Sytuacje podbramkowe

Juliusz Stecki
Afery, przekręty, przekupstwa - liga piłkarska ostatnio bulwersowała nie tylko jej kibiców. To wszystko już jednak było...

Dwadzieścia lat temu, w czerwcu, piłkarze opolskiej Odry po raz ostatni zagrali mecz I-ligowy. Sezon 1980/1981 był dla tego klubu dwudziestym drugim i zarazem ostatnim w ekstraklasie, w której kilka pokoleń futbolowych opolskiego klubu rozegrało 564 spotkania. 182 z nich były zwycięskie, a 223 przegrane. Po dwóch dekadach nieobecności wśród najlepszych Odra mogła w tym roku zacząć znów dopisywać ciąg dalszy swoich I-ligowych przygód. Mogła, ale na to trzeba jeszcze (jak długo?) poczekać.
Z 564 meczów w ekstraklasie wiele było wspaniałych, jak choćby wygrany 5-3 z Legią w Warszawie. Kilka zostanie zapamiętanych z dużo mniej chlubnych powodów. Dziś mówiłoby się, że były to spotkania - przekręty, czyli reżyserowane, w których jedni z grających byli sprzedawcami, a drudzy kupcami.
Do takich przekręconych meczów
bezsprzecznie zaliczyć trzeba przede wszystkim ten, do którego doszło w Opolu w Boże Ciało, czyli 28 maja 1964 roku. Na stadion przy ul. Oleskiej przyjechała wtedy krakowska Wisła, której po raz pierwszy w długiej i pięknej historii zagrażała degradacja do II ligi. Jak pisała ówczesna "Trybuna Opolska", Odra grać miała natomiast o dalszy I-ligowy byt opolskiej wtedy Unii Racibórz oraz o "zwiększenie swoich szans na wicemistrzostwo Polski".
Do przerwy wygrywali gospodarze 2-1, po bramkach Zbigniewa Bani i Engelberta Jarka oraz golu Mieczysława Gwiżdża. W czasie pauzy kontynuowano jednak mecz w szatniach. W każdym razie gry w bramce Odry odmówił reprezentacyjny bramkarz Konrad Kornek, bynajmniej nie dlatego, że dwa dni przed zawodami został szczęśliwym ojcem dorodnego syna. Na okoliczność strajku popularnego "Kuma" nie był przygotowany bramkarz rezerwowy, którego gorączkowo zaczął poszukiwać spiker meczu wśród widzów na trybunach. Wreszcie Franciszek Kściuk odnalazł się i nawet się zgodził stanąć w bramce. Przed nim nadal natomiast grać mieli dwaj etatowi reprezentanci Polski, którzy nagle zupełnie stracili reprezentacyjną formę, dzięki czemu gracze Wisły mogli dochodzić do licznych sytuacji podbramkowych. Mieli jednak poważne trudności z ich wykorzystywaniem, bo nawet jeśli bramkarz Odry wyraźnie przed ich strzałami kładł się w jednym rogu bramki - oni i tak z uporem walili piłką właśnie w leżącego. Wreszcie jednak wspólne wysiłki obu drużyn dały upragniony efekt - Wisła "wygrała" 4-2, a rozsierdzeni widzowie najpierw gwizdali, a potem już z bezsilności tylko śmiali się na tym kabarecie.
Następnego dnia
w "Trybunie Opolskiej"
sprawozdawca z tego meczu w swojej relacji zatytułowanej "I w Opolu (też) zdarzają się cuda" napisał m. in., że zdobywca wyrównującej bramki dla Wisły "Studnicki wykorzystał brak chęci do gry opolskich obrońców", natomiast strzelcy kolejnych dla niej goli "pozwolili sobie na - wprost nieprawdopodobne - przedryblowanie kilku zawodników Odry". Wiśle i tak ta wygrana nie pomogła. Spadła wkrótce do II ligi, po remisie 3-3 w ostatnim meczu w Krakowie z Górnikiem Zabrze i bramce Romana Lentnera, odbierającej satysfakcjonujące ją zwycięstwo, który zapomniał o "umowie" zeźlony do żywego obelgami ze strony nieodpowiedzialnych krakowskich kibiców.
Odra natomiast nie tylko sprzedawała.
Także i ona czasem (?) pilnie potrzebowała punktów. Na przykład przed trzydziestu kilku laty, kiedy przed meczem pojechał po nie do... Krakowa z walizką pieniędzy pewien działacz. Kiedy w ślad za nim na stadionie Cracovii, już wcześniej zdegradowanej, a więc grającej tylko o pietruszkę lub o ową walizkę pieniędzy, pojawili się opolscy piłkarze, usłyszeli, że sprawa została pomyślnie dla nich załatwiona. Uspokojona taką wieścią Odra grała wyluzowana. Działacz zaś w duchu cieszył się, że jego zespół dociągnie pomyślny wynik do końca meczu, a jemu zostanie (do wyłącznej dyspozycji?) uchowana w całości walizka pieniędzy. Niestety, sprawę popsuli piłkarze Cracovii. Nie mogąc doczekać się dodatku do pietruszki, zaczęli grać serio i wygrali. Odra spadła do II ligi, zaś działacz wyjaśnił piłkarzom, że krakowianie... nie chcieli walizki pieniędzy!
Na opolskim stadionie
wypromowano także kilka głośnych sędziowskich legend. Wśród nich bezkonkurencyjną sławę zdobył niejaki Szczepan Sekuła z dalekiego Olsztyna. To właśnie popisy tego pana z gwizdkiem w 1961 roku w meczu z Polonią Bytom sprawiły, że potem przez dziesiątki lat jego nazwisko stało się symbolem złego sędziowania, a kibice każdego arbitra gwiżdżącego fałszywie nazywali właśnie Sekułą, nie wiedząc nawet, czym tak naprawdę wsławił się prawdziwy pan Szczepan. Właśnie, czym? Sędziował źle, tolerując m. in. faule bytomian, w wyniku których poturbowanych opolskich piłkarzy znoszono z boiska, a obrońcę Henryka Brejzę nawet z połamaną miednicą. Przymykał też oczy na złe maniery bytomian, jak choćby opluwanie przez ich bramkarza opolskiego napastnika za to, że ten strzelił mu gola. Mało tego, Sekuła przyczynił się także do porażki Odry 1-2...
Potem kibicom Odry podpadł Jerzy Świstek z Przemyśla. Ten, słusznej postury człek, został przez nich za swoją robotę nie tylko wygwizdany, ale i jeszcze nazwany narządem męskim. Jerzy Świstek - o dziwo! - wszystkie te przykrości zniósł mężnie, a po meczu powiedział z humorem, iż nie czuje do publiki urazy, a wręcz jest usatysfakcjonowany tym, że "piętnaście tysięcy widzów publicznie wyraziło uznanie dla jego męskości".
Trzecim chronologicznie sędzią, który naraził się złym gwizdaniem w Opolu, był... olsztyński rodak Sekuły, sam wielki Alojzy Jarguz. Sędzia, bądź co bądź, międzynarodowy. Wiosną 1980 roku Odra rywalizowała o pierwsze miejsce w tabeli, a może i w konsekwencji także o mistrzostwo Polski, z Szombierkami Bytom. O przodownictwie w klasyfikacji, tuż przed decydującą fazą rywalizacji, decydować miał mecz obu tych klubów w Opolu. Rozsądzać go miał warszawski arbiter Libich, ale w Opolu nagle zjawił się "wspaniały Alek" i nie wiedząc, że pewien opolski dziennikarz jest tylko przyjacielem bytomskiego trenera Huberta Kostki, a nie członkiem ekipy Szombierek, już "na dzień dobry" począł w jego obecności żartobliwie wyrzucać bytomianom, że aby im dogodzić, musiał turlać się do Opola kawał świata, bo z Japonii, przez Oslo i Warszawę.
Szombierkom wyszła jednak na dobre ta tułaczka Alojzego Jarguza, który posędziował tak skutecznie, m. in. nie uznając jednej bramki gospodarzom i nie przyznając im ewidentnego rzutu karnego, że zespół bytomski wygrał ten mecz 2-1, a potem został nawet mistrzem kraju.
Polityka w czasach PRL
była wszechobecna także w sporcie. To prawda, że sami sportowcy niespecjalnie garnęli się do władzy, ale przecież to właśnie władza uważała, że bez niej nic dobrego w sporcie dziać się nie powinno i nie może. Pod koniec lat czterdziestych z nakazu "najwyższych czynników" w mieście, bo województwa opolskiego jeszcze wtedy nie było, doszło do przymusowego połączenia dwóch najmocniejszych w Opolu klubów sportowych. Chodziło przede wszystkim o to, żeby z powierzchni miasta znikła, niewygodna dla internacjonalistycznej - uznającej przodującą rolę Związku Radzieckiego - władzy nazwa Lwowianka, poprzedzona skrótem RKS, czyli Repatriacyjny Klub Sportowy. Tak powstał klub Budowlani, czyli obecna Odra Opole.
A potem loża honorowa trybuny stadionu przy ulicy Oleskiej była nie tylko miejscem, na którym dochodziło do premierowych publicznych wystąpień nowych garniturów wojewódzkiej władzy partyjnej i państwowej. Po prostu - nowi pierwsi sekretarze i nowi przewodniczący wojewódzkich rad narodowych najpierw objawiali się ludowi chodzącemu na mecze piłkarzy Odry, ale potem już nie chciało im się tam pokazywać. Nie oznaczało to jednak dania władzom klubu carte blanche, a wręcz odwrotnie.
Odrą rządzili przede wszystkim
wszechmocni towarzysze z ulicy Ozimskiej, decydując o jego działaniach bieżących i strategii na przyszłość. To także oni w latach siedemdziesiątych zdyskwalifikowali na pięć lat piłkarza Krystiana Koźniewskiego, który podczas leczenia kontuzji dosadnie ("co on tam pier...?") w sanatoryjnej świetlicy zapytał się telewidzów, a wśród nich też jednego z "gumowym uchem", o temat przemówienia I sekretarza krajowej partii.
Uznano to za karygodną krytykę Edwarda Gierka. Wkrótce jednak, bo w sierpniu 1980 roku, opinię piłkarza podzieliła znaczna większość polskiego społeczeństwa.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie