Wyprawa offroadowa do Albanii

fot. Archiwum prywatne
Na samochodową wyprawę do Albanii mogą sobie pozwolić tylko posiadacze samochodów z napędem na cztery koła.
Na samochodową wyprawę do Albanii mogą sobie pozwolić tylko posiadacze samochodów z napędem na cztery koła. fot. Archiwum prywatne
Na śmiałków czekają groźne góry, piękne widoki i niesamowita cisza. A zupa z zakurzonej menażki zjedzona na łonie przyrody ma inny smak. - Przeżycia są niesamowite - mówi Adam Kajewski, uczestnik wyprawy.

Offroadowa wyprawa po Albanii, to propozycja dla tych, którym polskie bezdroża już nie wystarczają. Trudny górzysty szlak pokonał Adam Kajewski z Kędzierzyna-Koźla, członek grupy Opole4x4.multiply.pl oraz jego koledzy.

- Każdy może pójść w nasze ślady, pod warunkiem, że ma samochód z napędem na cztery koła - mówi. - Tylko kilka głównych dróg jest asfaltowych, reszta to szutrowe trakty, a w rejonach górzystych - kamieniste.

W wyprawie uczestniczyły cztery samochody: dwa land rovery defendery i dwa nissany patrole Y61. Wyprawa trwała dziewięć dni, zaś dojazd do Albanii dwie doby. Zaczęło się pechowo.

Z powodu awarii układu chłodzenia silnika w patrolu Adama ekipa musiała poruszać się bardzo wolno, bo z maksymalną prędkością do 80 kilometrów na godzinę. Pierwszą noc spędzili w Bośni. Rano wyruszyli do Czarnogóry. Ten kraj to coraz gorsze drogi i wspaniałe widoki na kanion rzeki Piv.

- Im bliżej byliśmy Albanii, tym drogi były węższe. Mijanie z nadjeżdżającymi tirami to prawdziwy koszmar. Momentami nasze auta wystawały karoseriami poza obrys drogi, a TIR przeciskał się "przyklejony" do skalnej ściany - wspomina Adam.
Drugi nocleg znaleźli na campingu za miejscowością Koplik. Z Kopliku, który znajduje się prawie na poziomie morza, musieli wjechać na prawie 1500 m n.p.m.
- Niestety, brakowało ciepłej wody, w zasadzie brakowało jakiejkolwiek wody. Później okazało się, że to albański standard - mówi Adam.

Trzeci dzień poświęcili na pakowanie samochodów i tankowanie wody do kanistrów. Wiedzieli, że potem będą już tylko góry.

- Jechaliśmy drogami górskimi na poziomie od 200 do 2200 m n.p.m. Cały czas w drodze towarzyszył nam nieznośny pył. Średnia prędkość przejazdu wahała się w granicach 8-10 km na godzinę - mówi offroadowiec.

Czwartego dnia wjechali do Parku Narodowego Teth. Czekały tam na nich dzikie góry i niesamowita cisza. Droga wiodła serpentynami na przełęcz Therthores. Trzeba było bardzo uważać - jeden nieostrożny ruch i samochód mógł runąć w przepaść.

Piątego dnia dojechali do wioski Teth, gdzie czas stanął w miejscu. Czasem na górskiej drodze spotykali furgonetkę albo ciężarówki przeładowane drewnem, kołyszące się nad przepaściami.

- Do tej pory nie wiemy, jak one tam dojechały. Do najbliższego asfaltu było bowiem ponad 100 km - mówi Adam.
Następnego dnia poznali, co to albański ruch uliczny, dotarli bowiem do miasta Shkoder, największego w tym regionie.

- Tam nikt nie używa kierunkowskazów, mało kto włącza po zmroku światła. Za to wszyscy namiętnie korzystają z klaksonów - wspomina Adam. - Na rondzie, gdzie obowiązuje teoretycznie ruch prawostronny, wszyscy jeżdżą, jak im się podoba. Samochodami, skuterami, ciężarówkami, na rowerach... a na środku stoi policjant i ze spokojem wszystkiemu się przygląda.

A potem (dzień ósmy) znowu góry, piękne widoki i niesamowita cisza. Posiłki spożywane w zakurzonych menażkach, ale za to na łonie prawdziwej, nieskażonej natury miały wspaniały smak. Dojechali do miejscowości Kukez.

W samym jej centrum znajdujemy dość schludny hotel. Cena 10 euro za noc. Niestety, ciepłej wody brak. A zimnej wystarczyło na połowę prysznica...

Ósmego dnia kawalkada samochodów wjechała do Parku Narodowego Lure. Jest to masyw górski z kilkunastoma jeziorami.

- Tego dnia lało, i to mocno. Niektóre strome podjazdy robiliśmy na 1. biegu i włączonym reduktorze. To już naprawdę ekstrem. Tego się nie spodziewaliśmy
- mówi Adam.

Dziewiątego dnia dotarli do miejscowości Burell. Było bardzo późno, ale właściciel moteliku specjalnie dla nich otworzył kuchnię i zrobił kolację.

Dziesiąty dzień to znowu góry. Wieczorem ekipa dojechała do miejscowości Shengjin. Jest to nadmorski kurort, ale nie zrobił na nich pozytywnego wrażenia.

- Plaża zasypana śmieciami. I wszędzie bunkry. Na jednym z nich przy zachodzącym słońcu zrobiliśmy sobie kolację. To już był ostatni wieczór naszej albańskiej wyprawy, więc niespodziewanie kolacja wydłużyła się do późnych godzin nocnych
- wspomina offroadowiec.

Droga powrotna zajęła im dwa dni.
- Było niesamowicie - mówi Adam.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie