Rozmowa z Karolem Cebulą, opolskim przedsiębiorcą znanym z działalności charytatywnej.

Karol Cebula to największa opolska jednoosobowa fundacja, która pomaga wielu potrzebującym. Zwłaszcza młodzieży.

Zobacz: Komisja Europejska chce pomóc bezrobotnym w zakładaniu firmy

- Funduje Pan stypendia, pomaga chorym i potrzebującym, organizacjom, instytucjom, szkołom. Czemu Pan to robi?

- Bo mam potrzebę, by dzielić się z tymi, którym wiedzie się gorzej, którzy potrzebują pomocy, są upośledzeni albo chcą rozwijać swoje talenty i nie mają na to pieniędzy. Jeśli przy pomocy jakiejś sumy można się przyczynić do zachowania polskiej tradycji albo sprawić, by komuś było lżej, to czemu tego nie zrobić?

- Jak trafiają do Pana wszyscy ci potrzebujący? 

- Bardzo różnie.

Zgłaszają się do mnie z prośbą o wsparcie działań lub konkretnych osób organizacje społeczne czy charytatywne, szkoły, ale też indywidualne osoby. Bywa też tak, jak ostatnio w przypadku niepełnosprawnego mieszkańca gminy Izbicko. Zadzwoniła do mnie wójt i powiedziała, że jest młody człowiek na wózku, który nie ma kontaktu ze światem i marzy mu się łączność choćby przez internet. Więc kupiłem mu laptopa.

A dla porównania, bo i takie sytuacje się zdarzają... Pewna niepełnosprawna kobieta napisała do mnie, że jeździ na wózku, a chciałaby samochodem, bo lubi... Nie odpisałem jej, więc przysłała mi drugi list, w którym nieźle mnie opierniczyła za brak reakcji.

- Jak Pan decyduje, komu pomóc, a komu nie?

- To jest właśnie najtrudniejsza strona działalności charytatywnej. Nie mogę przecież spełnić wszystkich próśb. Już i tak więcej miesięcznie wydaję, niż mam dochodów, więc muszę korzystać z oszczędności.

Zobacz: Kluczbork > Pomoc dla pracujących w Dylakach

A nie ma dnia, by nie przychodziła do mnie jakaś prośba. Czasem się śmieję, że czuję się jak zastępca Pana Boga. Tylko jak zdecydować, czy pomóc komuś, kto potrzebuje pieniędzy na przeszczep albo drogie leczenie; szkole, której brakuje opału; czy 18-latce przykutej do wózka, która prawie nie wychodzi na świeże powietrze? To mi sprawia ogromny problem.

- Byłoby pewnie łatwiej, gdyby pomagało więcej firm.

- Na pewno, od lat o to apeluję. Ale tak naprawdę to każdy z nas powinien sobie wziąć za punkt honoru, by komuś pomagać. Często wcale nie trzeba mieć do tego dużych pieniędzy.

Złotówka czy dwie dane komuś mogą się okazać ważniejsze niż 20-50 tysięcy, które funduje Karol Cebula... A jak nie mamy nawet tego, to zajrzyjmy przez płot do sąsiadki. Może wystarczy, że jej czasem przypilnujemy dziecka, tak, by mogła w tym czasie popracować i sama coś zarobić.

- Dużo jest przedsiębiorców, którzy udzielają się charytatywnie?

- Niestety ciągle niewielu. Słyszę czasem, że pan Andrzej Duda z firmy Polbau tu i tam komuś pomaga. Ale jemu podobnych jest jak na lekarstwo... Na dorocznych balach pieniądze na aukcjach zbierają opolskie BCC i Lions Club.

Licytujemy na nich na przykład podarowane przez artystów obrazy. Ja ich mam już z tuzin. Za każdy zapłaciłem po 10-15 tysięcy. I choć mam świadomość, że aż tyle warte nie są, to ważniejsza jest satysfakcja, że je kupiłem i komuś pomogłem.

- Dlaczego warto pomagać? Jak przekonywałby Pan do tego kolegów biznesmenów?

- Bo to ogromna przyjemność. Pomaganie jest jak narkotyk - można się w nie wciągnąć i od niego uzależnić. To prezent robiony samemu sobie. Bo co mi sprawi większą radość niż świadomość, że dzięki pompie insulinowej kupionej jakiemuś dziecku to dziecko będzie mogło w miarę normalnie funkcjonować?

- Dziękuję za rozmowę.