośmy w czwartek w TVP zobaczyli, to się już nie odzobaczy.

Jeśli zatem wygasa podział Polski na klany PiS i PO, to jaki będzie krajobraz po tej bitwie? Wszystko, co w polskiej polityce najciekawsze, będzie się działo w politycznym centrum. W debacie wyborczej, poza krzykliwym i nieistotnym politycznie Pawłem Tanajno, najmocniej zaprezentowali się właśnie kandydaci centrowi: Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia. I to oni mają szansę na drugą turę, a w efekcie – nawet prezydenturę i budowanie szerokich ugrupowań pod wybory parlamentarne. Może ze środowiskiem Jarosława Gowina, któremu pamiętliwy Kaczyński nie zapomni widowiskowego afrontu. Nie można zapominać, że Andrzej Duda jest ciągle sondażowym faworytem nadchodzących wyborów, ale w trakcie debaty w jego oczach już mogliśmy dostrzec ten sam popłoch, co u Bronisława Komorowskiego pięć lat temu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Więcej informacji na stronie głównej Nowa Trybuna Opolska
Dodaj ogłoszenie