Oleskie zwyczaje wielkanocne

    Oleskie zwyczaje wielkanocne

    Małgorzata Krysińska

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    "Krzyżoki" kultywuje się jeszcze w kilku wsiach, w tym w Sternalicach.

    "Krzyżoki" kultywuje się jeszcze w kilku wsiach, w tym w Sternalicach.

    Garnek z popiołem rzucony w środę popielcową pod nogi niweczył plany o rychłym zamęściu. Kubły wody wylewane w lany poniedziałek na panny miały zapewnić im powodzenie.
    "Krzyżoki" kultywuje się jeszcze w kilku wsiach, w tym w Sternalicach.

    "Krzyżoki" kultywuje się jeszcze w kilku wsiach, w tym w Sternalicach.

    Tak wynika ze starych podań, do których dotarły mieszkanki powiatu po obu stronach Prosny. Jak zgodnie twierdzą, zarówno po niemieckiej stronie rzeki, jak i po polskiej przygotowywano się do Wielkanocy już od środy popielcowej. Tyle że w każdej z tych okolic kultywowano nieco inne zwyczaje i obrzędy oraz przypisywano magicznym znakom na niebie i ziemi inną moc.
    - W rudnickich wsiach powszechny był zwyczaj posypywania w środę popielcową na znak żalu głowy popiołem - mówi Janina Pawlaczyk, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji w Rudnikach.
    - Gdzieś nawet wyczytałam, że nasi praprzodkowie rozbijali na drogach napełnione nim garnki, po czym obsypywali nim przypadkowych przechodniów. Zwyczaj ten przysparzał ponoć strasznych stresów pannom. Wierzono bowiem, że jeśli taki garnek spadanie pod nogi kobiecie niezamężnej, to będzie trwać ona w stanie panieńskim jeszcze przynajmniej przez rok.

    - U nas również posypywano głowy popiołem. Tradycja kazała, by był to popiół ze spalonych ubiegłorocznych palm wielkanocnych - mówią Karina Duch, szefowa zespołu "Gorzowianki", i Irena Szulc, prezes koła DFK w Borkach Wielkich. Jednak, jak dodają, odbywało się to tylko w kościołach. Natomiast bardzo powszechnym zwyczajem, który przetrwał w niektórych rodzinach do dziś, było wyrzekanie się w tym dniu na czas postu różnych przyjemności.
    - Poza tym właśnie w środę popielcową gospodynie z okolic Gorzowa wkładały do solanki wielkanocne szynki, a już dzień poźniej rozpoczynały gruntowne porządki w obejściu: bieliły ściany w kurnikach i zabudowaniach gospodarczych, a także myły tam okna - dodaje Leokadia Stocka ze Skrońska.
    Ponadto, począwszy od Popielca, przestrzegano postu. Raczono się głównie żurem, kwasem kapustnym zasypanym jaglaną kaszą, polewką z serwatki, ziemniakami oraz śledziami.

    Na kilka tygodni przed świętami kobiety zabierały się do wyrobu pisanek i kroszonek. Barwiły jaja i wydrapywały na nich lub malowały woskiem różne wzory. W okolicach Olesna i Borek Wielkich istniał zwyczaj wyklejania skorupek jaj sitowiem i wełną. Ponieważ jajka są symbolem odradzającego się życia, kobiety starały się, by wełna pochodziła z dwóch swetrów: należącego do kogoś z rodziny, kto zmarł, oraz do kogoś młodego.
    - Dużą wagę przykładano też do kolorów jaj - mówi Irena Szulc z Borek Wielkich. - Czerwone, często z wyskrobanym na nim miłosnym wyznaniem, dawało się ukochanemu. Czarne i brązowe - księdzu, katechecie i nauczycielowi. Fioletowe - staremu kawalerowi po pięćdziesiątce. Niebieskie - kawalerowi, który lubił "przeskakiwać z kwiatka na kwiatek". Natomiast wyjątkowo przykrym prezentem było nieugotowane jajko żółte. Ponieważ właśnie takie jajka dziewczyny zwykły wkładać ukradkiem do kieszeni spodni niechcianych adoratorów, kończyło się to prawie zawsze kompromitacją nieszczęśnika, czyli zdradliwą i jakże wymowną plamą na ubraniu!
    Gdy zbliżał się koniec postu, ludzie witali go radością. Na dwa tygodnie przed Wielkanocą dzieci oraz młode dziewczęta wycinały z lasu świerczki, ozdabiały je kolorowymi wstążkami, bibułkami i pisankami i chodziły z nimi od domu do domu i prosząc o datki.
    - Pamiętam jeszcze, że śpiewały: "Do tego tu domu wstępujemy, szczęścia i zdrowia winszujemy. Od Boga miłego wszystkiego dobrego" - cytuje szefowa Zespołu Teatralno-Obrzędowego ze Strojca Eleonora Gędek. - W zamian dostawały jajka, placki i drobne pieniądze.
    - Sama z takim z gaikiem chodziłam - rozrzewnia się Janina Pawlaczyk. - Tyle że w Bobrowej, skąd pochodzę, śpiewaliśmy inną piosenkę: "Nasz gaiczek przez wieś idzie, przyglądają mu się ludzie..." - nuci.
    - To stary i zapomniany już w wielu okolicach zwyczaj, który nazywany był kiedyś "niedzielą gajową" - wtóruje im Irena Szulc. - Jednak w naszej wsi jest nadal kultywowany. Przed paru laty wskrzesiła go bowiem dyrekcja naszej szkoły i od tej pory znów wszyscy wypatrujemy dzieciaków, którze z drzewkiem krążą od drzwi do drzwi.
    W Niedzielę Palmową po obu stronach Prosny ludzie święcili w kościołach pięknie przystrojone gałązki wierzbowe. W okolicach Olesna i Gorzowa Śląskiego uderzało się nimi po kolei pięciokrotnie domowników, na znak pięciu ran Chrystusa, wypowiadając słowa: "Palma bije, nie zabije". Następnie dawało im się po jednej poświęconej bazi do połknięcia: "na szczęście, bogactwo i zdrowie" (a w niektórych wsiach także "na lekką wymowę"), zaś same palemki zatykano za obrazy lub wkładano do wazonów, w nadziei, że uchronią dom przed złośliwością sąsiadów.

    Natomiast rolnicy z okolic Praszki i Rudnik robili z poświęconych gałązek krzyżyki, które stawiali na polu.
    - Czynili tak, by zapewnić sobie dobre plony, i tradycja ta zresztą praktykowana jest u nas do dziś - podkreśla Janina Pawlaczyk. - W Wielką Niedzielę po południu gospodarze z dziećmi idą w pole, wbijają te krzyżyki w ziemię, skrapiają je wodą święconą i pochylając się nad nimi, mówią: "Wstań, żytko, wstań, bo Pan Jezus zmartwychstał".
    Wielka Środa uznawana była za dzień gruntownych porządków. Toteż we wszystkich wsiach rozpalało się w wyznaczonych miejscach ogniska, do których mieszkańcy wrzucali pozostale po zimie śmieci. Jednak, o ile w okolicach Praszki i Rudnik zwyczaj ten ograniczał się jedynie do prozaicznego porządkowania obejść, o tyle już po drugiej stronie rzeki miało to charakter malowniczego rytuału o magicznej symbolice. Składały się nań m. in. pogrzeby żuru i śledzia, a w niektórych okolicach także Judasza.
    - Chodziło nie tylko o to, by wyczyścić dom po zimie, ale również o to, by pozbyć się wszystkich złych wspomnień związanych z postem - wyjaśnia Irena Szulc. - Dlatego też, gdy ogień trawiący śmieci był już wysoki, ludzie wlewali doń znienawidzony wielkopostny żur. W równie widowiskowy sposób rozstawano się ze śledziem. By ukarać go za go, że aż przez sześć niedziel wyganiał z jadłospisu mięso, gromadnie wieszano go na płocie lub przybijano do drzewa. Poza tym w wielu wsiach urządzano także pogrzeb Judasza: młodzież robiła ze słomy i starych ubrań wielką kukłę, którą wleczono na łańcuchach po całej okolicy i którą gapie okładali kijami. Na koniec zaś wrzucano zdrajcę do stawu albo bagienka, rzucano z wieży kościelnej lub palono w ognisku.

    W Wielki Czwartek, tak jak obecnie, po wieczornym nabożeństwie milkły do rezurekcji dzwony na wszystkich kościelnych wieżach. Przed laty wierzono, że dusze tych dzwonów wędrują w tym czasie po niebie do Rzymu, po papieskie błogosławieństwo i że ich dźwięk w trakcie tej wędrówki usłyszeć może jedynie człowiek bez grzechu.
    W Wielki Piątek, jeszcze przed wschodem słońca, wszystkie rodziny po niemieckiej stronie Prosny szły obowiązkowo umyć nogi w rzece lub strumieniu. W wielu z nich przy tym istniał zwyczaj, by nogi ojca rodziny obmywały jego dzieci - od najstarszego do najmłodszego - za co były nagradzane grajcarem. W niektórych regionach Śląska, m.in w Borkach Wielkich, zasłaniano w tym dniu na znak żałoby i początku Męki Pańskiej krzyże i lustra, a nawet zabraniano czesania włosów, zaś dźwięk dzwonów zastępowany był klekotem kołatek.
    - Ministranci z dzieciakami biegali z nimi po wsi, zaś gospodarze dawali im za to chleb i rozcieńczony kompot - mówi Irena Szulc. - I jeśli nawet któreś z dzieci próbowało się od tego klekotania wykręcić, matki szybko przywoływały je do porządku: "jeśli nie będziesz klekotać, nie bedziesz też w poniedziałek sikać (lać wodą)" - groziły. Natomiast po popołudniowej drodze krzyżowej, kiedy wszyscy szli już do kościoła pocałować krzyż, mamy przynosiły tam pod chustą słodycze i dawały je dzieciakom tuż po ceremonii. Zwyczaj ten zachował się do dziś. Tyle że od czasów, gdy było bardzo trudno o cytrusy, dzieci zamiast słodyczy dostają głównie pomarańcze.

    Wielka Sobota była dniem skupienia, ciszy i wytężonej pracy w kuchni. Gospodynie piekły od rana baby, mazurki i inne ciasta, szykowały jajka na święconkę. Ponieważ w okolicach Olesna panny były przekonane, że woda, w której gotowały się jajka, ma zbawienny wpływ na cerę, co rusz przecierały nią twarz, licząc, że usuną w ten sposób piegi i inne "braki" w urodzie.
    Podobnie jak dziś, ludzie szli do kościoła odwiedzić Grób Pański i poświęcić wyścielone świeżą, pięknie wykrochmaloną białą serwetą kosze z jadłem. Gospodynie pilnowały, by w koszyku nie brakowało jajek, czyli symbolu odradzającego się życia, baranka - symbolu zmartwychstałego Chrystusa, wędlin - na znak kończącego się postu, chleba - podstawowego pożywienia, masła - oznaki dobrobytu - oraz pieprzu i soli do konserwowania potraw. Oleśnianki uzupełniały często ten zestaw jeszcze chrzanem - symbolem goryczy Męki Pańskiej, butelką octu - na pamiątkę tego, że Jezusa pojono przed śmiercią octem i żółcią, kaszą jaglaną, kilkoma kartoflami i garścią ziaren zboża. Natomiast gorzowianki wkładały doń jeszcze świeczkę. - Świeczka, po poświęceniu, nazywana była Światłem Jezusa - wyjaśnia Karina Duch. - Na pamiątkę Jego zmartwychwstania stawiana była zawsze na wielkanocnym stole i stała tam do końca świąt.
    - U nas także szło się ze świeczką do kościoła, bo gaszono ogień z palenisk, by przynieść nowy, poświęcony, który miał służyć przez cały następny rok - potwierdza Irena Szulc. - Jednak nie wkładało się tej świeczki do koszyka, tylko, tak jak obecnie, szło się z nią do kościoła w tym samym czasie, co po święconą wodę, czyli dopiero wieczorem.
    Święta obchodzone były prawie tak samo jak dziś. W niedzielę raniutko ludzie szli do kościoła na rezurekcję. Tuż po niej zasiadali za suto zastawionym stołem, a samą ucztę rozpoczynali od święconki
    - Przed laty mieszkańcy Borek Wielkich zwykli na to śniadanie z kościoła wręcz biec, bo wierzyli, że kto pierwszy dobiegnie do domu, ten pierwszy ukończy żniwa - śmieje się Irena Szulc. Teraz wracają do domu spacerem, a gdy przy stole zbierze się już cała rodzina, stukają się jajkami, dzielą się nimi i składają sobie życzenia.

    Na stole, oprócz święconki, nie mogło zabraknąć też baby wielkanocnej, do której, w zależności od regionu, gospodynie wkładały palemki, kroszonki, owies lub barwinek. Tuż po śniadaniu do dzieci przychodził zajączek i przynosił im słodycze. Zarówno po polskiej, jak i niemieckiej stronie nikt nie wyrzucał skorupek od jaj. - W rejonie Praszki posypywano nimi pola z ziemniakami lub warzywny ogródek, co miało zapewnić urodzaj - mówi Eleonora Gędek. - W rejonie Olesna dawano je kurom, by się lepiej niosły, rzucano na podłogę, by myszy "nie latały", dawano do ziemi, by dobrze rodziła, lub palono, jak wszystko, co poświęcene - wymienia Irena Szulc.
    Mieszkańcy okolic Praszki wierzyli, że gospodarz nie może się w tym dniu ani na chwilę położyć, bo wtedy "wylegnie mu zboże". Mieszkańcy okolic Olesna zaś ze swoistym pietyzmem traktowali kość z poświęconej szynki. Uważali, że potarcie nią skóry chroniło przed ukąszeniem przez żmiję, zaś zawieszenie jej na szyi podczas obchodu pól gwarantowało, że zwierzyna nie zniszczy plonów.

    W wielu oleskich wsiach powszechny był też zwyczaj zwany "krzyżokami". W każdą niedzielę wielkanocną gospodarze na koniach zbierali się przed kościołem, by potem z błogosławieństwem księdza przejechać konną procesją przez pobliskie wsie, śpiewając pieśni wielkanocne, zatrzymując się przy kapliczkach i modląc o dobre plony i o ochronę przed gradobiciem. Niestety, większość miejscowej ludności już o "krzyżokach" zapomniała i kultywowane są one obecnie jedynie w gminie Radłów, przez wsie Biskupice, Sternalice i Ligotę Oleską.
    W lany poniedziałek kawalerowie biegali od domu do domu z wiadrami i oblewali panny wodą. - Dziewczyny niby się chowały, ale tak naprawdę każda chciała być oblana, bo wróżyło to powodzenie - wspomina Eleonora Gędek.
    - U nas wręcz się mówiło, że zmoczone mają większą szansę na zamążpójście. A jeśli któraś się obraziła, nieprędko znalazła męża - dodaje Irena szulc.
    - Dlatego też jeszcze dziś chodzimy po domach z wiadrami, życzeniami i jajkiem. I choć wszyscy zalewamy sobie nawzajem całe mieszkania, to nikt się nie obraża - śmieje się Karina Duch.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Warto zobaczyć

    Ludzie inteligentni, ze znakomitą obsadą, już 26 listopada w Opolu

    Ludzie inteligentni, ze znakomitą obsadą, już 26 listopada w Opolu

    Poznajcie kolejne przygody Pszczółki Poli i Pana Trucicelskiego

    Poznajcie kolejne przygody Pszczółki Poli i Pana Trucicelskiego

    Smartfon pod choinkę? Okazje w świątecznej ofercie Orange

    Smartfon pod choinkę? Okazje w świątecznej ofercie Orange

    Zobacz aktualne wyniki plebiscytu Nauczyciel na Medal

    Zobacz aktualne wyniki plebiscytu Nauczyciel na Medal