Wolontariusze - armia Jurka Owsiaka

fot. Tomasz Dragan
11 lat w Orkiestrze Mateusza Kani, potwierdzonych 11 identyfikatorami, to połowa życia 22-latka z Namysłowa.
11 lat w Orkiestrze Mateusza Kani, potwierdzonych 11 identyfikatorami, to połowa życia 22-latka z Namysłowa. fot. Tomasz Dragan
Jedni poszli za głosem serca, by zmieniać szarą rzeczywistość. Inni mieli motywacje osobiste, na przykład chore dziecko w rodzinie. Pierwsi wolontariusze na Opolszczyźnie oddali Orkiestrze serca i sprawili, że gra ona do dzisiaj.

Pierwszy raz Wielka Orkiestra Jurka Owsiaka zagrała w Polsce w styczniu 1993 roku. Prudnik do grających w niej miast dołączył rok później. Wszystko za sprawą trzech panów, którzy w jesienne popołudnie zebrali się przy kawie w Prudnickim Ośrodku Kultury. Był wśród nich 38-letni wtedy Ryszard Grajek, szef ośrodka, do dziś koordynator prudnickiego sztabu WOŚP.

- Pomyśleliśmy, że czemu by też nie u nas! W końcu idea jest piękna, można zrobić coś dobrego dla innych i przy okazji trochę rozruszać miasto - wspomina dziś Grajek. - Głowy wtedy mieliśmy pełne pomysłów, serca pełne wiary i zapału. No, a oprócz tego kilka kilogramów mniej... A ja - bujne, ciemne włosy... - śmieje się.

Fantazji i zapału starczyło organizatorom pierwszego prudnickiego finału nie tylko na organizację imprezy. Przekonali też do niej niechętnych w wielu miejscach Polski i Opolszczyzny księży, a nawet zaprojektowali swoje orkiestrowe serduszka.

- W środku te nasze serduszka miały gitarę, tak żeby pokazać muzyczny charakter przedsięwzięcia - wspomina Ryszard Grajek, który tamten finał organizował, ale i zbierał podczas imprezy pieniądze jako wolontariusz. - Nie zachowałem sobie niestety nawet jednego na pamiątkę. Pamiętam za to, że jakoś źle zostały poprzycinane i nie mogliśmy odklejać kolorowej folii od papieru. Więc dawaliśmy je ludziom z tym papierem, żeby go sobie oderwali w domu.

Rok później, na kolejny finał, prudniczanie mieli już pierwsze swoje złote serduszko na licytację. - To był prawdziwy, piękny dar serc - opowiada szef Prudnickiego Ośrodka Kultury. - Kruszec na to serduszko zebraliśmy od seniorów z Prudnika, a wykonała je miejscowa pani złotnik.

Panu Ryszardowi, który na kilka lat w Orkiestrę wciągnął też swojego syna, najbardziej zapadła w pamięć atmosfera pierwszych finałów. - Ten entuzjam, pospolite ruszenie i świadomość, że w wielu ludziach są ogromne pokłady bezinteresowaności - mówi. - Wiele z tego przetrwało oczywiście do dziś, ale Orkiestra nie jest już taka sama. Teraz to ogromna machina, bardzo sformalizowana i poukładana. Trochę mi w niej brakuje bardziej osobistych relacji. Kiedyś Jurek Owsiak do każdego sztabu wysyłał własnoręcznie podpisane podziękowania. Kserowaliśmy je i rozsyłaliśmy do szkół i wszystkich, którzy nam pomagali. Dziś już tego nie ma... Ale Orkiestra gra, a ja w niej nieprzerwanie od 17 lat.

Zbierał też dla brata
Paweł Wajs w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy działał od 1995 do 2001 roku. W 1996 został koordynatorem imprezy w rodzinnym Namysłowie. Był najmłodszym wtedy koordynatorem w całej Polsce. Pisała o tym nto. Ale zanim zrobił pierwszy swój namysłowski finał, był wolontariuszem we Wrocławiu.

- Usłyszałem, że jest Orkiestra, wsiadłem w autobus do Wrocławia, poszedłem do tamtejszego sztabu, wziąłem puszkę i zbierałem pieniądze - wspomina.

Miał wielką motywację, by brać udział w zbiórce. Orkiestra grała tamtego roku dla dzieci ze schorzeniami onkologicznymi, a o sześć lat młodszy brat Pawła, Piotr, chorował wtedy na ziarnicę rozsianą, rodzaj nowotworu, który atakuje węzły chłonne.

- Piotr miał bodaj 5 lat, gdy zachorował, leczył się klinicznie bardzo długo - opowiada Paweł Wajs. - Wtedy, gdy walczył z rakiem, na urządzenia kupione za pieniądze Orkiestry jeszcze nie trafił. Ale kilka lat później zachorował na żółtaczkę typu C. No i okazało się, że przy leczeniu go lekarze korzystali między innymi z urządzeń oznaczonych orkiestrowym serduszkiem. Oznacza, że sprzęt kupiono za pieniądze zebrane przez WOŚP.

Dziś 24-letni teraz Piotr Wajs, brat Pawła, jest szczęśliwym mężem i ojcem. Z rozrzewnieniem wspomina finały organizowane przez jego brata i siostrę Magdalenę.

- Byłem wtedy małym berbeciem - śmieje się. - Pętałem im się chyba trochę pod nogami, ale też pomagałem jak mogłem. W pamięć najbardziej wbił mi się taki obrazek: jest któryś z kolei finał organizowany przez nas w Namysłowie. Kwatera główna całego zamieszania jest u nas w domu. A że mieszkaliśmy wtedy na drugim piętrze, to od parteru aż po nasze drzwi na każdym schodku stały buty wolontariuszy, którzy przychodzili się ogrzać, po serduszka albo instrukcje...

Niezła szkoła życia
Paweł Wajs: - Orkiestra to była dla mnie ogromna szkoła życia. Miałem kilkanaście lat, a musiałem się dowiedzieć, jak załatwić sprzęt, pozwolenia, dogadać się z policją czy strażą. Dzięki wydeptanym przez moją siostrę ścieżkom mieliśmy ogromne wsparcie domu kultury. Dlatego udawało nam się co roku organizować koncerty rockowe, pokazy ratownictwa medycznego, fajerwerków, Światełko do Nieba. A wolontariuszy, dzięki współpracującym z nami przedsiębiorcom, woziliśmy po całym powiecie. Dlatego z roku na rok zbieraliśmy więcej i więcej pieniędzy.

Ile? Kto to dziś pamięta. Ale we Wrocławiu, gdzie swoją zbiórkę Wajsowie raportowali, zawsze byli chwaleni za postawę Namysłowian.

- 4 stycznia 1998 roku, gdy odbywał się finał, wypadała też moja osiemnastka - wspomina pan Paweł. - Wieczorem we Wrocławiu, kiedy przyjechałem z raportem kasowym z naszej zbiórki, ekipa na wizji na całą Polskę odśpiewała mi "Sto lat"!

Paweł Wajs, dziś 30-letni żołnierz służący w jednostce brzeskich saperów, wspomina też jeszcze jeden aspekt, ważny dla młodych ludzi, którzy w pierwszych latach WOŚP chwycili za puszki.

- Wielu z nas, tak jak ja, słuchało wtedy rocka, chodziło w skórzanych kurtkach i miało długie włosy - opowiada. - Przez dużą część społeczeństwa byliśmy postrzegani jak awanturnicy czy ćpuny. Kiedy wyszliśmy na ulice z puszkami, miałem wrażenie, że w dwa dni cała Polska zmieniła o nas zdanie...

W orkiestrze grały pary
Paweł Szarejko z Opola do armii orkiestrowych wolontariuszy dołączył w czwartym finale, w 1996 roku. Miał wtedy 10 lat. Przez kolejne osiem nie było roku, w którym nie zbierałby pieniędzy od ludzi dobrej woli. W ostatnich latach, kiedy był wolontariuszem, w jednej dłoni trzymał puszkę, w drugiej rękę Agnieszki, swojej obecnej żony. - Zbieraliśmy razem pieniądze dwa albo trzy razy - wspomina dzisiaj pan Paweł. - Agnieszka dołączyła do orkiestry przeze mnie.

Dziś z puszkami po ulicach już nie chodzą, ale w sztabie pojawiają się co roku - z trzyletnim synem Borysem.

- Bo jak się już raz zacznie, to trudno sobie wyobrazić kolejny rok bez tego zamieszania, podekscytowania i poczucia spełnienia - kwituje Paweł Szarejko. - W tym roku będziemy rozwozić wolontariuszy gdzie trzeba. A w Orkiestrze będziemy grać, jak mawia Jurek Owsiak, do końca świata i
jeden dzień dłużej...

Na początku to była zabawa
Mateusz Kania, 22-latek z Namysłowa, dziś szef tamtejszego sztabu, od 11 lat jest żołnierzem w armii wolontariuszy Jurka Owsiaka. Kiedyś też dał się ponieść emocjom licytacji. - To było z dziesięć lat temu - opowiada. - Mama dała mi bodaj 200 złotych. Miałem sobie kupić kurtkę czy buty, ale... zacząłem licytować koszulkę Wielkiej Orkiestry. No i wylicytowałem! Za 200 złotych... Trochę wtedy oberwałem, ale z perspektywy wiem, że było warto.

Wśród wolontariuszy znalazł się, gdy miał 11 lat. Był harcerzem i wraz z innymi włączył się do pomocy. - Na początku to była zabawa - wspomina. - Droczyliśmy się z kumplami, kto będzie przyklejał serduszka, a kto najdłużej potrzyma puszkę. Potem się okazało, że złapałem orkiestrowego bakcyla i jakoś nie mogę sobie wyobrazić jesieni i zimy bez Orkiestry. To jest jak sekta Owsiaka - śmieje się. - Można się uzależnić.

I - jak mówią wolontariusze - wybić się w swojej społeczności. Bo kto przez kilka tygodni puka od drzwi do drzwi w poszukiwaniu sponsorów, załatwia formalności w urzędach i organizuje imprezy, ten nie pozostanie anonimowy.

- Tak naprawdę na przykład ja dzięki Orkiestrze dostałem pracę w domu kultury - mówi Mateusz Kania. - Ktoś mnie zauważył podczas którejś licytacji, obserwował przez kilka kolejnych finałów i stwierdził, że się nadaję.

Tylko od roku 2002 na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy kwestowało łącznie ponad 865 tysięcy wolontariuszy w całej Polsce. Od 4 lat ta liczba nie jest mniejsza niż 120 tys. rocznie. W tym roku będzie podobnie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3