Agnieszka Holland: Aktorzy to rasa

Iwona Kłopocka
Stanęłam nad biurkiem ministra, wycelowałam w niego palec i wyrecytowałam: Warchoły to wy.
Stanęłam nad biurkiem ministra, wycelowałam w niego palec i wyrecytowałam: Warchoły to wy.
Rozmowa z Agnieszką Holland, światowej sławy reżyserem filmowym, która w opolskim teatrze rozpoczęła próby do "Aktorów prowincjonalnych"

- Sytuacja wyjściowa dla powstania opolskich "Aktorów prowincjonalnych" jest taka jak w tekście scenariusza. Do prowincjonalnego teatru przyjeżdża gwiazda - i to już nie tylko ze stolicy, ale z Hollywood - i robi przedstawienie. Dlaczego pani chce je tu zrobić?
- Zadzwonił do mnie dyrektor "Kochanowskiego" i zapytał, czy zgodziłabym się na użycie tekstu scenariusza "Aktorów" do zrealizowania współczesnej sztuki. To mnie zaskoczyło, bo przecież ten scenariusz ma swoje lata i powstał w innych okolicznościach ustrojowych i politycznych, a na dodatek został napisany dla potrzeb filmu. Obejrzałam film na nowo, zastanowiłam się, czy to jest do zrobienia w teatrze i jakie by to było dla mnie doświadczenie - powrót do tego tekstu po 30 latach, ale w inny sposób.

- Jakie były okoliczności powstania scenariusza "Aktorów"?
- Napisałam go wspólnie z Witoldem Zatwarnickim, reżyserem pracującym i w Warszawie, i na prowincji. A ja właśnie zrobiłam swoje pierwsze przedstawienie - w teatrze w Gorzowie Wielkopolskim. To była upiorna prowincja, przygnębiająca poprzez brak jakichkolwiek miejsc, gdzie może być fajnie. Dla mnie to jednak było istotne doświadczenie, bo zobaczyłam, że ten miniświat teatru, i to właśnie teatru prowincjonalnego, odbija pewną prawdę o kraju i o kondycji ludzkiej. Że ci aktorzy, którzy czegoś się boją, do czegoś dążą, o czymś marzą - mogą stać się znakiem pewnej sytuacji człowieka.

- Czym więc jest dla pani powrót do tego tematu?
- To się stało ciekawą przygodą czy nawet wyzwaniem, by wrócić do miejsca, z którego się wyszło. Do miejsca, które najpierw przeżyłam, a potem opisałam. Zanim podjęłam decyzję, przyjechałam do Opola, by zobaczyć, czy tu jest zespół, z którym można taką przygodę podjąć. Obejrzałyśmy z Anią Smolar, z którą będę "Aktorów" reżyserować, parę przedstawień i ten zespół wygląda bardzo dobrze, jest mocny, wyrównany i ma kilka ciekawych osobowości.

- Na pierwszej próbie z opolskimi aktorami przyznała pani, że nigdy nie czuła się w teatrze zupełnie swobodnie. Dlaczego?
- To nie jest do końca moje medium. Kiedy robiłam to pierwsze przedstawienie - "Emigrantów" Mrożka w Gorzowie - przez trzy miesiące intensywnie pracowałam z aktorami od godz. 22 do 3 nad ranem. Oni dali z siebie bardzo dużo. To było drugie wystawienie tej sztuki Mrożka w Polsce. Ponieważ do trzeciego szykował się Andrzej Wajda, więc przyjechał na premierę. Notabene w tamtym czasie przyjazd Wajdy do Gorzowa to było takie wydarzenie, jakby teraz papież przyjechał. Wajdzie rzecz się spodobała, nawet pewne pomysły ode mnie ściągnął. A ja na premierze przeżywałam straszne męki, ponieważ wszystko było trochę inaczej niż to, co ja chciałam. I wtedy zrozumiałam, że trudno mi jest robić coś, nad czym nie mam pełnej kontroli. Na tym pewnie polega też piękno teatru, że spektakl się nieustannie zmienia, ale dla mnie oznacza to oddanie w ręce aktorów czegoś, co w mojej głowie istnieje jako skończona forma, a w teatrze ona nigdy skończona nie jest. Psychologicznie to jest dla mnie trudne. Myślałam więc, że będę się już tylko zajmować kinem. W ostatnich latach miałam wiele propozycji, by zrobić jakąś sztukę czy operę. Do tej pory odmawiałam, bo wydawało mi się, że to byłoby jak ubieranie się w czyjeś buty. Tu nie mam takiego wrażenia, ale bez Ani Smolar bym tego nie zrobiła.

- Film "Aktorzy prowincjonalni" powstał w 1978 roku i był mocno osadzony w realiach socjalistycznej Polski. Oprócz świata teatru i jego mechanizmów pokazywał rzeczywistość, która dla żyjących w niej ludzi była potrzaskiem. Ten aspekt zniknął. Co w zamian?
- W naszym świecie mamy innego rodzaju konformizmy, oportunizmy, cenzury wewnętrzne czy zewnętrzne. Przecież to nie jest tak, że z gułagu przeszliśmy do raju.
- Bohaterowie "Aktorów" wystawiają "Wyzwolenie" Wyspiańskiego. Arcytrudny dramat o Polsce, który zupełnie inaczej czytało się w czasach komuny, a inaczej teraz.
- Wtedy było łatwiej, bo używało się pewnego typu aluzji do autorytarnego reżimu i do sytuacji Polski, która nie była w pełni niepodległa. Łatwo więc było skomunikować tekst scenariusza z tekstem "Wyzwolenia". Teraz jest trudniej i z tym się najbardziej mocujemy w tej adaptacji. Trzeba sobie zadać pytanie, kim był Konrad wtedy, a kim jest dziś. Co jego potrzeba czynu może oznaczać w płaszczyźnie ideowej czy politycznej, czym jest dzisiaj konformizm polityczny, który niewątpliwie istnieje. Jakimi tematami można się narazić.

- No, właśnie, jakimi?
Teraz mamy np. dużą aferę, dotyczącą scenariusza filmu o Westerplatte, który nie spodobał się najwyższym czynnikom politycznym. Ci ludzie zażądali od ministra kultury, by wycofał dotację przyznaną filmowi na podstawie wysokich ocen ekspertów. To jest dokładnie taka sama sytuacja, jak za komuny. No, bo dlaczego ci ludzie tak reagują? Dlaczego uważają, że do zadań rządu należy mówienie, jakie filmy powinny powstawać i jak powinna wyglądać ogólnie obowiązująca wizja patriotyzmu? To jest to samo myślenie, co kiedyś - szalenie niebezpieczne dla nowoczesnej polskości, a już na pewno dla wolności twórczej. Z drugiej strony, w teatrze takim drugim biegunem jest przekonanie, że wszystko można, nic nie jest ważne i tak naprawdę nie sposób jest doszukać się żadnych znaczeń, żadnego przesłania. Współczesny aktor jest rozpięty między tymi dwiema skrajnościami i szuka jakiejś prawdy, uczciwości - artystycznej i merytorycznej. I jako aktor, i jako Polak.

- Z perspektywy wielkiego świata, w którym pani mieszka i pracuje, Polska jest prowincją?
- Kiedy mówimy o prowincji w sensie negatywnym, to lepsze jest określenie zaścianek. W zaścianku człowiek ma taki lęk przed konfrontacją z innymi, że zamyka się w wygodnych rytuałach czy wartościach, uważając, że wszystko co jest na zewnątrz, zagraża mu, bo zmusza go do wysiłku albo pokazuje mu jego własne słabości. Taka prowincja jest czymś przykrym i rzeczywiście jest w polskiej mentalności. I w tym kontekście "Wyzwolenie" Wyspiańskiego jest ciekawe, bo tam jest dużo wsadzania kija w mrowisko, czyli w odwieczne polskie słabości, tęsknoty czy paskudztwa.

- W pani filmie reżyser wycina najmocniejsze cytaty z Wyspiańskiego. Pani też musiała to robić?
- Tam jest taka scena, gdy Krzysztof, aktor grający Konrada w "Wyzwoleniu", zrywa próbę. Biegną za nim koledzy. On krzyczy, że tego już nie można wycinać, więc pytają, co reżyser wyciął. I wtedy Krzysztof wstaje i wygłasza monolog: "Warchoły to wy, wy, co liżecie obcych wrogów... Wy lokaje i fagasy cudzego pyszalstwa". Kiedy film był skończony, wezwał mnie wiceminister ds. kinematografii i bardzo okrężnie powiedział, że pewne rzeczy trzeba wyciąć. Wiedziałam, że tak będzie i że on zechce ciąć tego Wyspiańskiego, którego wycinał filmowy reżyser, bo pewnych sformułowań nie przełknie. Było mu jednak głupio to powiedzieć. Stanęłam więc nad jego biurkiem wycelowałam w niego palec i wyrecytowałam "Warchoły to wy...", pytając, czy o to mu chodzi. Potwierdził i nawet nie chciał słuchać do końca.

- Jest pani po pierwszej próbie czytanej z opolskimi aktorami. Jak odebrali ten tekst?
- Mówili, że mają wrażenie, że to jest o nich, że wszystko to dobrze znają. Te marzenia, frustracje, wątpliwości.

- Aktorzy prowincjonalni bardzo różnią się od aktorów stołecznych?
- To, co pcha człowieka do tego zawodu, to jest pewien zespół cech, pasji, dążeń, lęków, potrzeby przygody, ucieczki od siebie i potrzeby poznania siebie. To powoduje, że aktorzy są jak rasa - tacy sami w prowincjonalnym teatrze i w hollywoodzkiej machinie. W takim miejscu jak Opole teatr jest dla nich głównym miejscem życia i w tym miejscu człowiek czuje, że albo się spełnia, albo ponosi klęskę. W Warszawie, gdzie jest coraz więcej możliwości łatwego zarobku i zdobycia sławy, to jest mniej klarowne. Aktor, niekoniecznie dobry, ale mający możliwość grania w serialach, występowania w tańcach z gwiazdami czy prowadzenia teleturniejów, może stać się człowiekiem nie tylko sławnym, rozpoznawalnym, ale i bardzo zamożnym. Ale w teatrze już nie. Zresztą tak jest na całym świecie. Teatr jest bardziej dziedziną miłości. Ale jak ktoś z miłością pracuje, jest artystą, na scenie jest Królem, Bohaterem, Mordercą, a po 20 latach wraca wciąż do tego samego małego mieszkanka służbowego i nawet go nie stać na porządne wakacje, to musi czuć ból.

- Opolska premiera pierwotnie była szykowana na 13 grudnia, ale odbędzie się tydzień wcześniej.
- W grudniu Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku urządza retrospektywę moich prac. To ogromna i bardzo prestiżowa impreza, nad którą dużo ludzi pracowało więc 13 grudnia muszę być tam.

- Ta data ma dla pani symboliczne znaczenie?
- Kiedy został wprowadzony stan wojenny, byłam w Szwecji. Powrót do kraju był ryzykowny, więc od tego dnia zaczęła się moja emigracyjna droga. To zmieniło moje życie. Ja nie myślałam o emigracji, to był dla mnie bolesny wybór. Zresztą przez wiele lat żyłam na walizkach. Pracując w Polsce, byłam w pewnym sensie spełniona. Gdyby nie stan wojenny, gdybym została, to przypuszczam, że przez kilka lat nie mogłabym robić filmów. Moje losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Robiłabym podziemne przedstawienia po kościołach albo filmowałabym demonstracje uliczne, jak niektórzy moi koledzy.

- Gdyby ktoś wtedy powiedział, że będzie pani kręcić filmy z największymi gwiazdami Hollywood...
- Nigdy nie miałam takich ambicji. Akurat jeśli o to chodzi, to byłam bardzo szczęśliwa jako artystka prowincjonalna.

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

X
XL
...CZYLI PRAWDA JAK DO TEJ PORY PIECIU CIEMNYCH Z CIEMNEGO KRAJU ATAKUJE KOBIETE KTORA MOWI O NICH PRAWDE ...BRAVO POLSKA SWIADOMOSCI...
G
Gość
Cieszą mnie te wypowiedzi to znaczy że ze świadomością Polaków nie jest tak źle !!!!!!!
G
Gość
W dniu 06.09.2008 o 20:11, Józefa napisał:

Ojciec Holland to komunista żydowskiego pochodzenia ( skąd wiem wbij w Google - Agnieszka Holland pochodzenie żydowskie ) i Bierut fotografował się z nią i że protestowała przeciw postawieniu w Warszawie POMNIKA upamiętniającego Krwawy mord Ukraiński na Wołyniu . Zawsze atakowała Kościół Katolicki !!!! A teraz Córka aparatczyka stalinowskiego chce Polaków pouczać co jest moralne !!!!


Już poczatek artykułu mnie mierzi. gnieszka Holand pławi sie i nie udaje nawet ,ze nie jest GWIAZDĄ holyLut.
J
Józefa
Ojciec Holland to komunista żydowskiego pochodzenia ( skąd wiem wbij w Google - Agnieszka Holland pochodzenie żydowskie ) i Bierut fotografował się z nią i że protestowała przeciw postawieniu w Warszawie POMNIKA upamiętniającego Krwawy mord Ukraiński na Wołyniu . Zawsze atakowała Kościół Katolicki !!!! A teraz Córka aparatczyka stalinowskiego chce Polaków pouczać co jest moralne !!!!
G
Gość
I na dodatek stworzyla jakas nowa rase...cyt.Aktorzy to rasa.Zadufana w sobie niepohamowana kobieta.Tam gdzie jest jej nie chca..to pcha sie do nas z powrotem...aby sobie kieszenie troszke napelnic.
W
Wojciech
Pani Holland to prawdziwa światowa kobieta a Polska to zaścianek i ciemnota !!! By wyjść z tego zaścianka proponuję parady zboczeńców w każdej gminie , pisma pornograficzne już w przedszkolach i aborcję (zabijanie dzieci poczętych pod sercem matki ) w każdym punkcie medycznym nie omijając gabinetów szkolnej pielęgniarki...
Pani Holland powinna zostać ministrem od spraw wyjścia z ciemnoty narodu Polskiego .
A tak na poważnie to dziwię się że Pani Holland jeszcze chce do Polski przyjeżdżać najlepiej by wzięła ze sobą Owsiaka (róbta co chceta ) i pojechała na
bezludną wyspę by nikogo nie demoralizawać !!!!!!
Dodaj ogłoszenie