Powódź 1997. Opolszczyzna pod wodą

    Powódź 1997. Opolszczyzna pod wodą

    Archiwum

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Powódź 1997 w Opolu.

    Powódź 1997 w Opolu. ©Archiwum

    Lipiec 1997 zaczął się u nas od niebywałych upałów. Termometry przebiły 30 kresek i dalej pięły się w górę. NTO z 1 lipca donosiła, że pogotowie na pęczki ratuje pijanych miłośników kąpieli. O wodzie pisało się też w kontekście uroczystego otwarcia basenu w Brzegu...
    Powódź 1997 w Opolu.

    Powódź 1997 w Opolu. ©Archiwum

    Tydzień później, 7 lipca, prasa donosiła o pierwszych skutkach ulewnych deszczów. Dzień wcześniej ogłoszono stan alarmowy na wszystkich rzekach południowej Opolszczyzny. Nic jednak nie zapowiadało dramatu. Wręcz przeciwnie, Centralne Biuro Prognoz IMiGW uspokajało: "Sytuacja ma charakter przejściowy, a intensywne deszcze są charakterystyczne dla naszego klimatu i nie stanowią anomalii pogodowej". W tym samym czasie Białka głucha na zapewnienia hydrologów zalała Głuchołazy.
    Opawica - pięć wsi w gminie Głubczyce i to tak, że ludzie na dachach czekali na pomoc. Premier Cimoszewicz odwiedził zalane rejony. Odra na wodowskazie w Miedoni podniosła się do 748 cm, poziom wody w Krzyżanowicach przekroczył 9 metrów. Spodziewano się, że do Kędzierzyna-Koźla dojdzie 790-centymetrowa fala, a w Opolu już w środę 8 lipca woda podniesie się do 590 centymetrów.

    W tym czasie w redakcji od dwóch dni działał sztab kryzysowy. Zastanawialiśmy się, gdzie przenieść wydawanie gazety. Było jasne, że Pasieka może się nie oprzeć fali, choć wszyscy mieli na myśli wodę nie wyższą niż do kolan. Od 7 lipca po wydaniu gazety cala redakcja wywoziła sprzęt, a ten, który pozostał, przenosiliśmy na wyższe piętra. Gościny udzielił nam sklep komputerowy Atabajt. To była jedna sala sprzedażowa, w której mieściło się teraz wszystko: pokój naczelnych, sekretariat, stanowiska do pisania tekstów, które dziennikarze dzielili z adiustatorami i korektą. Jedni wstawali od pisania, inni siadali na tych samych krzesłach do adiustowania, przygotowywania makiet, po czym ustępowali miejsca korekcie. Obowiązywał system rotacyjny, inaczej powchodzilibyśmy sobie na głowy.
    W ten sposób przygotowani na każdą ewentualność spokojnie pracowaliśmy tymczasem w siedzibie na Powstańców Śląskich. Drukarnia, położona po drugiej stronie Odry, w Bierkowicach, była bezpieczna, wiadomo, że woda raczej tam nie dotrze.

    We wtorek, 8 lipca, koledzy z oddziału nyskiego dzwonili od rana: - Dotarliśmy do redakcji po kolana w wodzie. Jeszcze zdążyli napisać relację do środowego wydania, o 20.15 łączność z nyskimi korespondentami nto została przerwana. W Nysie połowa mieszkańców została pozbawiona wody pitnej i prądu, w najniższych punktach miasta w rejonie alei Wojska Polskiego, Jagiełły i Marchlewskiego woda osiągnęła poziom 3 metrów. Bezpieczne były tylko wzgórza w północnej części Nysy. Tu też ewakuowano nysan.

    Wojewoda wydał apel z wezwaniem do ewakuacji, tu cała lista miejscowości, prawie całe nadodrzańskie gminy. Woda zaczęła wdzierać się do Kędzierzyna-Koźla, Ciska, Branic, Krapkowic, Kietrza, Baborowa, Bierawy, Kluczborka, Bąkowa, wszędzie.
    W środę 9 lipca w Opolu ludzie zaczęli wykupywać chleb i wodę. - Mamy ruch jak w okresie przedświątecznym - informował na łamach nto Jan Łoza, kierownik SDH "Za Odrą".


    Redakcja NTO pod wodą.

    Na Bolko rozpoczęła się ewakuacja zoo, bo worki ułożone nocą z wtorku na środę na szczycie wału nic nie dały. W nto kolejna relacja nyskiego dramatu, już nie z zalanego i odciętego od świata nyskiego oddziału redakcji, ale z pokładu śmigłowca. Na zdjęciach widać, że nie wygląda to dobrze.

    W czwartek 10 lipca kilka minut po czwartej rano woda wdziera się do Opola. Najpierw na Zaodrze, dopiero kilka godzin później zalewa wyspę Pasiekę. Odra dostaje się na pierwsze piętro redakcji w Opolu. Wszyscy wiedzą, że spotykamy się w awaryjnej siedzibie na Grunwaldzkiej. Tu już wszystko gotowe. Na offsecie wydajemy numer specjalny - 8 kolumn, w tym dwie publicystyczne - to w końcu piątkowe wydanie. Dla czytelników to znak, że nie daliśmy się wodzie. Do drukarni z redakcji mamy teraz ze 40 kilometrów, trzeba jeździć objazdem przez ocalały most w Rogowie Opolskim. Przy okazji kursem do i z drukarni do redakcji docierają dziennikarze mieszkający na Zaodrzu. Najpierw dopływają łódkami, a ze skrzyżowania Niemodlińskiej z Domańskiego odbiera ich redakcyjna furgonetka. Na szczęście większość może dotrzeć do redakcji suchym lądem. ZWM, centrum miasta są niezagrożone. W Opolu od Piastowskiej do górnego Zaodrza rozgrywa się dramat, a na opolskim Rynku ogródki piwne pełne, radosny gwar podszyty dreszczykiem emocji.

    W redakcji każdy dzień zaczyna się od odprawy. Decydujemy, kto gdzie jedzie. Krzysiek Zyzik lata ratowniczym śmigłowcem. Opisuje dramat ludzi z dachów. Piloci narzekają, że koordynacja lotów właściwie nie istnieje. Sami nawołują się przez radio, przekazując informacje, gdzie najpilniej potrzebna jest pomoc. Tadziu Kwaśniewski wsiada do łódki i płynie zrobić zdjęcie redakcji, które ukazuje się w sobotnim wydaniu z 12 lipca. W przybudówce woda sięga do pierwszego piętra. Po wszystkim jedna z koleżanek wyciąga z szuflady uratowany dyktafon, to wtedy był cenny sprzęt. Trzymała go w górnej szufladzie, gdyby położyła w szufladzie niżej, byłby do wyrzucenia.
    Ewa Bilicka pływa po Pasiece z Anną Zembaczyńską z WOPR (córką ówczesnego wojewody). Mieszkańcy wyspy wyglądają z okien i proszą, by poinformować rodziny: Przekażcie, że żyjemy! Przekazujemy, doradzamy, informujemy. Staramy się być wszędzie, gdzie nas potrzebują. Niestety, radia i tak nie prześcigniemy. Nasze informacje docierają do czytelników z jednodniowym poślizgiem, no i tylko tam, gdzie może dotrzeć gazeta.

    Wydajemy gazetę non stop. Również w niedzielę, jest zbyt dużo spraw do przekazania, zbyt wiele komunikatów, które powinny dotrzeć do ludzi jak najszybciej. Dzień to w tej sytuacji strasznie długo, dwa dni to już właściwie wieczność.

    W niedzielnym wydaniu z 13 lipca dwie rozmowy. Pierwsza z wojewodą Ryszardem Zembaczyńskim. Maria Szylska i Andrzej Mach pytają, dlaczego fala zaskoczyła opolan, skoro płynęła tu od kilku dni. Wojewoda tłumaczy, że zabrakło wyobraźni również specom od hydrologii. Przyznaje, że wiele spraw zostało zawalonych, padła łączność, sporo ta powódź nas nauczyła, niestety po szkodzie.

    Niżej arcybiskup Nossol ze Zbigniewem Górniakiem dodaje powodzianom otuchy, opowiada, jak dowiedział się o klęsce, przebywając w bawarskiej klinice. Od razu pognał na pociąg, potem na lotnisko we Frankfurcie. Z Warszawy do Opola przywiózł go taksówkarz. Wziął tylko za część kursu. Resztę niech ksiądz przekaże powodzianom - dodał. Bp Alfons Nossol przyznaje w rozmowie: - Ja się za nas, Opolan, już nawet nie modlę, to jest po prostu szturmowanie nieba.

    Ale były też epizody wstydliwe. W poniedziałek 14 lipca Jacek Szwedkowicz relacjonuje w tekście "Ludzie i hieny" przypadek pilotów śmigłowca, którzy uratowali życie ośmioosobowej rodziny. Na lądowisku na stadionie "Gwardii" wylewnie dziękowali kapitanowi maszyny, potem się okazało, że podczas lotu splądrowali jego neseser. Policja odnotowuje plagę kradzieży: ze sklepów, samochodów, zalanych opuszczonych mieszkań….

    We wtorek 15 lipca donosimy, że wszędzie woda powoli ustępuje. I odsłania ogrom zniszczeń, to druga fala ludzkiej frustracji: niesie ze sobą świadomość jak mało udało się uratować, jak wielkie są zniszczenia.

    Nasi reporterzy Artur Karda i Krzysztof Stecki przebijają się do lasów stobrawskich, gdzie od pięciu dni żyją uciekinierzy z Rybnej, Kościerzyn, Starych Kolni, Czepielowic i Lubszy. W lesie mieszka 150 osób, koczują w namiotach, samochodach, z gospodarstw zabrali ze sobą bydło. Właśnie dotarli do nich z pomocą strażacy.

    "Lizol cenniejszy od chleba" - pisze Michał Wandrasz. Ludzie walczą ze szlamem, ale nie mają żadnego środka do dezynfekcji. Smród nad opolskim Zaodrzem jest niemiłosierny, ale ludzie powoli się przyzwyczajają. Kto może, wysyła dzieci z miasta do rodziny, na wieś, byle dalej stąd.

    Ewa Bilicka opisuje dramat opolskiego zoo. Załoga była ze zwierzętami, których nie udało się ewakuować, do końca. Lwica Ryksa przez cały dzień walczyła o życie, utrzymując łeb w 20-centymetrowej przestrzeni między lustrem wody a sufitem klatki. Wreszcie opadła z sił i poszła na dno. Opiekunowie mogli się tylko przyglądać tej dzikiej walce i nieuniknionej agonii. Zwierzęta, które zdążono ewakuować, trafiły do ogrodów w Katowicach i we Wrocławiu. Wrocławskie zoo dzięki wysiłkowi tysięcy mieszkańców uratowano przed powodzią.

    Środa 16 lipca, w gazecie piszemy: "Wracamy do domów". Właściwie do tego, co z nich zostało. Są też dobre informacje: most na Kanale Ulgi na Niemodlińskiej na szczęście nie uszkodzony. Radio Opole i nasza redakcja pośredniczymy w poszukiwaniu miejsc na koloniach dla dzieci powodzian. Nasz apel przedrukowuje zaprzyjaźniona z nto "Gazeta Poznańska". Zgłasza się ponad tysiąc chętnych gotowych do zorganizowania i sfinansowania wypoczynku dla opolskich dzieci.

    "Woda opada, emocje rosną" - pisze w artykule Beata Cichecka. Ludzie mają pretensje do władz, że ich skutecznie nie ostrzegli, zarzucają złą organizację pomocy. Powoli zaczynają się kwasy związane z podziałem darów dla powodzian. Wzajemna zwykła ludzka solidarność, szlachetna bezinteresowność w czasie próby powoli się rozmywa…

    Są już pierwsze powodziowe nekrologi: na Opolszczyźnie w powodzi zginęło 6 osób, zaginęły 32, to dane na dzień 18 lipca.

    Sobota 19 lipca, w Czechach znowu pada. Na zniszczonych wałach trwa walka z czasem, żeby przynajmniej prowizorycznie wzmocnić to, co się da. Wszyscy boją się drugiej fali. Do Opola druga kulminacja nadchodzi w czwartek 24 lipca. Fala jest płaska, przechodzi przez całe 5 długich godzin, maksymalny stan wód - 510 centymetrów. Ludzie z nadbrzeżnych dzielnic co chwila wychodzą nad Odrę, by sprawdzić, jak wysoko sięga. Na twarzach nie widać niepokoju, tylko zobojętnienie. Woda już niewiele może im zabrać. A łzy? Właściwie to już zabrakło łez.

    Piątek 25 lipca, obudzone Zaodrze idzie do pracy, Odra utrzymała się w korycie. Radio podaje, że fala się stabilizuje. W piątkowym wydaniu nto Bogdan Bocheński pisze tekst "Zabawa w powódź". O tym, że dzieci na podwórku przy Niedurnego bawią się w ratowanie tonących, w wyciąganie topielca z piaskownicy.

    Już wiadomo, że psychiczna trauma nie zejdzie z nas tak szybko jak ta woda.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo