Wojna na żywo

Tomasz Gdula
Jeżdżą w sam środek konfliktów zbrojnych, by Polacy mogli się dowiedzieć o ich przebiegu. Relacje korespondentów śledzimy z zapartym tchem. Oni narażają dla nas swoje życie.

Zapoczątkowany 11 września szaleńczymi atakami terrorystycznymi na World Trade Center w Nowym Jorku i Pentagon w Waszyngtonie konflikt ma niespotykany w dziejach charakter. Wynika to nie tylko z faktu, że wróg nie nosi mundurów, może znajdować się wszędzie i zaatakować znienacka. Jest to również pierwsza wojna, którą tak obszernie relacjonują polskie stacje telewizyjne i radiowe oraz gazety. Ich przedstawiciele znajdują się nie tylko w pobliżu granicy z Afganistanem. Przenikają także do kraju talibów i robią wszystko, by znaleźć się jak najbliżej miejsc amerykańskich nalotów.

- Transmisja z wojny - to zupełnie nowe zjawisko, ale współczesna technika pozwala dziennikarzom relacjonować przebieg działań wojennych niemal na żywo. Jedyną przeszkodą jest znalezienie odpowiednich reporterów, którzy są gotowi podjąć to ryzykowne wyzwanie - uważa Leszek Adamczyk, szef działu zagranicznego Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. - Zapotrzebowanie na taki rodzaj dziennikarstwa jest jednak bezdyskusyjne, o czym najlepiej świadczą miliony Polaków z zapartym tchem śledzących relacje naszych reporterów, Anny Waśkiewicz czy Waldemara Milewicza.
Zanim para dziennikarzy została wysłana przez Telewizję Polską w rejon obecnego konfliktu, redakcja musiała pokonać szereg przeszkód.
- Załatwienie wiz oraz wszelkich niezbędnych pozwoleń, bez których wyprawa naszych reporterów byłaby niemożliwa, zajęło sporo czasu i zjadło nam bardzo wiele nerwów, gdyż za wszelką cenę chcieliśmy być najlepszym w Polsce źródłem informacji o tym, co dzieje się w Afganistanie i państwach ościennych - mówi Adamczyk. - Zachodnie telewizje pieniędzmi przyspieszają załatwianie wszelkich niezbędnych formalności. My jednak nie mamy aż takich możliwości i dlatego w rozmowach z arabskimi urzędnikami musimy się posługiwać dziesiątkami pism, układami, obietnicami...
Waldemar Milewicz pojechał do Pakistanu z własnej woli. Bardzo chciał relacjonować tamtejsze wydarzenia. Zabrał ze sobą kamerę oraz operatora. W ekipie powinien znajdować się także dźwiękowiec, lecz zdobycie wiz dla całej trójki mogłoby poważnie opóźnić wyjazd, a nawet go uniemożliwić. Codzienne relacje Milewicza opisują przede wszystkim sytuację na pograniczu pakistańsko-afgańskim. Mimo iż bezpośrednie działania wojenne w tym rejonie nie są prowadzone, zadanie reportera do łatwych nie należy. Bez pomocy miejscowych przewodników mogłoby go tam spotkać wiele złego.

Trudności, na jakie napotyka Milewicz, nie są obce również innym polskim dziennikarzom w tym regionie. Jacek Czarnecki z Radia Zet wyjechał na wojnę nie zabrawszy ze sobą nawet kamizelki kuloodpornej. Czeka na niego w Warszawie, bo za późno została sprowadzona przez redakcję ze Stanów Zjednoczonych.
- Gdy tylko załatwiliśmy wszelkie niezbędne formalności, Jacek od razu wsiadł do samolotu. Wcześniej musieliśmy go oczywiście ubezpieczyć, co w takiej sytuacji ze zrozumiałych powodów kosztuje nieco drożej niż w przypadku zwykłego wyjazdu - mówi Kamila Ceran, szefowa informacji "Zetki". - Mimo że musimy być konkurencyjni i przekazywać możliwie najatrakcyjniejsze informacje, to Jacek Czarnecki otrzymał wyraźny zakaz nadmiernego ryzyka, którego całkowicie nie da się jednak wykluczyć.
Swoich przedstawicieli w miejsce konfliktu wysłały także stacje TVN i TVN 24. W Pakistanie są Maciej Woroch i Marcin Firlej. Obaj są ubezpieczeni i wyposażeni w niezbędny sprzęt.

Mówi Jadwiga Milewicz, matka Waldemara Milewicza, korespondenta TVP:
Każdy dzień jest dla mnie stresem
- Waldek jest zapaleńcem, on kocha swoją pracę i wykonuje ją niezależnie od ryzyka, jakie się z tym wiąże. Nie jest jednak szaleńcem, gdyż doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jakie niesie jego praca. Ponieważ jednak ma dla kogo żyć, jeśli nie dla mnie, to dla swojej córki, wielokrotnie namawiałam go do zmiany pracy, lub przynajmniej jej charakteru. To jednak rzucanie grochem o ścianę. Niby wysłucha, przytaknie, ale niech tylko gdzieś wybuchnie jakiś konflikt... W takiej sytuacji gotów jest rzucić wszystko i jechać w najgorsze piekło. Proszę sobie wyobrazić, co ja wtedy przeżywam. Każdy dzień jest potwornym stresem, bo dla mnie nie jest ważne, jakie informacje syn przekaże z ekranu telewizora, ale czy go w ogóle na nim zobaczę, najlepiej z napisem "na żywo". Wielokrotnie pytano mnie już, czy jestem dumna z faktu, że jestem matką słynnego Waldemara Milewicza. Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, bo z jednej strony oczywiście cieszę się, że ludzie doceniają jego profesjonalizm i jakość wykonywanej pracy. Cieszy mnie też, że to, co robi, jest ważne dla ludzi, ponieważ to właśnie od mojego syna dowiadują się oni szczegółowo, jak pisze się historia naszych czasów. Codziennie kilka milionów Polaków słucha go z zapartym tchem i to na pewno jest miłe. Z drugiej jednak strony nic dla matki nie jest warte narażania życia dziecka. Dlatego wciąż będę obstawać przy swoim i gdy Waldek tylko wróci do Polski, ponownie postaram się go przekonać, że już wystarczy tych wojen i jego obecności we wszystkich tych Kosowach czy Afganistanach. Niech on sobie będzie dziennikarzem, ale ten zawód można przecież uprawiać na dziesiątki innych sposobów i bez narażania swojego zdrowia i życia.

Piotr Sadziński
z RMF-u, wchodząc do Afganistanu, zabrał ze sobą 15 litrów wody oraz kilkadziesiąt tabliczek czekolady. Wyposażony jest w kamizelkę kuloodporną, maskę przeciwgazową, telefon satelitarny oraz cyfrowy aparat fotograficzny. W normalnych warunkach Sadziński korzystałby też ze studia polowego, w jakie wyposażeni są na przykład przebywający w Pakistanie oraz Tadżykistanie jego redakcyjni koledzy, Jan Mikruta oraz Przemysław Marzec. W Afganistanie nie można jednak korzystać z takich urządzeń, gdyż prawie nigdzie w tym kraju nie ma prądu. Sadziński w Afganistanie ma też amerykańskie dolary, by opłacać nimi przewodników.

O tym, jak wygląda praca reportera w samym Afganistanie, doskonale wie wysłannik RMF, Piotr Sadziński, który na prośbę "NTO" opowiedział nam o tym za pośrednictwem rzeczniczki radia Anny Kozłowskiej:
- Po Afganistanie można się poruszać wyłącznie na podstawie czasowych przepustek, wydawanych przez lokalne władze. Otrzymanie takiej przepustki niczego jednak nie gwarantuje, gdyż po drodze trzeba przekroczyć szereg posterunków, na których służbę pełnią najczęściej niepiśmienni strażnicy. Najpoważniejszy dokument siłą rzeczy jest dla nich tylko nic nie znaczącym świstkiem, a jeżeli strażnik odmówi przepuszczenia reportera przez swój posterunek, dziennikarz sam niewiele może zrobić - relacjonuje Sadziński. - Jeżeli reporter będzie usiłował przekonywać strażnika do autentyczności swoich przepustek, może to przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Dziennikarz może na przykład zostać oskarżony o nielegalne poruszanie się po Afganistanie. Posiadanie sprzętu radiowego lub aparatu fotograficznego może też być świetną podstawą do oskarżenia o szpiegostwo.

Sadziński ma w Afganistanie miejscowych przewodników, dzięki którym może w miarę bezpiecznie chodzić po tamtejszych drogach. Nie jest to łatwe, gdyż kraj nafaszerowany jest milionami min przeciwpiechotnych, zainstalowanych w trakcie konfliktu radziecko-afgańskiego oraz późniejszej wojny domowej. Na drogach trzeba więc zachować szczególną ostrożność i nie zbaczać z nich ani na krok.
- Nasz reporter wyposażony jest w cyfrowy aparat fotograficzny, którym robi zdjęcia publikowane później w Internecie. Często jednak wykonanie dobrego zdjęcia wymaga zejścia ze ścieżki, a to grozi nadzianiem się na minę - mówi Anna Kozłowska. - W każdej takiej sytuacji Piotr konsultuje się jednak z nami i to w Polsce zapada decyzja, czy dla danego materiału warto aż tak ryzykować.

Do Afganistanu pojechali też reporter Wojciech Jagielski oraz fotoreporter Krzysztof Miller z "Gazety Wyborczej". Miller od lat należy do ścisłej czołówki polskich fotoreporterów. Na swoim koncie ma wiele wypraw w zapalne rejony świata, jest więc obeznany z niebezpieczeństwami czyhającymi na dziennikarza pracującego w warunkach wojennych. Jego redakcyjni koledzy od kilku dni przeżywają jednak spory stres.
- Od trzech dni Krzysztof się do nas nie odezwał - mówi Małgorzata Harasim z działu fotograficznego "Gazety". - Nie jest na szczęście tak, że nie mamy żadnych informacji o nim, ale pochodzą one z drugiej ręki. Mam nadzieję, że Krzysztof odezwie się do nas w ciągu najbliższych godzin.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3