Wygnania i powroty

    Jolanta Jasińska-Mrukot

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Edward Mokros wrócił na swoją ojcowiznę.

    Edward Mokros wrócił na swoją ojcowiznę.

    III Rzesza miała być wieczna, a Julianpol miał być jej częścią - ale bez polskich mieszkańców tej pogranicznej wsi. Dlatego musieli zniknąć.
    Edward Mokros wrócił na swoją ojcowiznę.

    Edward Mokros wrócił na swoją ojcowiznę.

    Rzesza przybyła do wsi na polsko-niemieckiej granicy, w dzisiejszym powiecie oleskim, z bagnetami piechoty Wehrmachtu 1 września 1939 roku przed południem. Przemknęła i poszła dalej. Latem 1940 pojawiła się ponownie, wraz z Niemcami z Wołynia, jakoś nie przypominających tych zza miedzy, których znali mieszkańcy Julianpola. O Niemcach z Ukrainy Edward Mokros mówi dzisiaj: - Ani to byli Wołyniacy, ani Niemcy, to ukraiński żywioł i źli gospodarze.
    Józef Dorczyński, ówczesny sołtys Julianpola, przemianowanego na Siemensrich, przekazywał ludziom zarządzenia nowej niemieckiej władzy, jednak o tym, kiedy i gdzie zostaną wysiedleni, nie wspominał. Późną wiosną 1940 roku mieszkańcy przebąkiwali o tym, co nastąpi. Jedni wierzyli, inni chcieli wierzyć, że to tylko strachy.
    - Na noc opuszczaliśmy gospodarstwa i zza wysokich zbóż patrzyliśmy na domy, obserwowaliśmy czy żandarmi nie nadjechali - wspomina Mokros. - Do domu przychodziło się tylko na chwilę do obrządku inwentarza.
    To, czego się tak bardzo bali, nastąpiło 26 czerwca 1940 roku. Grupa żandarmów wjechała do wsi.
    - Wpadali do domów i siłą wyrywali tych, którzy w nich pozostali- opowiada Mokros. - Wywozili na roboty w głąb Niemiec.
    Z 36 rozdrobnionych polskich gospodarstw Julianpola połączono ziemię i utworzono z nich 15 farm dla Niemców z Ukrainy.
    - Wszędzie tam, gdzie wchodził osadnik, zawisła niemiecka flaga ze swastyką- wspomina Edward Mokros, który w chwili wysiedlenia miał 12 lat. - Wysiedlili część wsi i zajmowali tylko lepsze domy. Gorsze rozebrali i porąbali, poszły do pieca na opał. Uniknąłem wywózki, bo schroniłem się na strychu mojego sąsiada, sołtysa Dorczyńskiego, potem ja i dwoje innych nieletnich trafiliśmy do skomasowanego 16-hektarowego gospodarstwa Alberta Draheima.
    Wyrwani siłą nie potrafią zakorzenić się już nigdzie. Waleria Derbis, kiedy opuszczała Julianpol, miała 9 lat.
    - Wywieźli mnie, rodziców, moje rodzeństwo i innych z Julianpola, wywieźli też Żyda Budę, prowadził sklep koło mleczarni - 73-letnia dziś Waleria Derbis opowiada tak, jakby czerwcowy dzień 1940 roku był wczoraj. - Kiedy zawieźli nas do Łodzi, to go tak bili, że nie szło na to patrzeć, i chyba wtedy Buda wyzionął ducha. Z Łodzi powieźli nas koło Zamościa, do małej wioski pod Biłgorajem, gdzie przez 9 miesięcy przymieraliśmy głodem, spaliśmy na klepisku, a tatuś na to mizerne życie zarabiał tłukąc kamienie na drodze...
    Spod Biłgoraju trafili w głąb Niemiec. To, co zapamiętała z tej podróży 9-letnia Waleria, to krajobraz niemieckich miejscowości z wpisanymi w nie lagrami i wynędzniałymi jeńcami wojennymi. - Tam myśmy się zatrzymywali na nocleg, ale to była zgroza patrzeć na tych jeńców - opowiada Derbisowa.
    Głodówka u hrabiego
    W Hameln, docelowej miejscowości, czekali już na nich ci, u których mieli pracować. - Tak bardzo się wtedy bałam, że naszą rodzinę, polskich niewolników, rozłączą albo pozabijają - ciągnie swoją opowieść Waleria Derbis.
    W zamożnym majątku barona Mergensena pracowało 25 Polaków i 25 Rosjan.
    Kiedyś Waleria zeszła z pola wcześniej. - Ten cały wachmajster się za mną drze, że "szisen" i "szisen", a ja mu mówię, że może sobie strzelać, bo mnie to i tak już wszystko jedno - opowiada, głos jej drży, jakby to było wczoraj.
    Konsekwencją zachowania dziecka miało być rozstrzelanie całej rodziny. - Uratowało nas to, że my z pobliża granicy niemieckiej pochodzili i tato znał dobrze niemiecki - mówi pani Waleria. - Padł przed baronem na kolana i przyrzekał na wszystkie świętości, że więcej to się już nie powtórzy.
    Pamięta też swoją pierwszą komunię, angielskiego kapelana, który ją do niej przygotował po polsku. Do komunii przystąpiła w niemieckim kościele, podobnie jak inne niemieckie dzieci.
    Przysługujący robotnikom przymusowym deputat chleba zaczęto im zwiększać w miarę zbliżania się frontu.
    - To był kwiecień 1945 roku, kiedy weszli Amerykanie - opowiada Derbisowa. - Tak bardzo myśmy się cieszyli, pamiętam, że przyszli i powiedzieli, że już nie jesteśmy niewolnicy i nie musimy iść do pracy.
    Przymusowi robotnicy nie wrócili zaraz po wyzwoleniu, z Niemiec do Julianpola, przesiedzieli 9 miesięcy w niemieckich koszarach - z pełnymi żołądkami, ale z każdym dniem coraz bardziej nerwowi.
    - W końcu ludzie zaczęli wyjeżdżać do Kanady, do Francji, mogliśmy też wyemigrować, ale tato powiedział, co tam będziemy się byle gdzie tułać, jedziemy do naszej Polski, naszego Julianpola - wspomina pani Waleria. W miejscu, które zostawili w czerwcu 1940 roku, były krowy, koń, budynki gospodarcze. Po powrocie niczego już nie zastali. Po niemieckiej obecności nie chciała zostawić śladu, żadnych dokumentów.
    - Wszystko wyrzuciłam, bo kto mógł przypuszczać, że Niemcy będą płacili kiedykolwiek jakieś odszkodowania? - komentuje Derbisowa.
    Eugenia Słonina z Julianpola była 4-letnim dzieckiem, tak że nie może pamiętać, jak byli wysiedlani. Wiele wydarzeń zatarło się w jej pamięci, ale uczucie głodu, strachu i zimna gdzieś pozostało.
    - O, tutaj proszę popatrzeć, to po tym, jak mnie ten zwyrodnialec przez rów przerzucił - pani Eugenia pokazuje zniekształconą w przegubie rękę. - Wywieźli nas do Szczepanowa, do majątku koło Środy Śląskiej, gdzie mama w polu pracowała. Pamiętam, że było mi zimno i byłam głodna, więc płakałam, wtedy podszedł "ober", złapał i przerzucił.
    Eugenia już nie płakała, nawet wtedy, kiedy dorosłych postawili pod mur, a dzieci, ją i starszego brata zamknęli w stodole, którą mieli podpalić...
    - Tuliłam się do brata, a on do mnie mówił: "Gieniuchna, nie bój się, razem pójdziemy do Bozi". I wtedy przyjechała z tego dworu taka piękna kobieta na białym koniu, zaczęła krzyczeć do żandarmów, żeby nie robili tak strasznych rzeczy, bo miejsce dzieci jest przy rodzicach.

    Ta rodzina jeszcze tu żyje...
    Janina Owczarek miała 13 lat, gdy oleski Arbeitsamt skierował ją do pracy we wsi Grodzisko, koło Olesna. Były same kobiety, bo o mężczyzn z krańców Rzeszy, czyli okolic dzisiejszego Olesna, upomniał się Wehrmacht. Mąż gospodyni walczył we Francji, a 13-letnia Janina musiała go zastąpić we wszystkich cięższych pracach.
    - Oprócz pracy w gospodarstwie opiekowałam się małymi dziećmi, a kiedy spadł śnieg, nas, przymusowych robotników, brali do odgarniania albo do kopania okopów, gdzieś koło Kluczborka - wspomina dziś 78-letnia Janina Owczarek.
    Mówi, że nie miała zimowego ubrania, nie miała butów, tylko wystrugane drewniaki. Ogrzewała się w stajni, przytulając do krów...
    - Ktoś z tego gospodarstwa powiadomił żandarma, że Polka z ich gospodarstwa, czyli ja, szykuje się do ucieczki - odtwarza obrazy z przeszłości Owczarkowa. Rąbała drewno w szopie, kiedy wyrósł przed nią jakiś niemiecki mundurowy.
    - Rozpłakałam się, powiedziałam, że tak ciężko pracuję, a dla gospodyni to wszystko mało i nic jej nie pasuje - opowiada pani Janina. Niemiec słuchał, pokiwał głową i poszedł. Pozostała w tym gospodarstwie do wyzwolenia. - Ach, jak ja czekałam na Ruskich! - mówi. - Tylko że potem z tą gospodynią po lasach trzeba było przed nimi uciekać...
    Kiedy Rosjanie weszli do wsi, ją i wielu innych przymusowych robotników potraktowali tak jak ich pracodawców.
    - Pokazałam takiemu Ruskiemu swoje dokumenty, a on tylko pokazywał na pieczątkę i krzyczał "hakenkrojc!", więc je wyrzuciłam, bo te papiery tylko mogły napytać człowiekowi biedy - opowiada Owczarkowa.
    Potomkowie rodziny, u której tyrała Owczarkowa, do dzisiaj mieszkają w Grodzisku.
    Edward Mokros, który w chwili wysiedlenia miał 12 lat, też czekał na armię radziecką jak na wybawienie. - Tato był na robotach w Biskupicach koło Olesna, siostra wywieziona w głąb Niemiec, a brat ukrywał się na Podlasiu - wylicza Mokros.
    O jego gospodarza, Alberta Draheima, w 1943 roku upomniała się niemiecka armia. Przerzucili go do Francji.
    - W odwiedziny do niego pojechała żona i w tym czasie do wsi weszli Rosjanie - opowiada Mokros.
    Mokrosa do dzisiaj zastanawia przekonanie osadników z Wołynia, że do Julianpola przyjechali na zawsze, a te gospodarstwa są ich prawowitą własnością.
    - Już pod koniec 1944 roku ładowali na furmanki dobytek i uciekali w głąb Niemiec. - Zostawili całkowicie zrujnowane gospodarstwa, tak że nie było do czego wracać - opowiada Mokros.
    Nie miał do czego wracać także Jan Rychel. Jako żołnierz trafił do niemieckiej niewoli, potem na roboty do bauera. - Pisałem oświadczenie, że nie będę uciekać, ale nie mogę powiedzieć, ten Niemiec to był dobry człowiek - wspomina Rychel. - W sąsiedztwie rosyjski parobek z głodu chciał zjeść owies dla konia i Niemiec za to go zabił - mówi 88-letni Jan Rychel. Z Niemiec przez trzy tygodnie wracał na nogach.
    - Niby człowiek wrócił do domu, ale po nim ani śladu, bo ci Niemcy dom drewniany rozebrali - dodaje Rychel. Z Niemiec wracał z żoną, poznaną na robotach urodziwą Chorwatką Marią Papicz.
    - Nad chlewem mieszkaliśmy - mówi Jan Rychel. - W 1955 roku postawiłem dom, do tego czasu człowiek po obcych się tułał. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi...

    List z Niemiec
    Waleria Derbis z Julianpola za pośrednictwem Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie dostała list z Hameln od Bernharda Geldbertbroma, naukowca, który zbierał materiał do swojej pracy na temat robót przymusowych w okresie III Rzeszy. "Była pani wtedy małym dzieckiem, pisze naukowiec, wiem jak ciężka była praca u barona Mergensena i bardzo mi wstyd za to, co was dotknęło". W innym liście niemiecki historyk pisze: "Podjąłem się badań na temat robót przymusowych w czasach hitleryzmu 1939-45 roku w Hameln i okolicy. Dotychczas nikt się tego nie podjął, dlatego tutejsza ludność niewiele wie o cierpieniach przymusowych robotników w tamtych czasach. W Hameln było 3 tysiące przymusowych robotników, wielu z nich żyło w bardzo złych warunkach, wykonywali ciężką pracę bez zapłaty. Ponad 300 robotników zmarło w Hameln, wielu z nich było bardzo młodych, więc chciałbym przypomnieć o losie tych ludzi"...

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo