Zabity 13 grudnia. Andrzej Kubis, prawdopodobnie jedyna śmiertelna ofiara stanu wojennego z Opolszczyzny

fot. Paweł Stauffer
- Znów jest rocznica 13 grudnia, znów jest głośno o internowanych i zasłużonych - mówi Henryk Kubis. - A nasz Andrzej nie był represjonowany ani internowany, więc jego los nikogo nie obchodzi.
- Znów jest rocznica 13 grudnia, znów jest głośno o internowanych i zasłużonych - mówi Henryk Kubis. - A nasz Andrzej nie był represjonowany ani internowany, więc jego los nikogo nie obchodzi. fot. Paweł Stauffer
W samym sercu Złotnik stoi pomnik. Na tablicy szereg nazwisk mieszkańców wsi poległych podczas I i II wojny światowej. A na samym dole wpis: starszy szeregowy Andrzej Kubis, 21 lat. I data śmierci: 13 grudnia 1981.

Henryk Kubis, młodszy brat Andrzeja wybudował duży dom, wprowadził do niego żonę i postawił na nogi gospodarstwo. Ale od 13 grudnia 1981 roku w ich rodzinie już nic nie jest jak dawniej. Kiedy Henryk wraca wspomnieniami do stanu wojennego, z oczu ciekną mu łzy…

- Niewiele wiemy, co wtedy się wydarzyło - mężczyzna zasłania rękami twarz. Jego żona Renata zaprasza do gościnnego pokoju, układa na stole kilka pożółkłych dokumentów, a potem ścisza głos. - Teściowa słabo słyszy, ale lepiej, żeby nic z naszej rozmowy do niej nie dotarło - wyjaśnia. - Nie ma dnia, żeby nie wspominała Andrzeja…

84-letnia staruszka powoli przechadza się korytarzem, zdaje się nie widzieć nikogo obcego w swoim domu. Niepokoi się o wnuki, które nie wróciły jeszcze ze szkoły. - Mama po śmierci brata tak jakoś w sobie się zamknęła - opowiada Henryk.

Wyjmuje z koperty kolejne pożółkłe dokumenty. - Wszystkie pisma, te z prokuratury wojskowej i inne przychodziły pocztą - mówi rozżalony. - Dokładnie tak, jak podczas drugiej wojny, gdy do ludzi w Złotnikach szły zawiadomienia o śmierci bliskich na froncie. Mam żal o to, że nikt do nas nie przyjechał.

Że jakiś oficer nie położył u nich wojskowej czapki na stole. I tak po ludzku nie powiedział: wasz Andrzej, a nasz starszy szeregowy nie żyje. I że nam współczują, w jednostce i polskiej armii, dzielą żal po straconym żołnierzu…

Pierwszy dzień w Żaganiu

13 grudnia 1981 roku o godzinie 9 kolumna czołgów wyjechała z jednostki w Żaganiu. Z dokumentów wynika, że kierowała się w stronę miejsca alarmowego. Ale gdzie - tego z lakonicznych dokumentów wojskowej prokuratury w Zielonej Górze nie można się dowiedzieć. To wtedy była tajemnica wojskowa. Można sobie tylko wyobrazić okoliczności. Wojsko w stanie największej gotowości, jak na wypadek "W", ale kiedy pada rozkaz wyjazdu, wybucha chaos, żołnierze pędzą do BWP i skotów, kolumna w pośpiechu i nieładzie wyjeżdża z koszar. Może do Wrocławia, może pod zrewoltowany górniczo-hutniczy Lubin? Cel znał tylko dowódca.

Drugi czołg w kolumnie prowadził st. szer. Kubis. Z dokumentów wynika, że kiedy wjechał na most na kanale rzeki Czarnej, zarzuciło go na pobocze, uderzył w barierkę. Pękła, ale ułamek wcześniej naporu nie wytrzymał most. Runął do rzeki, a wraz z nim czołg.

Działonowy i ładowniczy przeżyli, udało im się wydostać z maszyny. Andrzej zginął, z dokumentów prokuratury wojskowej wynika, że utonął. - Być może tonął na oczach innych. A może zmarł z wyziębiania? - te pytania dręczą do dziś jego najbliższych.

Prokuratura umorzyła śledztwo, zawiadomienie przyszło do rodziny na początku 1982 roku. Wojskowi napisali, że to "wypadek niezamierzony przez nikogo". Wspomnieli o nietypowych warunkach. I że nie można dopatrywać się naruszenia przepisów ze strony dowództwa i prowadzących kolumnę pojazdów.
Prokurator napisał jeszcze, że st. szer. Kubis, choć mechanik-kierowca, nie miał praktycznych umiejętności w prowadzeniu czołgu. To dlaczego nim jechał, na dodatek w czołówce kolumny?

Dlaczego czołgi wjechały na most, który nie był gotowy na takie obciążenie. Ktoś przecież zawinił. Czyjeś błędne rozkazy kosztowały życie brata. Henryk Kubis chciałby to wiedzieć. Może ta wiedza ukoiłaby jego ból.

- Jest kolejna rocznica stanu wojennego, znowu mówią o internowanych. Tych zasłużonych wspominają… - dodaje z goryczą Henryk. - A nasz Andrzej prosty chłopak, szeregowiec tylko nas obchodzi. O śmierci Andrzeja Kubisa ze Złotnik niewielu słyszało. A to najprawdopodobniej jedyna śmiertelna ofiara stanu wojennego na Opolszczyźnie.

Pierwszy dzień w Złotnikach

Kobiety w Złotnikach pamiętają, że trzynastego grudnia zeszły się u Kubisów na darcie pierza. Za oknem siarczysty mróz, ale w kuchni ciepło buchało od pieca. - Niby zwyczajnie, jak zawsze przy pierzu - wspomina Hildegarda Chudala, najbliższa sąsiadka Kubisów. - Ale człowiek się bał, bo wszystko już wtedy tak groźnie wyglądało.

Pod wieczór do Kubisów zastukał ZOMO-wiec z Prószkowa. Kubisowie do dzisiaj nie wiedzą, kto i skąd wtedy dzwonił na komisariat w Prószkowie, żeby powiadomić ich o śmierci Andrzeja.

- Powiedzieli, że musimy jechać do jednostki w Żaganiu, gdzie służył, żeby zidentyfikować zwłoki - wspomina Henryk Kubis.

Przez chrypiący telefon mówili bardzo ogólnie, że czołg spadł z mostu, żadnych szczegółów o okolicznościach śmierci jego brata.

Paweł Chudala, mąż Hildegardy, pamięta, że był już wieczór, niedługo przed dwudziestą drugą.
- Zbliżała się godzina milicyjna, o tej porze bez przepustki poza opłotki człowiek bał się nawet ruszyć - wspomina Chudala. - A Kubisom kazali do Żagania jechać, kiedy poza powiat nie wolno było.

Paweł pojechał z Kubisami na komendę milicji do Opola, żeby już na rano były te przepustki.
- Po drodze do Opola mieliśmy cyrk - opowiada. - Jakiś mundurowy chciał z drogi nas zawracać, bo niby po godzinie milicyjnej, a my bez przepustek się poruszaliśmy. Krzyczałem do niego, że chłopak nie żyje, rano trzeba do Żagania jechać, więc musimy zdobyć te zezwolenia.
Hildegarda Chudala zrobiła wtedy mężowi awanturę.

- Bałam się, że w tym Żaganiu już jest wojna i chłop już stamtąd nigdy nie wróci - przyznaje. - Przecież nie dochodziły żadne informacje, skąd mogliśmy wiedzieć, czy tam już się nie biją?

Sołtyska Elżbieta Dobis pamięta, że w poniedziałek weszła do sklepu w Złotnikach - pakowała mąkę i cukier, jedyne, co jeszcze było do kupienia. Przy ladzie stała drobna kobieta.

- To matka Andrzeja, płakała, że syn na Wielkanoc miał wrócić z wojska, ale już żywy nie wróci - wspomina pani Elżbieta. - Serce pękało, kiedy się na nią patrzyło.

Po kilku dniach wojskowy star przywiózł do Złotnik metalową trumnę z ciałem Andrzeja. - Był tak straszny mróz, że zamarzniętej ziemi na cmentarzu nie dało się ruszyć - wspomina Dobisowa. - Grabarze mówili, że ciężko kopać, więc koledzy Andrzeja wzięli łopaty i wyryli mu grób.
Henryk Kubis rozpytywał żołnierzy, którzy przyjechali, żeby nieść trumnę brata. Myślał, że coś usłyszy na temat okoliczności jego śmierci. Ale powiedzieli, że nic nie wiedzą, specjalnie przysłali takich z innej jednostki.

Tablica dla ofiar każdej wojny

- Wtedy co rusz nocą przez Złotniki ciągnęły czołgi - wspomina Elżbieta Dobis. - W ciągu dnia ludzie patrzyli na wyżłobione przez gąsienice drogi. Człowiek się bał, trudno nie było myśleć o najgorszym.
Starszym nasuwały się wspomnienia z minionej wojny.

- Fabryki przestały produkować, o żywność było ciężko - mówi 84-letni Henryk Milek. - Mój ojciec zajmował się w pobliskich niemieckich koszarach końmi. Ale po jakimś czasie wysłali i jego na front, ojca dziewięciorga dzieci…

Potem przyszedł tylko list, gdzie zginął i w której alei gdzieś na Wschodzie został pochowany.
- Miałem siedemnaście lat, był 1944 rok - wspomina Henryk Milek. - III Rzesza upominała się już o starców i niepełnoletnich. Mnie wcielili do marynarki wojennej.

Zakończył szkolenie niedługo przed kapitulacją. Nocą było jak w dzień, przez naloty. Oficerowie byli coraz częściej pijani, w wojsku panował nieporządek. - Dostałem przydział, miałem jechać do Hamburga autem - wspomina. - Ale nie chciało zapalić, nie wyjechałem.

Henryk Milek dodaje, że gdyby dojechał do Hamburga, pewnie i jego nazwisko znalazłoby się tablicy złotnickiego pomnika. - Wojna zawsze upomina się o zdrowych i młodych - mówi.

Pomysł upamiętnienia ofiar wojny ze Złotnik zrodził jeszcze za poprzedniego sołtysa, nieżyjącego już Józefa Wieschalli. On po 1989 r. spisał listę tych, co zginęli podczas drugiej wojny.

- Stary postument z piaskowca się sypał, wtedy ufundowaliśmy nowe tablice - mówi Paweł Styra, przewodniczący mniejszości niemieckiej w Złotnikach. - Dokładnie nawet nie wiadomo, kto zaproponował, żeby na tablicy umieścić też Andrzeja Kubisa. Mieszkańcy wsi zgodnie uznali, że tak trzeba.

Na tablicy jest jeszcze inny Kubis - Franz. To wujek Andrzeja, zginął pod Monte Cassino. Są też nazwiska Klary Kochanek i jej dzieci, która razem z nimi zginęła pod koniec wojny na minie.
Paweł Styra irytuje się, kiedy co chwilę ktoś mówi o niemieckich tablicach. I o te ciągłe pytania, dlaczego wśród tych nazwisk jest starszy szeregowy Andrzej Kubis.
- Bo na tej tablicy są ofiary, które zginęły w rozmaitych wojnach i historycznych zawieruchach. Te ofiary mają być przestrogą dla następnych pokoleń, czym kończą się wszystkie konflikty - podkreśla Styra. - Żadna z tych ofiar nie chciała iść na wojnę. Przecież to nie były ich wojny. Nie mieli wyboru… Andrzej Kubis także.

Może być za późno

Po 1989 r. Henryk Kubis prawdy i sprawiedliwości szukał jeszcze u prezydenta Wałęsy. - Ale Andrzej nie był internowany ani represjonowany, więc jego los nikogo nie obchodził - mówi Henryk Kubis.

W Ministerstwie Obrony Narodowej tłumaczą, że sprawa dotycząca żołnierza z Żagania jest już przedawniona. I jeśli ktoś może coś na ten temat powiedzieć więcej, to Naczelna Prokuratura Wojskowa. Ta obiecuje udostępnić Kubisom i dziennikarzom dokumenty, kiedy tylko zorientuje się, gdzie one są - w prokuraturze, czy już w archiwum.

Problem w tym, że w dokumentach może nie być niczego więcej ponad to, co już słyszeli Kubisowie. Bo kto wtedy zawracałby sobie głowę szczegółowym wyjaśnianiem tej sprawy, dochodzeniem prawdy i ustalaniem szczegółów śmierci żołnierza. Nikogo nie obchodził jakiś poborowy z podopolskiej wsi.

Wideo

Komentarze 17

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mały
8 grudnia 2014, 21:26, Dekiel:

Tak A.Kubis jechał jako drugi - jechali pod Wrocław , a wypadek spowodowany był tym , że na mostku pojawił się fiat 125 p i Andrzxej Kubis musiał zrobic unik aby go nie zmiażdżyć , pod ciężarem czołgu załamał się chodnik na mostku .Wina wojska jest ewidentna - służba regulacji ruchu wpuściła fiata wprost pod kolumnę czołgów.Jego dowódcą był porucznik Edward Derylak

Wszystko się zgadza opowiadał mi o tym gość który w tym czasie jechał tą kolumną czołgów i faktem jest to że jechali na Wrocław.

S
Samanta Blumstein

Ondrij Duda jest zniesmaczony  , że obyło się bez ofiar . 

x
xxxx

Tylko tragiczny wypadek nic więcej.

Autor artykułu powinien zgłosić się na leczenie psychiatryczne w oddziale zamkniętym

P
Pablo

Kilka drobiazgów wokół tej tragedii. Czołg nie był w remoncie. O jakich skrzynkach zamiast siedzenia ktoś mówi. W załodze było 3 żołnierzy. Nikt się nie zgubił...

D
Dekiel

Tak A.Kubis jechał jako drugi - jechali pod Wrocław , a wypadek spowodowany był tym , że na mostku pojawił się fiat 125 p i Andrzxej Kubis musiał zrobic unik aby go nie zmiażdżyć , pod ciężarem czołgu załamał się chodnik na mostku .Wina wojska jest ewidentna - służba regulacji ruchu wpuściła fiata wprost pod kolumnę czołgów.Jego dowódcą był porucznik Edward Derylak

załoga w składzie : st.szer. Męderowicz , szer. Ciesielski , st.szer. Andrzej Kubis i miał jechać z nimi dowódca porucznik Edward Derylak ale zamiast niego do wozu miał usiąść dowódca pułku ppłk.dypl. Leon Komornicki ( co dowodzi i przeczy oświadczeniom wojskowej prokuratury o braku

umiejętności prowadzenia czołgu - wszak dowódca kompani raczej nie bierze do swojej załogi marnego mechanika - kierowcy ).Działo się to w 8 Pułku Czołgów.

p
pamejudd

Interesujace o czym piszesz, kominiarz. Rozumiem, ze podczas wczesniejszych rozruchow wyzwolenczych, wojsko rowniez stalo sobie spokojnie z boku i nikomu krzywdy nie chcialo robi? A czolgi z koszar wyslano... no tak zeby po prostu ladnie wygladaly na ulicach.

Inna sprawa, ze dobrze poznac punkt widzenia kogos kto byl po tej drugiej stronie SW. Rzeczywistosc nigdy nie jest czarno-biala. Jednak nazywanie Kubisa "opolska ofiara stanu wojennego" jest jak ten stary dowcip o tym, ze dziadek Hansa zginal w Oswiecimiu, bo spadl z wiezyczki strazniczej.

r
robotnik 81

A kto w tamtych czasach pchał się do wojska ? , wszyscy kombinowali ile można było aby uniknąć służby wojskowej.
Wstanie wojennym na ulicach spotykali się żołnierze jak również ci wcielani do milicyjnych oddziałów zamiast do jednostek wojskowych.
I co może się komuś wydaje, ze którykolwiek z tych chłopaków mógł odmówić służby ? , za odmowę albo ucieczkę , groził Prokurator.
Niektórzy rzeczywiście na siłę chcieliby zostać kombatantami . Popieram wpis mówiący o tym , ze marna na Opolszczyźnie była opozycja , tutaj w większości się pracowało w zakładach a tam gdzie szalała Solidarność to firmy popadały w ruinę , albo strajk albo pogotowie strajkowe i setki postulatów nie do spełnienia.
Sami z perspektywy czasu widzimy, ze ostały się jedynie firmy w których nie było solidarności . Po pozostałych tylko wspomnienia, albo sprywatyzowane, albo sprzedane, a ludzie na bruku.

a
ari

Żenująca teza pani redaktor: prawdopodobnie jedyna śmiertelna ofiara stanu wojennego na Opolszczyźnie. Zginął, bo był na służbie (o czym sama dalej napisała z detalami), a nie został zakatowany przez SB. Chwała mu i cześć jego pamięci. Redaktorzy z NTO mają jakiś kompleks prowincjonalnej Opolszczyzny. Zbrodnicza komuna nikogo w regionie nie zabiła. A może by tak napisać tekst o tym dlaczego? Może nie była aż taka zbrodnicza?

.kominiarz.

i odezwali się Ci, co wojsko znają jedynie z opowieści przy piwie, albo jeśli służyli, to w bunseswerze. W przeciwnym wypadku nie wypisywali by takich bzdur i nie ośmieszali się. Mam wrażenie,że wpisy te należą do osób w w wieku, które dopiero uczą się stukać na klawiaturze, bądź niezbyt rozwiniętych umysłowo. Nie wiem zatem, czy warto na tego rodzaju wpisy odpowiadać. No ale może są tutaj osoby,którym warto co nieco dopowiedzieć zanim zaczną rzucać błotem. Nie wzrusza mnie to zresztą, bo uważam,że ktoś taki nie jest wstanie mnie obrazić. Traktuję to jak zepsute powietrze od którego lepiej się odsunąć, bo cuchnie. Zatem skoro są tacy idioci , to niech sobie piszą. Nie robię z siebie żadnego bohatera, bo i nie mam do tego powodu, ani skromność mi na to nie pozwala. Nie mam się też czego wstydzić z powodu tego ,że byłem wtedy w LWP. Mundurowym zresztą jestem do dnia dzisiejszego i jeszcze długo potrwam w lepszej kondycji niż dzisiejsze cherlaki, zanim zdecyduję się pobierać zasłużoną emeryturkę. Tak,że nie zazdroście, bo nie ma czego. Ktoś napisał,że można było powiedzieć wtedy NIE!! Ok...zawsze można. Tylko co jest większym tchórzostwem? Dla mnie siedzenie za babcinym piecem albo za pieniazki tatusia wyrwać się armii. Sztuką bylo stawić temu czoła, a zarazem zachować honor. Bo czy się to komuś podoba, to polski żołnierz ten honor ma i jeśli ktoś na mundur polskiego żołnierza pluje, to jest zwykłą świnią. Nieważne w jakim wojsku się było. Co z tego,że za komuny, SKORO WOJSKO BYŁO ZAWSZE LUBIANE PRZEZ LUDZI. Nawet w stanie wojennym i mówienie,że było inaczej jest zwyczajnym kłamstwem. Pytam się, co z tego,że byłem w kordonie, który osłaniał ten plac? Załadowano chłopaków na wozy, kazano rozciągnąć się dookoła placu i nikt nie wiedział o co chodzi. Dopiero gdy było jasne,że zomo zamierza aresztować ludzi tam manifestujących, to uniemożliwiliśmy im to pozwalajac ludziom uciec. Żadne to bohaterstwo, ale jakim prawem śmieć jeden z drugim ma nas opluwać. Nie pociągnięto nas za to do odpowiedzialności, bo wojsko było mimo wszystko komuchom potrzebne, ale wstawiono nam tak w ***,że niejednemu by sie odechciało wojska. Śmialiśmy się im w twarz. I to jest mój honor, którego nikt mi nie odbierze. Zwłaszcza taki śmieć plujący na forum. Piszę to tylko po to,żeby młodsi ode mnie, którzy nie znają tamtych czasów wiedzieli dlaczego ludność cywilna zawsze szanowała wojsko,bez względu, czy było to LWP czy WP Rzeczypospolitej. Pamiętajcie: żadne ruskie wojsko!! My ich też nienawidziliśmy i byli dla nas tak samo okupantem.

S
Silo
W dniu 12.12.2009 o 22:37, FanO napisał:

Dla jego rodziny to tragedia-wyrazy współczucia! ale to był wypadek - robienie bohaterów z takich ludzi to nieporozumienie,gdyby miał być bohaterem to odmówiłby wejścia do czołgu!!!-też w tym czasie byłem w wojsku-też Żagań(bohaterem nie byłem ale miałem prze.....ne-mało nas było)-wszystkiemu był winny ustrój -za którym wielu tak tęskni!!!



Nikt nie robi z tego chłopaka bohatera. Byl poprostu ofiarą tamtych wydarzeń. W normalnej sluzbie nie wjeżdzaliby pewno na ten most, choc wypadki się zdarzają. Rodzina chce poprostu ustalic okoliczności jego smierci, to wszystko.
R
Remek

Kominiarz ma pewnie SBecka emeryturkę i uważa się za mistrza. Nie wie jednak, że był człowiekiem i mógł się postawić. Nie potrafi wyjaśnić dlaczego nie rozróżniał dobra od zła i dlaczego był zły. Tłuk tłukiem tłuczony.
Co do stanu wojennego to podziękowania katowi Jaruzelskiemu. Wszyscy wiedzą jak było. Wszyscy też wiedzą, że to nie było potrzebne. Niech smaży się w piekle i błaga o litośc na wieki wieków.

F
FanO

Dla jego rodziny to tragedia-wyrazy współczucia! ale to był wypadek - robienie bohaterów z takich ludzi to nieporozumienie,gdyby miał być bohaterem to odmówiłby wejścia do czołgu!!!-też w tym czasie byłem w wojsku-też Żagań(bohaterem nie byłem ale miałem prze.....ne-mało nas było)-wszystkiemu był winny ustrój -za którym wielu tak tęskni!!!

F
FanO

Śmierć młodego człowieka w wypadku to tragedia dla jego rodziny -jednak to nie była bohaterska śmierć ;gdyby nie zginął-tak jak jego koledzy prześladowałby opozycję, chcąc nie chcąc-służąc komuchom-przeciwko własnemu narodowi !!!Tym którzy w tym czasie byli w wojsku i uważają że wykonywali tylko rozkazy odpowiadam -też w tym czasie "służyłem" ale mimo szykan można było się przeciwstawiać-trzeba było odwagi !!!"Żałuję że 13.12 1981 nie uderzyłem "Syrenką" w drzewo i nie zginąłem byłbym bohaterem dla NTO jak On-żenujące są takie raportaże o pseudobohaterach-dla mnie to był zwykły wypadek!!! Głupio mi, że prowokujecie mnie do takich komentarzy!

k
kapral czołgista

do pamejudd!
Nie obrażaj zmarłego tragicznie czołgisty. Sam jestem czołgistą który wyszedł do cywila w 1979 roku. Nikt z nas sam się nie pchał do tej służby. Takie były czasy. Rozkaz albo więzienie. W stanie wojennym zastanawiałem się kiedy przyjdą po mnie bo byłem po szkole podoficerskiej ale na szczęście nie dotarli. Mój kuzyn był na Hucie Katowice i jak opowiadał to same straszne rzeczy. Jakby nie wykonali rozkazu to kula w łeb. Dzisiaj już biedak nie żyje. Zmarł w wieku 40 lat bo mu tam psychikę zniszczyli. Coś na temat wojska w PRL-u mogę powiedzieć. Inni zapewne też.

.kominiarz.
W dniu 12.12.2009 o 20:04, pamejudd napisał:

Ciekawe czy rodzinie przyszlo do gloweniek, ze te czolgi nie wyjechaly z jednostki dla zabawy i ze gdyby szer. Kubis nie zginal, byc moze jego czolg rozsmarowalby na asfacie jakiegos demonstranta. Zenujace jest zestawianie smierci niedoszlego oprawcy, z cierpieniem ofiar SW.


Jako ówczesny młody żołnierz tamtego okresu, powinienem za te słowa dać Ci narnolmalniej w pysk. Za siebie, wszystkich chłopaków, którzy wtedy znaleźli się w wojsku i za rodzinę żołnierza, który zginął w wypadku. Podaj mi gnoju chociażby jedną ofiarę Wojska Polskiego w stanie wojennym. Nie zawacham się użyć stwierdzenia,że komuchy bały się użyć wojska w działaniach do jakich wykorzystywano zomowców, bo zdawali sobie sprawę,że wojsko może obrócić sie przeciwko nim. Przedłużano służbe wojskową,żeby nie powoływać młodego rocznika prosto "z ulicy". Bali się,że jeśli każą wojsku strzelać, to może ono obrucić lufy w druga stronę...i tak by sie pewnie stało, bo sam nie raz byłem w takiej sytuacji, kiedy ochraniało się cywili. Oczywiście trzeba było uważać, bo wiadomo czym groziła wpadka. Najpiekniejszym podziękowaniem za pewne wydarzenie z tamtego okresu jest dla mnie okrzyk tłumu: "Brawo wojsko!!! Wojsko z nami!!" ,kiedy odsłoniliśmy kordon, przepuściliśmy uciekających ludzi z placu i zagrodziliśmy drogę goniacym ich zomowcom. Było ciepło przez chwile.... , ale więcej już nie brano w Lublinie wojska do obstawiania "placu boju zomowców". W innych miejscach Polski było podobnie, a oprucz opolszczyzny byłem wtedy niemal w każdym regionie Polski. Wojsko najczęściej pełniło patrole i było wykorzystywane przez komuchów jako "demonstracja siły" na pokaz. Ładowano chłopaków na stary z odkrytą plandeką i wożono po mieście,że niby taka siła. Kolega, który wtedy usmiechnął się do dziweczyny idącej ulicą i odmachał jej ręką, spedził 10 dni w areszcie za ten "gest". Mieliśmy przecież wyglądac groźnie.... Ale władza wiedziała,że wojska musi się obawiać. Tylko po co ja to piszę gnojkowi, który skakał wtedy jako plemnik z jajka na jajko, a teraz zjadł wszystkie rozumy. Gdybyś powiedział to przy kimś, kto wtedy był związany z wojskiem, to ręczę,że nie upiekło by Ci sie to na sucho.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3