Prymas Wyszyński na Śląsku Opolskim święcił, bierzmował i... siedział w więzieniu

Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda
Prymas Polski przyjeżdżał na Opolszczyznę także po uwolnieniu z więzienia. Był w Opolu m.in. na obchodach tysiąclecia chrztu Polski w sierpniu 1966 roku.
Prymas Polski przyjeżdżał na Opolszczyznę także po uwolnieniu z więzienia. Był w Opolu m.in. na obchodach tysiąclecia chrztu Polski w sierpniu 1966 roku. Ryszard Emmerling/ Archiwum Państwowe Opole
W niedzielę kardynał Stefan Wyszyński zostanie wyniesiony na ołtarze. Na Śląsk Opolski przyjechał - już jako prymas - na początku lat pięćdziesiątych. Te pobyty musiały zrobić na nim wrażenie, skoro je szczegółowo opisał.

Wyruszyłem w drogę do Opola o 8.15 w towarzystwie ks. prałata Borowca - pisał kardynał Stefan Wyszyński 28 czerwca 1952 roku w zapiskach „Pro memoriam” (Ku pamięci).

- W lasach pod Opolem zapadamy na dobre dwie godziny. Cudowny wypoczynek. Mnóstwo jagód. Cóż z tego? Na znalezionej karcie zbieraczy wyczytałem, że jagody stanowią własność Skarbu Państwa i nie wolno ich kraść. Dotychczas czytałem w Piśmie Świętym, że nie tylko jagody, ale kiście gron z winnic można brać. Tyle, ile człowiek - przechodzień zdoła zjeść. Ale to są przepisy zacofane i wsteczne. Borówki są własnością Skarbu, bo tak chce postęp społeczny głoszony przez państwo ludowe.

Ten wpis - z perspektywy lat śmieszny i gorzki zarazem - rozpoczyna relację z jednego z trzech pobytów w diecezji opolskiej prymasa Polski w latach 1952 i 1953. Dwa z nich wiązały się ze święceniami kapłańskimi, jeden z jubileuszem 250-lecia przeniesienia obrazu Matki Bożej Opolskiej z Piekar do Opola.

Przyjeżdżał w czasie stalinowskiej nocy

Trzeba przypomnieć, że Stefan Wyszyński urodzony w 1901 roku, wyświęcony na księdza w 1924, przed wojną był wykładowcą prawa kanonicznego i katolickiej nauki społecznej oraz redaktorem „Ateneum Kapłańskiego”. W czasie wojny m. in. katecheta niewidomych dzieci w Laskach (tam zetknął się z matką Różą Czacką, która wraz z nim zostanie ogłoszona błogosławioną) i kapelan Okręgu Wojskowego „Żoliborz” podczas powstania warszawskiego. Po wojnie organizator i rektor seminarium duchownego we Włocławku. 12 maja 1946 konsekrowany na biskupa lubelskiego. 6 lutego 1948 odbył ingres do katedry warszawskiej i - w wieku 47 lat - został metropolitą Warszawy i Gniezna oraz prymasem Polski.

W kwietniu 1950 roku podpisał - pierwsze w historii - porozumienie między katolickim episkopatem i rządem komunistycznym, próbując zapewnić Kościołowi jakąś przestrzeń funkcjonowania. Władze odpowiadają po swojemu. Likwidują niższe seminaria duchowne i usuwają ustanowionych przez papieża administratorów apostolskich diecezji na tzw. ziemiach odzyskanych (z Opola usunięto wówczas ks. Bolesława Kominka), wymuszając powierzenie tych funkcji kapłanom wskazanym przez reżim komunistyczny. W czasie tej głębokiej stalinowskiej nocy prymas odwiedza ziemię opolską. Oto fragmenty jego zapisków z tych podróży.

28 czerwca 1952 - Opole

Na godz. 18.00 stajemy przed domem kurialnym w Opolu. Wspólna wieczerza z gronem pracowników kurii, a później gawęda z ks. prałatem Kobierzyckim (Ks. Emil Kobierzycki po wydaleniu ks. administratora Bolesława Kominka przez komunistów został wybrany na wikariusza kapitulnego administracji Śląska Opolskiego, co zaakceptował - by uniknąć schizmy - ks. kard. Stefan Wyszyński - przyp. red.). Przedstawia mi swoje kłopoty z panem Bidą i wojewódzkimi urzędnikami. Mówię mu, że ks. prałat może sprawę stawiać stanowczo, domagając się: 1) przywrócenia religii w szkołach, 2) zwrotu własności kościelnej, 3) przydziału papieru na książki polskie, 4) poskromienia cenzury, która kładzie wszystkie polskie wydawnictwa religijne, 5) zaniechania kolektywizacji. Należy tu poprowadzić politykę uprzywilejowania maksymalnego dla ludności. Taktyka represji politycznych jest już za słaba jako narzędzie rehabilitacji Polski na Opolszczyźnie. Dziś już otwarcie wypowiada się nadzieję na powrót Niemiec. Wydaje mi się, że ksiądz prałat za słabo te postulaty stawia. Polska racja stanu wymaga, by jasno powiedzieć, że nie Kościół germanizuje, ale właśnie rząd. Akcja germanizacji zaczęła się od flirtów Warszawy z Pieckiem, co doskonale przypomina flirty Becka z Berlinem.

29 czerwca 1952 - Nysa

Dzień św. Apostołów Piotra i Pawła był prawdziwie apostolski. O 7.30 wyruszyliśmy dwoma samochodami z Opola do Nysy. Dzień cudowny - lśni od słońca na błękitnym niebie. O godz. 8.30 stajemy na przedmieściu „miasta gruzów”, a w kilka minut później - przed katedrą św. Jakuba Apostoła. Przed świątynią stoi lud polski, o typowym wyrazie Wilnian i Polesian. Od trzeciej rano ciągnęli wszystkimi drogami, na swych wózkach i zajmowali świątynię. Dziś i ona za ciasna, już od rana nagrzana. Wysokie stropy nie gwarantują powietrza czystego. Witają nas małe dzieci i pani z Sodalicji Mariańskiej - rzadki okaz z rezerwatu, który uszedł oczu p. Bidy. Matki podają swe dzieci do błogosławieństwa. Długim szpalerem docieramy do ołtarza. Mamy udzielić święceń kapłańskich 18 diakonom, a 7 - diakonatu, nadto przeszło 30 przyjmuje święcenia niższe. Ceremonie są dobrze przygotowane, chociaż ceremoniarz nieśmiały. Na ambonie jeden z kapłanów udziela wyczerpujących wyjaśnień ludowi, który z wielkim zainteresowaniem śledzi bieg świętych obrzędów. Uroczystość trwa do godz. 12.30. Kończę ją przemówieniem do prezbiterów i do ich rodziców.

Z kolei wyruszamy do klasztoru księży werbistów, w którym mieści się niższe seminarium zakonne. W pięknym kościele zebrała się młodzież zakonna, w liczbie przeszło 200. Witają nas pięknym śpiewem. Żegnamy gościnnych ojców i ruszamy przez miasto do drugiego klasztoru - oo. Franciszkanów, prowincji wrocławskiej. Tutaj przed kościołem gromada ludu. Dzieci, całymi szeregami, czekają z naręczami kwiatów. Młodzież wykonuje kantatę łacińską. Ojciec gwardian wygłasza mowę. Wchodzimy do świątyni, tym razem - stylu romańskiego, jak zresztą i cały klasztor. Ponieważ kościół jest wypełniony, głoszę przemówienie.

Po południu katedra wypełnia się po raz drugi. Tym razem samymi dziećmi do bierzmowania. Rodzice, zwyczajem wschodnim, stają tuż za dziećmi. Każde musi mieć odrębnego świadka. Utrudnia to pracę, ale daje wielkie przeżycia duchowe świadkom bierzmowania. Rośnie w nich poczucie odpowiedzialności za dzieci i za Kościół. Bierzmowanie trwa trzy godziny. Kończę je przemówieniem skierowanym do dzieci i do rodziców. Uczę apostolstwa wobec młodszego rodzeństwa, wobec kolegów w szkole i na ulicy. Te dziecinne dusze chłoną te proste prawdy z wielką wrażliwością. Wychodzimy przed świątynię. Lud odprowadza nas na plebanię, jest to jedyny zamieszkany dom wokół katedry. Inne leżą w gruzach.

30 czerwca 1952 - Opole

Po rannej Mszy św. o godz.7.00 rozpoczynam bierzmowanie dzieci z opolskich parafii. Jest ich przeszło 1500. Wszystkie mówią czysto po polsku. Niektóre Ślązaczki w czasie przyjścia do katedry krzyczały: „niech żyją”, mocno akcentując to nienadające się do napisania „ą”. W ciągu całego przebiegu bierzmowania kapłan na ambonie utrzymywał zebranych w modlitwie, przez śpiew, objaśnienia, przykłady itp. Zakończyłem pracę przemówieniem o apostolstwie domowym dzieci. W powrotnej drodze do kurii błogosławiłem maleństwa. Matki już zwiedziały się, że znaczę niemowlęta krzyżem, gdyż na pożegnanie przybyło ich sporo.

14 grudnia 1952 - Opole

Trzecią niedzielę Adwentu Gaudete spędziłem w prokatedrze opolskiej. Obchodzono tutaj 250-lecie przeniesienia obrazu Matki Bożej Piekarskiej. O 10.00 wyruszył pochód do prokatedry. Wielkie rzesze ludu towarzyszyły nam do świątyni, która już była wypełniona po brzegi. Matki już i tutaj się zwiedziały, że błogosławię małe dzieci. Wyciągają je w moją stronę, gdy idziemy w procesji. Kazanie w czasie sumy wygłosiłem okolicznościowe. Snułem myśli wokół Maryi, której kult, rozpowszechniony w całej Polsce, jest wielką, jednoczącą siłą. Po sumie odbył się akt odnowienia ślubów Matce Bożej. Wśród podniosłego nastroju tłumów wróciliśmy do kurii diecezjalnej, skąd przemawiałem do rzesz z balkonu. Wspaniała akustyka, odbijająca świetnie głos od murów prokatedry, ułatwia przemawianie.

Na sali odbyła się wzruszająca uroczystość. Wręczono mi pięknie wykonaną kopię Matki Bożej Piekarskiej. Przemawia młody górnik z zapaloną latarnią i stary poeta śląski - Jakub Kania. Młoda Ślązaczka przekazuje pozdrowienie od starego swego farorza. Dziękuję im całym sercem. Cała Polska raduje się z was - mówię - „jak niewiasta ewangeliczna, która znalazła zgubioną drachmę”. A że ta drachma tak wspaniale zachowana, pełna mocy duchowej, oddana Bogu i Narodowi, tym radość większa.

21 czerwca 1953

Na pielgrzymkę do Góry św. Anny wyruszyliśmy o 6.10. Coraz to częściej mijamy mężczyzn i młodzieńców na rowerach. Wreszcie krople stają się strumieniem, a strumień rzeką. Posuwanie się ku Górze coraz trudniejsze. Przez wielki tłum mężczyzn docieramy do bramy klasztornej na Górze. Orkiestra, powitania, kwiaty, obrzędy liturgiczne - wreszcie wchodzimy po wyślizganych kamieniach do świątyni. Zebrano tu rodziny neoprezbiterów. W niewielkim kościele już jest duszno. Miła figurka św. Anny Samotrzeciej uśmiecha się wśród świateł. Do święceń kapłańskich przystępuje dziesięciu diakonów diecezji opolskiej, czterech subdiakonów zakonnych i jeden z Gorzowa. Obrzędy trwają do 9.30. Pozostaje niewiele czasu do sumy. Udajemy się procesjonalnie z kościoła do groty Matki Bożej. Poprzedzają nas sztandary kościelne. Rzesza śpiewa na przemian z orkiestrą. Piękna grota oczekuje na świętą ofiarę. Ojciec prowincjał Lubik celebruje sumę. Cały lud potężnym głosem odpowiada kapłanowi na wezwania mszalne. Recytują po polsku Wierzę w Boga i Ojcze nasz. Po benedykcji Najświętszym Sakramentem wygłaszam kazanie na tle Ewangelii. Przedstawiam mękę świata, wykazuję aktualność Kościoła, który radzi sobie skutecznie z każdą męką.

Po kazaniu wracamy do klasztoru. W czasie obiadu wygłaszam dłuższe przemówienie do duchowieństwa zebranego przy stole. Wykazuję im „pożytki” prześladowań komunizmu dla duchowieństwa. Jesteśmy oczyszczani z wad, którym hołdowaliśmy. Materialiści pozbawili nas dóbr martwej ręki, bo nie chcieli konkurentów w uprawianiu materializmu. Dziś zamiast hodować trzody, pielęgnujemy dusze. Czyż to nie korzyść? (...) Oczyszczają nas z tylu wad i nałogów kapłańskich, tłumacząc, że nie przystoją kapłanom. Napędzono nam ludzi do świątyń. (...) Niespodziewanie korzyści płyną z tej walki z Kościołem. Nawet dekret z 9 lutego 1953 odsłania cnoty, którymi powinni się odznaczać kapłani.

Kilka wolnych chwil po obiedzie wykorzystałem na przyjmowanie interesantów. Na godz. 15.30 zebraliśmy się przed Domem Katolickim - na podwórcową akademię. (...) Ponad program przemawiało dwóch świeckich ludzi, z których jeden, „nieznany lekarz”, mówił z wielką mocą i ładem. Jeszcze jedno przemówienie, błogosławieństwo i odjazd do Poręby. Odwiedzamy tu siostry Niepokalanego Poczęcia, w jednym z najstarszych domów; powstałych jeszcze za życia Edmunda Bojanowskiego. Zatrzymujemy się przy budującym się pomniku Powstania Śląskiego u stóp Góry św. Anny. Jest to ogromna budowla w stylu hindenburskiego pomnika spod Tannenbergu. Straszne marnowanie grosza na dzieło, które już dziś rozłazi się, pokonywane przez warunki klimatyczne.

Nie pozwalamy

Wspomniany dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych jest kroplą, która przelewa czarę goryczy. Prymas Wyszyński - na próbę odebrania Kościołowi prawa do decydowania o sobie samym, o miejscu i sposobie pracy kapłanów, usuwanie religii ze szkół, niszczenie kościelnych wydawnictw - odpowiada stanowczym „Non possumus”. Nie pozwalamy. 25 września 1953 roku - ledwo 3 miesiące po pobycie na Górze św. Anny - zostaje aresztowany i osadzony w klasztorze w Rywałdzie. Najpierw tu, a od października 1953 w Stoczku Warmińskim jest więziony.

Pierwszego października 1954 roku franciszkanie w Prudniku - Lesie dostają dwie godziny na opuszczenie klasztoru. Władze każą im się udać do Borek Wielkich. Przedstawiciel władz zapewnił ich, iż kościół będzie nieczynny. I to akurat okazało się prawdą. Prymas, choć spędził w Prudniku rok, nigdy w nim nie był. Wolno mu było wychodzić jedynie do ogrodu pod drugiej stronie budynku. Pobyt w kolejnych miejscach odosobnienia prymas odnotował w „Zapiskach więziennych”.

W opuszczonym klasztorze osadzono wraz z kardynałem ks. Stanisława Skorodeckiego i siostrę Leonię Graczyk. Więźniów ze Stoczka Warmińskiego przetransportowano samolotem do Nysy, a stąd - po kilku godzinach oczekiwania na lotnisku - pod osłoną ciemności samochodami do Prudnika.

Klasztor zamieniony na obóz izolacyjny otoczono wysokim na 3,5 metra, pomalowanym na zielono parkanem z drutem kolczastym i specjalnie posadzonymi świerkami. Władzom tak bardzo zależało, by utrzymać to miejsce w tajemnicy, że choć od najbliższego budynku klasztor dzielił co najmniej kilometr, a od miasta 2,5 km, zabronili więźniom wyglądać przez okna, a światło wolno im było zapalać tylko po zaciągnięciu zasłon. Prymas był pilnowany przez 30 funkcjonariuszy. Miejscowi długo byli przekonani, że tak pieczołowicie władze pilnują uwięzionego Władysława Gomułki.

„Wewnątrz gmachu oddano nam do dyspozycji pierwsze piętro z oknami od ogrodu, ku północy” - notował w „Zapiskach” prymas. „Nasi panowie zajęli drugie piętro. Parter jest dla kuchni i dozorców. Dom jest wybielony. Wszystko tandetne, licho pomalowane. Znać ślady świeżej roboty. Nie sposób zobaczyć żywej „normalnej” duszy. Wszystko, co nas otacza, chodzi skrycie pod parkanami albo snuje się po korytarzach. Z okna oglądamy jedynie skrawek nieba.

Ks. prymas miał do dyspozycji dwa pokoje. Jeden z nich mogą odwiedzać pielgrzymi i turyści. Nieduże pomieszczenie wygląda prawie tak samo jak w latach 50. Wybito tylko dodatkowe drzwi, by goście nie musieli przechodzić przez klauzurę. W celi stoi stół, proste drewniane łóżko nakryte kocem i przeszklona szafa.

Czy te konkretne meble pamiętają kardynała, nie ma pewności. Kiedy w 1957 roku franciszkanie wrócili do Prudnika, nie wiedzieli, że więziono tu prymasa. Prawdopodobnie któryś z zakonników zwyczajnie zamieszkał w tym pokoju, a więc być może i coś przestawił. Na pewno z tamtych czasów zostały zamknięte dziś na stałe drzwi, okno, nieduży żeliwny kaloryfer i podłoga.

- Odwiedził nas kiedyś emerytowany biskup pomocniczy z diecezji kaliskiej Teofil Wilski - mówił kilka lat temu o. Wit Bołd, ówczesny gwardian. - Był rektorem seminarium w Gnieźnie i dobrze znał prymasa. Trafił do nas dokładnie w 60. rocznicę jego uwięzienia. Całował podłogę, po której więzień chodził.

Sam prymas nigdy potem w Prudniku nie był. Odwiedzili natomiast miejsce uwięzienia wszyscy jego następcy.

W porównaniu ze Stoczkiem w Prudniku było prymasowi o tyle lepiej, że budynek był suchy, a centralne ogrzewanie sprawne. Grzeczniej niż wcześniej zachowywali się pilnujący kardynała „smutni panowie”. Pozwalali sobie nawet na uśmiechy, jak zanotował, i na poufałą grzeczność.

Nadal tygodniami czekał na dostarczenie książek ze swojej biblioteki. Skwapliwie odnotowuje w zapiskach listy tytułów dzieł dostarczonych i tych, na które czeka. Stąd wiemy np., że do Prudnika dostarczono mu „Potop” Sienkiewicza, ale bez pierwszego tomu. Brakowało mu nawet grzebienia i lusterka. Jego listy wysyłane do ciężko chorego ojca nadal były odczytywane, a nie doręczane. Listy od bliskich dostawał posklejane, z powycinanymi fragmentami. Prymas cały czas ostro przeciw temu protestuje. Taka forma korespondencji ciąży mu tym mocniej, iż ojciec właśnie w czasie pobytu prymasa w Prudniku miał udar.

Jednocześnie nawet za wysokim parkanem klasztoru z czasem daje się wyczuć odwilż. Nadzorcy proponują więźniowi prasę. Na „Trybunę Ludu” zgody nie ma. Na początek może czytać „Stolicę”, a potem także „Przekrój”, „Świat”, „Problemy” i „Przegląd Sportowy”. Czytał wszystko, nawet ogłoszenia, bo pokazywały, co zmienia się w Polsce.

„Cały nowy sposób pisania przedziwnie krytyczny wobec wszystkiego, co dotychczas było nietykalne, aż razi i zdumiewa” - notował. „Więc można dziś mówić bez żenady o bolączkach w milicji i w Państwowych Gospodarstwach Rolnych? Przecież przed dwoma laty nawet myśleć tak było niebezpiecznie”.

Prymas z uporem nie tylko się modli, ale i pracuje. Dzień rozpoczyna o 5.00, choć - zdawałoby się - nic go do wstawania tak wcześnie nie nagli. W ustalonym dla całej trójki więźniów porządku dnia dwa razy pojawia się praca z książką (łącznie 6 godzin).

W czasie lektury „Potopu” bliskość trzysetnej rocznicy szwedzkiego najazdu (1655), nasunęła mu myśl, by wzorem Jana Kazimierza złożyć Matce Bożej uroczyste ślubowanie. Ostateczny tekst „Jasnogórskich Ślubów Narodu” powstanie w Komańczy, następnym i ostatnim miejscu uwięzienia. Ale już w Prudniku prymas notuje:

„Warto myśleć o obronie Jasnej Góry roku 1955. Jest to obrona duszy, rodziny, narodu i Kościoła przed zalewem nowych czarów. Obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce bardziej wierzyć Bogu niż ludziom, a ludziom po Bożemu. Moja Jasna Góra jest ścieśniona zewsząd wałem udręki. Walą pociskami zabobonu i wstecznictwa w »kurnik«. Przed trzystu laty »kurnik« ocalał i trwa do dziś dnia”.

W Komańczy dopisał: „Myśli o odnowie Kazimierzowskich ślubów w ich 300-lecie zrodziły się w mej duszy w Prudniku, w pobliżu Głogówka, gdzie król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński przed 300 laty myśleli nad tym, jak uwolnić naród z podwójnej niewoli: najazdu obcych sił i niedoli społecznej. Gdy z kolei mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, jaki przebył król w drodze do Lwowa - z Prudnika na południowy wschód - jechałem z myślą: musi powstać akt ślubowań odnowionych”.

Zmianą na lepsze był sposób leczenia prymasa, choć nadal nie reagowano na jego prośby o sprowadzenie lekarza, który opiekował się nim w Warszawie. Więźnia wożono do Opola - zawsze pod osłoną ciemności i w kompletnej izolacji od innych pacjentów - na prześwietlenie klatki piersiowej, jamy brzusznej, badanie krwi i leczenie zębów, a nawet na zabieg usunięcia wrzodu w szpitalu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (neon na budynku dworca zdradził więźniowi, gdzie go przywieziono).

„Lekarze działali jak automaty - pisał. „Sprawnie, fachowo, niemal niezawodnie, ale bez duszy lekarskiej. Nie mają dla nieszczęsnego pacjenta twarzy ludzkiej, której szuka się w lekarzu bardziej niż recepty”.

Po badaniach prymas Wyszyński po raz pierwszy w życiu słyszy diagnozę: Człowiek całkowicie zdrowy. Nad podziw. „Strzeż się teraz, człowiecze, byś nie śmiał chorować” - ironizował.

27 października 1955 władze przeniosły go do klasztoru w Komańczy. 28 października 1956 na prośbę władz - po naprawieniu krzywd Kościoła - ks. prymas wrócił do Warszawy.

TSUE na wojnie z Polską

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
szkoda,że teraz sie biskupów nie aresztuje i popełniaja takie wielkie łajdactwa jak chocby zmarły gocłowski czy żyjący głódź!
G
Gość
Można się zapytać, dlaczego właśnie w Polsce przemysł uświęcania tak prosperuje, kiedy przykazanie mówi nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną. Czy to względy tylko finansowe, stawianie tych osób i ich ziemskiego działania jako już nie podlegającego osądowi czy są jeszcze jakieś inne względy?

Szczególnie papieża starano się w expresowym tempie uświęcić, kiedy za jego czasu tyle zła się zdarzyło.
Dodaj ogłoszenie