Z wiolonczelą w świat

Redakcja
Z prof. Romanem Jabłońskim, światowej sławy wiolonczelistą, rozmawia Danuta Nowicka

- W Encyklopedii Muzycznej PWM rodzina Jabłońskich występuje dwa razy. Hasło "Roman Jabłoński" poprzedza "Henryk Hubertus Jabłoński".
- To mój ojciec, który od jedenastu lat już nie żyje. Całe moje życie kształtowało się pod jego wpływem.
- Ojciec wszedł do historii muzyki jako kompozytor wielkich dzieł oratoryjnych i mało kto wie, że komponował piosenki, które zrobiły zawrotną karierę. Choćby "Pierwszy siwy włos" czy "Zachodni wiatr".
- Było tego mnóstwo. I setki utworów orkiestrowych dla Rachonia, które, często tylko raz nagrane, szły "ad acta". Gdybym był milionerem, wynająłbym świetną orkiestrę i je nagrał, bo to bardzo dobre utwory.
- Jak wytłumaczyć tę rozmaitość zainteresowań ojca?
- Z czegoś trzeba było żyć. Ojciec mówił, że za "Pierwszy siwy włos" można było postawić dom, a za II Symfonię - furtkę.
- Pamięta pan okoliczności, w jakich piosenka powstała?
- Dokładnie. Próbował dość długo, zrobił szkic, po czym stwierdził: - A, chała - zgniótł i wyrzucił. Właściwie mama uratowała nuty, wyjmując je z kosza.
- Przypuszczam, że jako dziecko miał pan gotową odpowiedź na pytanie - kim będziesz, kiedy dorośniesz?
- To było raczej oczywiste, że zajmę się muzyką, choć nie powiem, żeby mnie inne rzeczy nie interesowały.
- Na przykład?
- Leśnictwo. Doskonale wyobrażałem sobie siebie jako leśniczego.
- Mimo że tradycje muzykowania były w pańskiej rodzinie tak silne? Że na skrzypcach i fortepianie grali pana dziadkowie, że ojciec tyle godzin spędzał przy wiolonczeli?
- Właściwie dopiero gdy miałem szesnaście lat, zaczęło się myślenie o graniu jako o profesji. Że to nie sama przyjemność, ale i ciężka praca, uświadomili mi w konserwatorium w Moskwie. Dopiero tam zobaczyłem, jaka jest straszna konkurencja. Ćwiczysz sześć godzin? To ja będę osiem...
- Utarło się przekonanie, że sprawność techniczną na wiolonczeli zdobywa się do czternastu lat. Potem już na to za późno.
- To nieprawda, choć oczywiście jest to związane z rozwojem biologicznym, ze sprawnością fizyczną, z biegłością palców. Niedawno zwrócił się do mnie redaktor radia w San Sebastian, amator muzyki. Koniecznie chciał nauczyć się grać na wiolonczeli. Od razu wiedziałem, że sprawa jest przegrana, ale uparł się i wymusił lekcje. Nie dało rady. To już nie były te palce.
- Można powiedzieć, że wiolonczela rośnie wraz z uczniem. Przetestował pan wszystkie pięć rozmiarów?
- Zaczynałem w wieku dziesięciu lat i ćwiczyłem od razu na dużej.
- Od razu miał pan duże ambicje?
- Nie byłem mały.
- Wracając do Moskwy i tamtejszej szkoły życia. Słyszałam, jak to kiedyś Rostropowicz polecił słynnej wiolonczelistce Marii Czajkowskiej nauczyć się z dnia na dzień na pamięć jakiejś suity, sześć, siedem stron nut. Czajkowska owinęła wiolonczelę w koc, żeby nie budzić sąsiadów, ćwiczyła całą noc, ale kiedy rano odkryła na kciuku wielki bąbel, sądziła, że do przesłuchania nie dojdzie. Myliła się. Profesor ledwo spojrzał, machnął ręką i kazał grać, nie zważając na krew, która spłynęła kałużą.
- Byłem na jednym roku z Czajkowską. To było trochę inaczej. Wszystko opierało się na entuzjazmie. Rostropowicz miał tak wielki autorytet, że każdy dałby się chyba poćwiartować, żeby mu dogodzić, żeby udowodnić, ile jest wart.
- Jakie wrażenia wyniósł późniejszy profesor Jabłoński ze spotkania z profesorem Mstisławem Rostropowiczem?
- To był człowiek, który nieprawdopodobnie dominował. Wszystko to bardzo mi się podobało, przyznam się jednak, że dzisiaj, kiedy przeglądam notatki, bo spisywałem wszystkie jego uwagi, żeby mieć możliwość powrotu nie tylko do obrazu, który z latami się zaciera, ale i do sposobu myślenia, widzę, że było w tym mniej prawdy, niż mi się wydawało.
- Czy w Rosji totalitaryzm objął także konserwatorium?
- Owszem. Nie można jednak powiedzieć, że było to do końca złe. Bo jeśli ktoś sam sobie nie radził, mógł przyjąć gotowy towar.
- Musiał pan przeżyć szok, nie tylko w sferze artystycznej, przyjeżdżając do Stanów...
- O, tak. Pamiętam, największe kłopoty mieliśmy w Moskwie z jedzeniem. Chodziłem bez przerwy głodny, tym bardziej że chciałem studiować, a nie wystawać w kolejkach czy gotować.
- Jakim cudem otworzyły się drzwi na szeroki świat?
- Brałem udział w konkursie w Monachium i jeden z jurorów zaproponował mi stypendium. Długo nie chciano mnie wypuścić, bo po Rosji obowiązywał mnie trzyletni nakaz pracy. Na szczęście miałem dobre wyniki i jeden rok mi odpuszczono. Za oceanem rzeczywiście przeżyłem wielki kontrast. Po moskiewskim maglowaniu, kompletny luz: nikt niczego nie wymagał, tylko - dobrze, bardzo dobrze. - Jakie dobrze? Nie byłem z siebie zadowolony.
- Ale to na Yale University mieli rację, skoro na konkursie muzycznym w Dallas był pan pierwszy.
- Zaraz po trzech miesiącach po przyjeździe do Stanów.
- Pana biograf zauważa, że od Dallas zaczęła się błyskotliwa kariera.
- Nie powiedziałbym, że tak od razu.
- Dość szybko został pan zaproszony do Carnegie Hall w Nowym Jorku, do sali, o której marzy niejeden znany muzyk. To uzasadnione marzenia?
- Centrum, stolica, renomowane miejsce, tam przychodzą najlepsi krytycy, świetna publiczność. To wszystko się liczy. Z tym, że potem przyszła kolej na jeszcze lepsze sale i występy z najlepszymi orkiestrami świata: Berliner Philharmoniker, New York Philharmonic, Jerusalem Symphony Orchestra, Philharmonia Scottish National, RAI Roma, Santa Cecilia di Roma, Cleveland Orchestra, ZDF Koeln, BBC Orchestras.
- Z tego, co słyszałam, w Polsce w szkołach muzycznych - po pierwsze - wybiera się fortepian, po drugie - skrzypce. Na wiolonczelę trzeba urządzać łapanki.
- Na Zachodzie tak było dwadzieścia lat temu. Skąd to się brało? Myślę, że z łatwizny: taki rodzic myśli sobie - dziecko weźmie nuty pod pachę, naciśnie klawisze - to przecież proste. Podobnie w przypadku skrzypiec. Ale już zdążył się zorientować, że i pianistów, i skrzypków mamy za wielu. Znam eteryczne dziewczynki, które zmagają się z potężną bryłą kontrabasu.
- Tajemnica wiolonczeli. Na czym polega? Skąd bierze się ten głęboki, ciepły, szczególnie przyjazny człowiekowi dźwięk?
- To sprawa skali, od basów do sopranów. Poza tym... To zależy, jak kto gra. Można zagrać tak, że wszystkie myszy uciekną.
- I od samej wiolonczeli? Słyszałam, że profesor Wróbel kupił instrument za mieszkanie w Warszawie. Żadnego tam stradivariusa...
- O cenach nie mówmy, bo będzie więcej włamań. Co do stradivariusów-wiolonczeli, jest ich na świecie czterdzieści. Mój profesor, który miał ostatniego, Białego Łabędzia, sprzedał go za cztery i pół miliona dolarów. Oczywiście nikt prywatnie nie mógł go kupić. Nikt też nie jest w stanie takiego instrumentu skopiować nawet przy najlepszym sprzęcie komputerowym. Nie da rady.
- Grał pan na stradivariusie?
- Oczywiście, na wielu. Choć nie było to takie proste.
- Wiolonczela i koncert wiolonczelowy Lutosławskiego - był pan jego stałym wykonawcą - stały się przepustką do wielkiego świata.
- Zagraliśmy go raz wspólnie na Festiwalu Muzyki Współczesnej we Wrocławiu. Profesorowi tak się podobało, że od tego czasu 20 lat jeździliśmy po największych salach koncertowych świata.
- Gdyby nie wiolonczela, nie zamieszkałby pan także w San Sebastian?
- To był przypadek. Pojechaliśmy z żoną na zaproszenie brata na rok, żeby się przewietrzyć.
- Ile już lat ten rok trwa?
- Chyba czternaście...
- Za pół godziny koncert w Mosznej. Co pana tu sprowadziło, panie profesorze? Fakt, że żona jest opolanką czy azalie? W Hiszpanii nie są piękniejsze?
- Z panem Pawlickim, artystycznym szefem Muzycznego Święta jestem w serdecznym kontakcie już od lat. A poza tym chętnie tutaj wracam, koncertuję, poznaję nowe miejsca. Z przyjemnością jeszcze raz zagrałbym w Pałacu Biskupim w Nysie. Świetna akustyka. Zaś co do azalii... W San Sebastian azalii nie widziałem, choć tam na okrągło coś kwitnie. Nie wiadomo, kiedy kończy się jesień, a już w grudniu lub styczniu mimoza.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie