My z Covidowego. Pracownicy szpitala w Kędzierzynie-Koźlu o kulisach pracy. Anna Jahn: wygrana z covidem to jak drugie narodziny

Radosław Dimitrow
Radosław Dimitrow
- Taka myśl, która mi towarzyszyła, że niestety nie będziemy w stanie wszystkim pomóc - mówi Anna Jahn.
- Taka myśl, która mi towarzyszyła, że niestety nie będziemy w stanie wszystkim pomóc - mówi Anna Jahn. myzcovidowego.pl
Od ponad roku społeczność Samodzielnego Publicznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Kędzierzynie-Koźlu codziennie walczy z koronawirusem. Dzięki wspólnemu wysiłkowi są w stanie sprawić, że kolejny pacjent będzie mógł złapać oddech, że młoda matka przytuli swoje dziecko, a dziadek zobaczy wnuki. Gdy przegrywają walkę o życie, razem z rodziną pacjenta przeżywają smutek i żal. Choć czasem jest trudno, codziennie przychodzą do pracy, bo czują, że to nie tylko zawód, ale i ich życiowe powołanie. Pracownicy szpitala zdecydowali się opowiedzieć o kulisach swojej pracy.

Anna Jahn jest pielęgniarką odcinkową pracującą w szpitalu w Kędzierzynie-Koźlu od 25 lat - obecnie na oddziale neurologii z pododdziałem udarowym. Jak przyznaje, pacjenci, którzy wygrali walkę z covidem, czują się jakby dostali drugie życie. Powrót do zdrowia jest także okazją do wielu zmian.

Anna Jahn:

Pamiętam emocje, które towarzyszyły nam gdy szpital w Kędzierzynie-Koźlu był przekształcany. Mieszał się lęk z takim poczuciem, że dzieje się coś wielkiego i trzeba będzie zmobilizować wszystkie siły. Nie ma drogi odwrotnej - musimy w to wejść i musimy z tym się zmierzyć.

Każdy słuchał zwierzchników, tych wszystkich rad, które były nam z góry proponowane czy zalecane. Każdy próbował coś doczytać, szukał filmów w internecie, odtwarzał je setki razy. Na tej podstawie próbował się ubierać. To rzeczywiście wyglądało tak, jakbyśmy w jakimś ośrodku szkoleniowym kosmonautów z precyzją chirurga próbowali ten kombinezon ubrać.

Do tego ogólny szum wszędzie na terenie szpitala. Samochody przyjeżdżały, odjeżdżały, wywożono pacjentów. Słyszalny wszędzie szum wiertarek, które pracowały, żeby te śluzy powstawały - to była i pora nocna, ranek, i bardzo późne godziny.

Plac budowy pomieszany ze szpitalem i procedurami zamkniętymi dla zwykłych ludzi. Przedziwna mieszanina uczuć, emocji i spraw, które tutaj się zaczęły dziać.

Taka myśl, która mi towarzyszyła, że niestety nie będziemy w stanie wszystkim pomóc. Mimo że dokładaliśmy wszelkich starań, podnosiliśmy standardy, przybywało sprzętów, poszerzał się wachlarz leków, którymi dysponowaliśmy, badań diagnostycznych…

Do dzisiaj najgorsza jest ta myśl, że nie wszystkim uda się pomóc. Oczywiście ja ją zachowuję głęboko dla siebie, bo w tej pracy musimy mieć dwie twarze.

W życiu nie można okazać pacjentowi, że widzimy, że nadziei jest coraz mniej. Tym trudniej jest nosić to w sobie. Nie techniczne rzeczy, tylko taki smutek, że toczymy nierówną walkę.

Znaczenie ma, z czym pacjent do nas trafił, jaką ma historię, jaką ma przeszłość, jakie mu choroby towarzyszą, jaki tryb życia prowadził. Apel do ludzi, że warto zacząć dbać o siebie w każdym wieku, zrzucić masę ciała, rzucić palenie, zacząć lepiej się odżywiać, spacerować, robić cokolwiek po to, żeby w razie choroby - niekoniecznie covida - łatwiej było tę chorobę znosić, a lekarzom czy nam było łatwiej tych pacjentów prowadzić. I szczęśliwie wyprowadzać. Udział pacjenta jest tu duży, ma znaczenie.

Właściwie tych momentów fajnych jest tyle, ile jest szczęśliwych wypisów. Każdy pacjent, który jest w stanie opuścić nasz oddział samodzielnie, na wózku czy jakkolwiek inaczej, jest frajdą, jest radochą. Oni też nie posiadają się ze szczęścia.

Mówią, że to drugie narodziny, że świadomie to przeżywają. Mówią, że przewartościowali całe swoje życie, że są innymi ludźmi.

Wychodząc stąd nie są tymi ludźmi, którymi byli. Mieli czas na to, żeby przewartościować pewne rzeczy, priorytety. Poczynili plany na przyszłość, że zaczną od tego, albo zrobią to, co już dawno powinni, a nie chcieli. To nas cieszy, że oprócz tego, że udaje się uratować ich zdrowie, to czasem udaje się w nich obudzić taką lepszą stronę życia. Wychodzą innymi ludźmi, w takim pozytywnym znaczeniu.

Najfajniejszy był chyba ten moment, kiedy opuszczała nasz szpital jedna z najstarszych wyleczonych z covida pań, która miała 103 lata - pani Tereska. Spędziła z nami 3 tygodnie. Na szczęście to nie był taki agresywny przebieg choroby. Jak to nasz ordynator podkreślał, właściwie my tej pani nie przeszkadzaliśmy w leczeniu, my jej towarzyszyliśmy. Organizm niesamowity i pogoda ducha. Ten moment był bardzo budujący.

Relacja Anny Jahn jest częścią projektu "My z covidowego".

To multimedialny projekt realizowany przez dziennikarkę Agnieszkę Pospiszyl i fotografa Adama Liszkę w celu pokazania wymiaru pracy osób zaangażowanych w walkę z pandemią COVID-19 w Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Kędzierzynie-Koźlu.

Projekt ma służyć poprawie zaufania społecznego do pracowników służby zdrowia, pokazania konieczności partycypacji i odpowiedzialności społecznej za pracowników i cały sektor ochrony zdrowia.

Szczepionka Johnson&Jonshon w Polsce wcześniej niż zakładano

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie