Władza żywi się sportem

Daniel Polak
Prezes Kazimierz Pietrzyk (z prawej) na fali sukcesów siatkarzy Mostostalu Kędzierzyn-Koźle w 2001 roku dostał się do Sejmu z ramienia SLD. Podobną karierą może się pochwalić m.in. Andrzej Buła, szef piłkarskiego MKS-u Kluczbork, od czterech lat poseł Platformy Obywatelskiej.
Prezes Kazimierz Pietrzyk (z prawej) na fali sukcesów siatkarzy Mostostalu Kędzierzyn-Koźle w 2001 roku dostał się do Sejmu z ramienia SLD. Podobną karierą może się pochwalić m.in. Andrzej Buła, szef piłkarskiego MKS-u Kluczbork, od czterech lat poseł Platformy Obywatelskiej. Daniel Polak
Wojna bałkańska rozpoczęła się na stadionie, kibice stanęli też na czele tegorocznej arabskiej wiosny ludów. Bo sport i polityka przenikają się od zawsze, raz wynosząc do władzy sportowych działaczy, innym razem obalając rządy. O tym, że sport pomaga zdobywać wyborców, wiedzą także opolscy politycy.

Był 25 stycznia 2011 roku, gdy ulice Kairu zapełniły się niezadowolonymi ze swojego losu Egipcjanami. Tłum skandował hasła nawołujące do obalenia prezydenta Hosniego Mubaraka. Cały świat z przerażeniem obserwował te wydarzenia, obawiając się masakry na demonstrantach.

Na czele protestujących stanęli jednak zaprawieni w bojach ze służbami porządkowymi kibole kairskiego klubu Al-Ahly, którzy nie przestraszyli się wycelowanych w nich luf karabinów i czołgów. Ich obecność dodała odwagi zwykłym ludziom i tłum demonstrantów pęczniał z dnia na dzień. Prezydent Mubarak najpierw zdymisjonował znienawidzony przez Egipcjan rząd, a potem sam oddał władzę. Tak zaczęła się afrykańska wiosna ludów.

Służby specjalne dyktatorów innych krajów doskonale wiedziały, kto stał na czele rewolty. W efekcie natychmiast odwołano ligowe kolejki w wielu innych afrykańskich krajach, m.in. w Libii i Algierii. Niedługo potem arabska telewizja Al-Jazzeera potwierdziła, że "dzień gniewu", jak nazwano styczniowe wydarzenia w Egipcie, był zasługą nie tyle polityków opozycji, co właśnie ultrasów, czyli zagorzałych kibiców piłkarskich.

Lechia to Solidarność

Przykład przyszedł z Europy, bo niezwykle szybko rozwijający się ruch kibicowski w Afryce, z szalikami, flagami, racami i innymi atrybutami, wzoruje się właśnie na stadionach ze Starego Kontynentu. Z kolei tu szlaki przecierali fani Lechii Gdańsk, którzy w latach 80. odegrali w walce z komuną rolę równie istotną co Solidarność.

- W tamtym okresie funkcjonowały w Gdańsku trzy ważne miejsca oporu wobec komunistycznych władz: Stocznia Gdańska, kościół św. Brygidy i stadion Lechii - wspomina ks. dr Jarosław Wąsowicz, salezjanin, publicysta, wielki fan Lechii i autor książki "Biało-zielona Solidarność", opisującej walkę kibiców z aparatem władzy. - Ten powiew wolności zawitał też na inne stadiony. Kibice mieli wielki wpływ na to, jak zmieniła się Polska.

O tym doskonale wie także premier Donald Tusk, przed laty fan Lechii, zasiadający w tzw. młynie, czyli sektorze najzagorzalszych kibiców. Odkąd Tusk pełni funkcję premiera, stracił jednak sympatię piłkarskiej braci, stając się jednym z jej największych wrogów. Szalikowcy z Gdańska przekonują, że premier wypowiedział kibolom wojnę na kilka miesięcy przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi, bo bał się siły trybun i postanowił je spacyfikować.

Donald Tusk wspólnie z wojewodami faktycznie pozamykał wówczas wiele stadionów. A na tych, gdzie odbywały się mecze, nakazał ostro karać wszystkich, którzy wywieszali na płotach antyrządowe hasła. Szykanowani na każdym kroku fani piłkarscy urządzali z kolei polowania na słynny "Tuskobus", próbując w antyrządowe demonstracje wciągnąć także zwykłych ludzi. Siłę tego środowiska docenili politycy opozycji. Posłanka PiS Beata Kempa, a także senator Zbigniew Romaszewski oficjalnie wsparli niejakiego "Starucha", herszta fanów Legii Warszawa, który miał spore problemy z prawem. Premier Tusk tę wojnę wygrał, jednak wielu do dziś przyznaje, że tzw. temat kiboli miał wpływ nie tylko na samą kampanię wyborczą, ale również na jej wynik.

Przed II wojną światową polskie stadiony także były areną walk politycznych. - Sympatie sportowe mieszały się z politycznymi. Będąc kibicem jednego klubu, było się jednocześnie zwolennikiem np. Polskiej Partii Socjalistycznej, a chodząc na inny stadion, manifestowało się przywiązanie do endecji - podkreśla dr Robert Gawkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, który badał zachowania kibiców przed drugą wojną światową i tuż po niej.

Pierwszy strzał padł na stadionie

Bywało, że na stadionach piłkarskich rozpoczynały się wojny. 13 maja 1990 roku na Bałkanach już wrzało. Tego dnia spotkały się drużyny chorwackiego Dinama Zagrzeb i serbskiej Crvenej Zvezdy Belgrad.

Ważniejsza od rywalizacji na boisku okazała się ta na trybunach. Kibice tłukli się między sobą, a atmosfery bynajmniej nie próbowali uspokajać piłkarze. Zvonimir Boban, późniejsza gwiazda słynnego AC Milan, kopnął policjanta bijącego jednego z kibiców gospodarzy, co jeszcze bardziej zaogniło atmosferę. Zamieszki po spotkaniu, które amerykańska telewizja CNN uznała za jeden z pięciu najważniejszych meczów w historii świata, rozlały się na cały kraj, a chwilę później wybuchła regularna, krwawa wojna.

Podczas tego meczu w sektorze fanów Crvenej Zvezdy stał Željko "Arkan" Ražnatović. Jego zadaniem było nie tylko kierowanie dopingiem, ale także rekrutacja wśród kiboli przyszłych członków Serbskiej Gwardii Ochotniczej, nazwanej "Tygrysami". Odegrali oni dużą rolę podczas działań wojennych, szczególnie zasłynęli jednak słynną masakrą w Vukovarze, podczas której wymordowali 7500 Chorwatów. Kibol "Arkan" jeszcze przez wiele lat po wojnie, za "zasługi" dla narodu serbskiego był chroniony przez tamtejsze służby przed Międzynarodowym Trybunałem w Hadze. Dziś na Bałkanach mówi się, że symboliczny "pierwszy strzał" tej tragicznej wojny padł właśnie na stadionie Dinama.

Były wyniki, był mandat posła

O tym, że droga do władzy wiedzie przez sport, wiedzą też opolscy politycy. Andrzej Buła, prezes piłkarskiego MKS-u Kluczbork, w 2007 roku wyrósł na jedną z czołowych postaci opolskiego sportu, gdyż zarządzana przez niego drużyna występowała w II lidze. Obok Odry Opole była najsilniejszym klubem w naszym regionie.

W Kluczborku na punkcie MKS-u zapanowało prawdziwe szaleństwo, a jego wyrazem był m.in. wynik wyborów parlamentarnych, w których prezes Andrzej Buła uzyskał mandat posła z ramienia Platformy Obywatelskiej. Sportowy działacz dobrze odnalazł się w polityce, zdobył mocną pozycję w opolskiej PO i zasiada w parlamencie już drugą kadencję z rzędu.

Gorzej powiodło się Kazimierzowi Pietrzykowi, twórcy słynnego klubu siatkarskiego z Kędzierzyna-Koźla, dla którego sportowe sukcesy także były trampoliną do kariery politycznej. Trwała ona jednak zaledwie cztery lata i była ściśle związana w wynikami kierowanego przez niego klubu.

Drużyna pod nazwą Mostostal Azoty od 1997 roku przez siedem kolejnych sezonów stawała na podium mistrzostw Polski, pięciokrotnie sięgając po złoto. W latach 2000-2002 trzy razy zdobywała też Puchar Polski, dokładając do tego medale europejskich pucharów. W Mostostalu grał wtedy trzon siatkarskiej reprezentacji Polski, a jej trener Waldemar Wspaniały od lipca 2001 roku łączył tę funkcje z posadą selekcjonera drużyny narodowej. Jesienią 2001 roku, na fali sukcesów "Mosto", Kazimierz Pietrzyk zdecydował się kandydować do Sejmu. Na opolskiej liście SLD dostał odległe miejsce pod koniec drugiej dziesiątki, mimo to dostał się na Wiejską.

- Wygrałem w tie-breaku - zażartował prezes po ogłoszeniu wyników głosowania, co było bliskie prawdy, gdyż polityczny triumf Kazimierz Pietrzyk osiągnął z poparciem zaledwie 3937 wyborców, o włos wyprzedzając konkurentów.

Jako poseł wywalczył m.in. rządową dotację na budowę nowoczesnej hali sportowej w Kędzierzynie-Koźlu, którą oddano do użytku w maju 2005. W tym czasie Mostostal przeżywał sportowy regres, a partia jego prezesa dołowała w sondażach po serii afer, które wstrząsnęły krajową i opolską sceną polityczną ("Dobre Domy" i afera ratuszowa). Dla posła Pietrzyka oznaczało to kres politycznej kariery, gdyż w wyborach 2005 roku otrzymał poparcie zaledwie 1165 wyborców i musiał pożegnać się z poselskim mandatem.

Sami sportowcy także często zamieniają stadiony na salony władzy. W obecnym Sejmie zasiadają m.in. była gwiazda piłkarskiej reprezentacji Polski Roman Kosecki, słynny siatkarz Paweł Papke czy mistrz olimpijski w gimnastyce Leszek Blanik. A lista ta jest znacznie dłuższa.

Wytrawni politycy również znakomicie odnajduja się w świecie sportu. Urodzony w Opolu Grzegorz Schetyna, były marszałek Sejmu, wicepremier i wciąż czołowa postać Platformy Obywatelskiej, swoją pozycję zaczął budować jako działacz koszykarskiego klubu Śląsk Wrocław. To właśnie Schetyna, jako udziałowiec i szef rady nadzorczej, zbudował sportową potęgę klubu w latach 90. Działał tam - ponad politycznymi podziałami - ze śp. Jerzym Szmajdzińskim, wpływowym politykiem SLD, katóry zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. Za rządów Schetyny Śląsk zaangażował najlepszych zawodników w Polsce, sprowadzil też zagraniczne gwiazdy, sięgając z ich udziałem po mistrzostwa kraju i zaliczając bardzo udane występy na arenie europejskiej. Wszystko to pozwoliło przekształcić klub z Wrocławia w bardzo udane przedsiewzięcie biznesowe, a Grzegorzowi Schetynie, jako udziałowcowi, znacząco pomnożyć osobisty majątek.

Zapatero kibicuje Barcelonie

Komuniści musieli walczyć z kibicami, ale sami często próbowali wykorzystać sport do utrzymania władzy. 3 maja 1966 roku na Jasnej Górze odbywały się centralne uroczystości tysiąclecia chrztu Polski, którym przewodniczył prymas Stefan Wyszyński.

Władze za wszelką cenę chciały przyćmić to wydarzenie, dlatego już miesiąc wcześniej rozpoczęła się wielka kampania promująca zaplanowany właśnie na 3 maja mecz piłkarski Polska - Węgry. "Trybuna Ludu" okrzyknęła go mianem sportowego wydarzenia roku, a stutysięczny Stadion Śląski wypełnił się do ostatniego miejsca. Biało-czerwoni zremisowali z Madziarami 1:1, a frekwencję na meczu władze uznały za swój wielki sukces, mimo że u stóp Czarnej Madonny za Ojczyznę modliło się tego dnia kilkanaście razy więcej ludzi, niż przybyło do Chorzowa.

Za swój sukces władze nie mogły natomiast uznać słynnego gestu tyczkarza Władysława Kozakiewicza, który po oddaniu zwycięskiego skoku na igrzyskach w Moskwie w 1980 roku dobitnie pokazał zasiadającym na trybunie honorowej członkom sowieckiego kierownictwa, co on i miliony innych Polaków myślą o ich narzuconych Polsce rządach.

O tym, jak blisko współczesny sport przenika się z polityką, można się przekonać, śledząc rozgrywki hiszpańskiej ligi piłki nożnej. Od wielu lat kibiców na całym świecie elektryzują starcia dwóch najsłynniejszych klubów Hiszpanii - Realu Madryt i FC Barcelona. To prawdziwa wojna, nacechowana nie tylko sportowymi emocjami, ale także potężną dawką polityki. Real, oficjalnie uznany za najlepszy klub XX wieku na świecie, skupia wokół siebie madrycką klasę średnią.

Dla wielu Hiszpanów jest symbolem narodowej dumy i jedności kraju. Ale w oczach Katalończyków, niewielkiego narodu zamieszkującego północno-wschodni skrawek Hiszpanii, Real to przede wszystkim symbol zniewolenia. Dla nich najważniejsza jest FC Barcelona, jak mówią - "mes que un club" - więcej niż klub. W Katalonii Barca, najlepsza drużyna ostatnich lat na świecie, urosła do rangi potężnej instytucji społecznej, "piłkarskiej armii", która na boiskach przypomina o niepodległościowych aspiracjach regionu, który reprezentuje.

Królewskich tradycyjnie wspierają konserwatyści, a Blaugranę - wszelkiej maści lewica, ze zdetronizowanym niedawno premierem Jose Luisem Zapatero na czele (jego następca, prawicowy Mariano Rajoy, obnosi się oczywiście z przywiązaniem do Realu).

Rywalizacja obu klubów pełna jest nie tylko legendarnych meczów, ale także dramatycznych wydarzeń poza boiskiem. Regularne ligowe starcia Realu i Barcy datują się od roku 1928. Ich temperaturę na zawsze podgrzały tragiczne wydarzenia hiszpańskiej wojny domowej lat 1936-1939.

6 sierpnia 1936 r. żołnierze generała Francisco Franco zasadzili się w górach Sierra de Guadarrama na prezesa Blaugrany, katalońskiego nacjonalistę i lewicowca Josepa Sunyola. Znany polityk został pojmany po wizytacji oddziałów republikańskich i rozstrzelany. Ta zbrodnia uczyniła z Sunyola męczennika Katalonii, a wściekłość kibiców Barcelony na gen. Franco została przelana na Real Madryt.

Generał, który bezwzględnie zwalczał wszelkie przejawy katalońskiego separatyzmu, prywatnie był kibicem Królewskich. To wystarczyło, by klub z Madrytu obdarzono w Katalonii trwającą do dziś dziką nienawiścią. Nie umniejszył jej nawet fakt, że na rozkaz Franco w 1939 roku schwytano, okrutnie torturowano, a następnie skazano na 30 lat więzienia Rafaela Sancheza Guerrę, prezydenta Realu w latach 1935-39.

O ile FC Barcelona, gromadząca wokół siebie także radykalnych separatystów katalońskich, nigdy nie była kojarzona wprost z terroryzmem, to już baskoński Athletic Bilbao przez wiele lat uchodził za siedlisko sympatyków, a nawet czynnych członków organizacji ETA, mającej na koncie dziesiątki zamachów, w których zginęło ponad 800 osób. Sam klub nigdy wprawdzie nie był posądzany o wspieranie ETA, ale jego fanatyczni kibice nieraz demonstrowali wrogość wobec Hiszpanów, szczególnie fanów madryckiego Realu, i wyrażali z trybun wsparcie dla baskońskich terrorystów.
Już rzymscy cesarze rozumieli, że igrzyska są ważną częścią polityki. Od tamtych czasów nic się pod tym względem nie zmieniło.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie