Prof. Dorota Simonides skończyła 90 lat. Dziołcha z Nikiszowca może być dumna ze swojego życia

Krzysztof OgioldaZaktualizowano 
Prof. Dorota Simonides. Lucyna Nenow / Polska Press
Profesor Dorota Simonides obchodziła 19 listopada 2018 r. 90. urodziny. Jest spełniona jako żona, matka, naukowiec i polityk. Dała temu wyraz, nadając swej - wydanej kilka lat temu - biograficznej książce tytuł „Szczęście w garści”. Szczęścia miała w życiu wiele. A chyba jeszcze więcej dała go innym.

Pierwsze zetknięcie z profesor Dorotą Simonides zapamiętam na zawsze. To była niedziela, 10 października 1982 roku. Od tygodnia byłem studentem pierwszego roku polonistyki w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. Ale pani profesor nie spotkałem tego dnia w Katedrze Folklorystyki, tylko w katedrze Podwyższenia Krzyża Świętego. Razem z mężem weszła do świątyni na niedzielną mszę i szła wzdłuż prawej nawy pod obraz Matki Bożej Opolskiej. Tak jak przesuwała się od ostatnich ławek do przodu, ludzie wstawali i bili jej brawo. Kiedy doszła pod obraz, klaskała już cała katedra. Jak wszyscy obecni dobrze wiedziałem, za co ta owacja. Dwa dni wcześniej, w piątek, odbyło się w Sejmie głosowanie nad delegalizacją „Solidarności”. Posłanka Stronnictwa Demokratycznego z Opola była jedną z ledwo dwunastu osób, które miały odwagę być przeciw (dwie się wstrzymały).

Miałam świadomość, że to głosowanie mogło mnie drogo kosztować - wspomina. - Straszono mnie bardzo mocno: że mogą mi córkę zgwałcić, syna przejechać, a przestępców nigdy nie odkryjemy. Sugerowano, że nieznani sprawcy mogą mnie wyrzucić z pociągu gdzieś między Warszawą a Opolem. Ja wiedziałam jedno: muszę sobie i rodzinie patrzeć prosto w twarz. Liczyłam się wtedy ze śmiercią. Ale moralny nakaz był silniejszy. Pomogło mi, że nie byłam sama. Podobnie głosowali m.in. Hanna Suchocka (późniejsza premier RP i ambasador przy Stolicy Apostolskiej), Edmund Osmańczyk, rektor AGH Jan Janowski. Gdybym dzisiaj znalazła się w takiej sytuacji, zrobiłabym to samo. Przecież byłam członkiem „Solidarności” i należałam do komisji porozumiewawczej rządu i „S”. I ja miałabym zdradzić? To było niemożliwe i wtedy, i dziś.

Źródło tej odwagi i prawego charakteru przyszła senator RP wyniosła z familoka. Urodzona - jak sama wspominała - pod trąbą (nad dziecięcym łóżeczkiem wisiał wypolerowany na glanc instrument ojca, dyrygenta górniczej dętej orkiestry), wyrosła w świecie, w którym ludzie niekoniecznie znali znaczenie słowa etyka, za to świetnie wiedzieli, że jest to coś, czego w życiu trzeba się trzymać. Realizowało się to bardzo prosto. Były rzeczy, które się robi i takie, których się nie robi. Niezależnie od tego, kto rządzi i skąd wiatr wieje.

- Wyrosłam w czworokątnym kopalnianym bloku z czerwonej cegły - wspomina pani profesor - w którym od małego uczono nas, że nie wolno czynić zła, bo ono wraca do sprawcy. A dobro cię ubogaci i pozwoli kiedyś pójść do nieba. To była bardzo prosta etyka. Wspólna, bo wszyscy chodzili do tego samego kościoła, a dzieci do tej samej szkoły. Więc jako dziecko wiedziałam, że psa nie wolno kopnąć, a kota nie ciągnie się za ogon. Starszej kobiecie pomaga się przynieść zakupy i ustępuje miejsca w kościele, nawet jeżeli nabożeństwo jest dla dzieci. Wszyscy sąsiedzi się znali i wszyscy nas wychowywali. Jeśli sąsiadka zwróciła mi uwagę, to było tak samo ważne jak upomnienie mamy, babci czy ciotki. A jak kiedyś wróciłam z zakupami - miałam 9 lat - i mama zorientowała się, że sprzedawczyni wydała mi o 10 groszy za dużo, kazała mi biec z powrotem do sklepu i oddać pieniądze.

Łóżko z piwnicy, pierzyna babci

Ślonsko dzioucha musiała stoczyć bój z rodzicami, ciotkami i babciami, żeby pójść do szkoły średniej. Klasyczna droga była inna: po szkole podstawowej chłopcy szli z ojcem do roboty w kopalni (on brał odpowiedzialność za synów i za zięcia, jeśli i jego do kopalni sprowadził), dziewczyny szły do pracy jako pomoce domowe - do sztygarów, urzędników czy innych panocków, którzy potrzebowali służby.

- Ja tego uniknęłam, bo w 1946 roku ks. Wiktor Mandrek zaproponował mi pracę częściowo biurową, częściowo fizyczną w Kurii Diecezjalnej w Katowicach - mówi pani profesor. - Tam spotkałam się po raz pierwszy z paniami, które pisały poezję do „Gościa Niedzielnego”, miałam kontakt nie tylko z maszyną do pisania, ale i z ludźmi, którzy stale czytali książki. Przynosiłam nowości z księgarni. I przeglądałam, zanim oddałam je zamawiającym. Zaciekawiły mnie m.in. „Sprawy Polaków” Osmańczyka wydane po raz pierwszy w 1946 roku. O tej książce mówiłam na egzaminie kończącym szkołę podstawową. Komisja była zdumiona i namawiała mnie do dalszej nauki.

Dorota Badura wybrała Seminarium dla Wychowawczyń Przedszkolnych w Opolu. Pierwszego września 1947 przyjechała do szkoły. Dyrektorka odmówiła przyjęcia - lista uczennic była zamknięta, a wszystkie łóżka w internacie zajęte. Kandydatka nie dała się zrazić. Na stacji kolejowej w Szopienicach z pomocą siostry załadowała do pociągu znalezione w piwnicy żelazne łóżko (pierzynę ofiarowała jej babcia Waleska, kończąc tym samym rodzinny spór o edukację Dorki). Dyrektorka Jadwiga Popielewska widząc jej determinację, przyjęła nową uczennicę. A że miejsca naprawdę nie było, przez pierwsze dwa tygodnie spała ona na scenie szkolnej auli. Braki w literackiej polszczyźnie - w szkole nie mówiło się gwarą - nadrabiała, kując nocami w toalecie (tylko tam po ciszy nocnej mogło palić się światło). Szybko stała się jedną z najlepszych uczennic. Po roku droga do liceum dla dorosłych, a potem do studiów polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim (Dorota Badura była jedyną Ślązaczką na liczącym ponad sto osób pierwszym roku) była otwarta. Promocja doktoratu odbyła się w 1962 roku w słynnej Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego. Habilitowała się w 1970 na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Dzisiaj Dorota Simonides znana jest na całym świecie w środowisku folklorystów.

Pani profesor nie przypadkiem zajęła się badaniami terenowymi - mówiła w laudacji podczas ubiegłorocznego 60-lecia pracy naukowej o jubilatce jej uczennica, prof. Janina Hajduk-Nijakowska. - Chciała być bliżej człowieka, blisko ludzi. Prowadziła pionierskie terenowe badania folklorystyczne i przez ponad dwadzieścia lat kierowała opolską folklorystyką.

Ma w dorobku ponad 300 publikacji. Są wśród nich poważne, fundamentalne dzieła naukowe jak „Folklor Górnego Śląska”, ale i bawiące kolejne pokolenia Opolan „Bery śmieszne i ucieszne”. Do napisania pierwszej wersji „Berów” namówił ją Karol Musioł. Był rok 1967.

Jak wspomina pani profesor, dowcipy do tej książki zbierała wraz ze studentami przy okazji naukowych poszukiwań folklorystycznych.

- Po takiej wyprawie rozliczaliśmy u kwestora obok biletów, taśm magnetofonowych, ołówków i zeszytów także „środki inspirujące”, czyli wódkę, którą trzeba było od czasu do czasu zwilżać gardła opowiadających. Bo dla anegdoty nie ma żadnego tabu. Dowcip może opowiadać o chorobie, o śmierci, o pogrzebie, o spowiedzi i mszy św. Bez śmiechu żyć nie można. Człowiek, który się nie śmieje, staje się myślącym inaczej - opowiada.

Ogromny dorobek naukowy skutecznie łączyła przez wiele lat z działalnością polityczną. Wybrana do Senatu RP po śmierci Edmunda Osmańczyka - w wyborach uzupełniających w 1990 roku - zasiadała w nim do 2005 (razem pięć kadencji).

- Najważniejsza była dla mnie zawsze uczciwość wobec wyborców - podsumowuje ten czas. - Nie miałam wątpliwości. Parlamentarzysta nie może postępować wbrew sumieniu. Wtedy komisje senackie były po to, by można było mówić, pytać o wątpliwości. Dzisiaj uchwalenie ustawy może trwać 10 minut. Nikt pytać nie może. Ja pytałam, pytałam, pytałam. A jak mnie nie przekonano, wnosiłam poprawkę. Utrzymywałam poprawne relacje z prawicą, z lewicą i z centrum. Jak chciałam napić się kawy, siadałam tam, gdzie było miejsce. Rozmawialiśmy z uśmiechem. Nie było nienawiści. Była chęć zrozumienia drugiego. Do dziś z dawnymi kolegami z parlamentu spotykam się i rozmawiam. Przecież każdy z nich to jest mój bliźni.

W 2008 roku profesor Simonides otrzymała - razem z Władysławem Bartoszewskim - doktorat honorowy Uniwersytetu Opolskiego.

- Oboje całe życie czuwali nad dobrem państwa i dobrem społeczeństwa - mówiła podczas tamtej uroczystości przed dziesięcioma laty ówczesna senator Krystyna Bochenek. - Ich godne życie obecnym pokoleniom pomaga w nawigacji. O ich zasługach będą się uczyć nasze dzieci i wnuki.

Goła, Kały, Sucha Psina. Zabawne nazwy naszych opolskich wsi [zdjęcia]

polecane: Flesz - Co piąta transakcja będzie wymagać użycia PIN-u

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3