Ekolog Adam Ulbrych o protestach rolników i Zielonym Ładzie. "Żal mi rolników, koncerny zrobiły z nich pachołków. Wiem, jak to zmienić"

Mirosław Dragon
Mirosław Dragon
- Trzeba zmienić system dopłat. Rolnicy powinni dostać pieniądze również za to, że odtworzą łąkę do retencji wody - uważa Adam Ulbrych.
- Trzeba zmienić system dopłat. Rolnicy powinni dostać pieniądze również za to, że odtworzą łąkę do retencji wody - uważa Adam Ulbrych. Mirosław Dragon
- Żal mi strajkujących rolników, bo są już tylko trybikiem w machinie agrokoncernów, które zrobiły z nich swoich parobków - uważa Adam Ulbrych, znany opolski ekolog. - Kiedyś cała wieś żyła z 300-400 hektarów, a dzisiaj jeden rolnik ma kłopoty, posiadając tak duże gospodarstwo. Dotacje z Unii Europejskiej na bioróżnorodność urzędnicy dali do filharmonii na koncert „Lotu trzmiela". No to teraz niech protestującym po urzędem rolnikom zagrają „Lot trzmiela"!

W wywiadzie dla „NTO" powiedział pan kiedyś, że susza stulecia to jest kara Boża, kara za głupotę.
No i tak Pan Bóg tak ciągle karze tą suszą.

Ale jaka susza? Deszcz lał przez tyle dni. W piwnicach ludzie mają wodę, woda stoi w rowach i na polach.
Pogadamy w maju, czy nadal ludzie będą narzekać, że stoi woda czy już będą mówić, że jest sucho. To, że susza przesunie się w tym roku o miesiąc czy dwa, niewiele znaczy. Tym bardziej że nadal nie ma w Polsce mikroretencji. Chociaż akurat na Opolszczyźnie w 2017 roku stworzyliśmy Opolski Program Mikroretencji.

Proszę najpierw wyjaśnić, czym jest mikroretencja.
To zagospodarowanie wody z opadów, która należy do rolnika i wszystkich właścicieli nieruchomości. W przeciwieństwie do wód w rzekach i zbiornikach, które należą do państwa.

Teraz w ramach Zielonego Ładu unia każe zalewać i ugorować pola, przeciwko czemu rolnicy protestują.
Protestują, bo przez całe lata nikt rolników nie uczył, że nie chodzi o zalewanie pól uprawnych, tylko o chronienie ich przed suszą. Nikt nie uczył, chociaż Unia Europejska dawała dotacje na edukację i ochronę bioróżnorodności. A nasi urzędnicy dotację na ochronę bioróżnorodności dali do filharmonii na koncert „Lotu trzmiela". No to teraz niech protestującym pod urzędem rolnikom zagrają „Lot trzmiela".

Przesadza pan, dotacje na bioróżnorodność szły nie tylko do filharmonii, ale także na inwestycje związane z przyrodą.
Ośrodek Doradztwa Rolniczego organizował Święto Kukurydzy i uczył rolników, że bioróżnorodność to jest kilkanaście odmian kukurydzy. Efekt jest taki, że dzisiaj mamy na rynku masę kukurydzy, z którą nie wiadomo, co zrobić. Do tego napływa kukurydza z Ukrainy i rolnicy protestują. 22 marca obchodzony był Światowy Dzień Wody, której coraz bardziej brakuje na całym świecie, również w Polsce. Czemu Ośrodki Doradztwa Rolniczego nie organizują Święta Wody, a tylko Święto Kukurydzy?

Jedno nie wyklucza drugiego. Można organizować i Święto Kukurydzy, i Święto Wody.
Ale na razie rolników zachęca się raczej do tego, żeby zaorać łąki przy rzekach i obsiewać je kukurydzą. Poldery zalewowe przy Odrze i innych rzekach zostały zaorane i obsiane kukurydzą albo pszenicą. A potem woda wylewa i są wielkie szkody w uprawach. Woda wylewa od setek lat i dawno wymyślono, jak poradzić sobie z tym problemem.

Jak?
Przy rzekach zostawiać łąki, a nie pola uprawne. Jak woda zaleje w lutym czy marcu łąki, to nic złego się nie dzieje. Trawa zdąży jeszcze wyrosnąć, rolnik zdąży skosić ją i zebrać siano. Gdyby teraz przeszła wielka fala powodziowa, jak w 1997 roku, to my już nie mamy terenów zalewowych, tylko mamy grunty orne.

Skoro jednak w ramach Zielonego Ładu trzeba będzie zalewać i ugorować pola, to jakaś mała powódź, oby nie kolejna Powódź Tysiąclecia, sama zrealizuje ten unijny obowiązek!
Z Zielonym Ładem w Polsce wszystko jest postawione na głowie. Przede wszystkim w Polsce nie ma rejestrów gruntów, ostatnie są sprzed 60 lat. I podam przykład jednej gminy w Beskidach, gdzie teraz mieszkam. Według rejestru sprzed 60 lat jest tam 1800 hektarów gruntów ornych. W rzeczywistości jest może 300 ha, a reszta to las. Na terenie wielu gmin w Polsce jest po 1000 hektarów lasów, które w starej ewidencji dalej widnieją jako grunty orne! I teraz rolnikom każe się te grunty ugorować. Unia Europejska wymaga od nas jakichś wskaźników, a my nie mamy dokumentów strategicznych, które wykazują, że w wielu miejscach Polski te wskaźniki już dawno spełniliśmy!

Zielony Ład u nas jednak kuleje. Bo rowy może są teraz pełne wody, ale pływa w nich tylko pełno śmieci.
To jest jeszcze inny problem. W każdej w jednej gminie jeszcze w latach 80. byli robotnicy, którzy na bieżąco utrzymywali te rowy czy drenarki. A dzisiaj więcej ludzi kosi trawniki w miastach w jednym mieście, niż w całym województwie utrzymuje przepusty i jazy. W gminach nie wiedzą nawet, gdzie mają te zastawki przy rzekach.

Da się coś z tym zrobić?
Trzeba wspierać spółki wodne i rolników w odbudowie urządzeń melioracji nawodnieniowych. Da się to zrobić, co udowodniliśmy w Wierzchach koło Wołczyna. Tam razem z kluczborskimi oddziałem Wód Polskich odtworzyliśmy wszystkie zastawki. Zamknięcie tych zastawek pozwala zretencjonować milion metrów sześciennych wody na 180 hektarach. Kosztowało to 260 tysięcy złotych, podczas gdy zbiornik retencyjny w Kluczborku kosztował prawie 30 milionów złotych.

Ale zbiornik retencyjny to także atrakcja turystyczna.
Te zbiorniki na pewno mają funkcję turystyczne, ale w takim razie na ich budowę nie wydawajmy pieniędzy z Funduszu Ochrony Gruntów Rolnych. Nie udawajmy, że budujemy je dla rolników.

Zbiorniki retencyjne mają też znaczenie przeciwpowodziowe.
Przecież te zbiorniki są pełne. Ile wody są jeszcze w stanie przyjąć, kiedy przyjdzie fala powodziowa? Trzeba tworzyć tereny zalewowe przy rzekach, a nie kolejne wielkie zbiorniki. Bo teraz to samorządy chcą sobie budować obiekty rekreacyjne: kąpieliska z plażą i zbiorniki dla wędkarzy. To nie jest woda dla rolników. Rolnicy protestują, że ktoś każe im zalewać grunty orne, a przecież mówimy o nawadnianiu łąk, co robiono od wieków!

Dla rolników to jest problem.
To nie jest problem rolników, tylko instytucji państwa, które nie utrzymywały systemu retencyjnego, który służyłby nie do spiętrzania wody, jak to jest w zbiornikach retencyjnych, tylko do rozlewania tej wody na boki, właśnie na łąki. Dzisiaj nikt już nie wie, gdzie są te zastawki, po co i do czego służą. Czyli rolnicy protestują, że Unia każe im zalewać grunty orne, a tak naprawdę wystarczy odtworzyć tylko tylko system nawodnienia na łąkach.

Czyli protesty nie mają sensu, bo problemu tak naprawdę nie ma?
Problem jest, bo dzisiaj ten system nie działa: zastawki nie są utrzymywane, drenarki na polach często są uszkodzone. I efekt jest taki, że albo woda na polu stoi tygodniami, albo jest susza. Retencję trzeba się zająć także dlatego, że nie chodzi tutaj tylko o nawadnianie rolnikom pól. Przecież ta woda wsiąka w glebę i to jest odnawianie zasobów wód podziemnych. Z tych zasobów korzystają ujęcia wodociągowe. Stąd mamy wodę w kranach.

Rozumiem, ale przecież rolnicy zaorali te łąki przy rzekach i obsiali je kukurydzą albo zbożem, żeby dostać dopłaty i zarobić na sprzedaży zboża czy kukurydzy. Więc pewnie nie zamienią tych gruntów z powrotem na łąki, bo im się to nie opłaca?
Dlatego trzeba zmienić system dopłat. Rolnicy powinni dostać pieniądze właśnie za to, że odtworzą łąkę do retencji wody. To właśnie zrobiono w Wierzchac i kiedy w lutym przyszły roztopy, to woda rozlała się po tych łąkach i nic złego się nie stało. Można dzięki temu i dobrze nawodnić te łąki, i nie dopuścić do tego, żeby ta woda roztopów nie zalewała domów. Teraz pokazujemy ten kluczborski przykład w Warszawie, wcześniej zrobiliśmy też szkolenie terenowe z Komisją Europejską. Wszystko jest policzone, ile to kosztowało, a ile daje korzyści. Ta woda jest gromadzona na przestrzeni całej doliny, a nie w jednej 60-hektorowej dziurze pod miastem. Bo co rolnikom spod Wołczyna daje to, że woda zgromadzona jest w zbiorniku w Kluczborku? Nic nie daje. W skali Polski mamy 800 tysięcy hektarów łąk z melioracją nawodnieniową. Da się więc policzyć, ile będzie kosztować odbudowa sytemu mikroretencji.

Ale czy wszyscy rolnicy będą chcieli, żeby woda stała na łące czy na polu tygodniami?
Pamiętam z dzieciństwa, jak w marcu gęsi pływały w wodzie z roztopów. Taki staw na łąkach był przez kilka tygodni, aż do nastania wiosny. Wtedy było to normalne, a dzisiaj w styczniu napadało trochę śniegu, po dwóch tygodniach stopniał i ludzie dzwonili do straży pożarnej, żeby wypompowali wodę, która stoi na łące, bo to powódź. My musimy zagospodarować wodę z opadów, a nie wypompowywać ją i spuszczać do rzeki, bo inaczej susza będzie się tylko pogłębiać.

To popiera pan protest rolników?
Żal mi strajkujących rolników, że dali się wpuścić w taki kanał. Przez lata pokazywano im, jak optymalizować dochody i siać kukurydzę na łąkach, żeby zarabiać więcej. Ale te pieniądze zgarnęli producenci nasion kukurydzy, nawozów, oprysków. Rolnik został z niczym. Koncerny, które wymyśliły przemysłowe rolnictwo, zrobiły z rolników swoich parobków. Doprowadziło to do sytuacji, że kiedyś spółdzielnia rolnicza potrafiła na 300-400 hektarach utrzymać pół wsi, a dzisiaj na tych trzystu hektarach jedna rodzina nie potrafi się utrzymać, bo rolnicy skarżą się, że ceny skupu są niższe od kosztów produkcji. Zarabiają na tym przemysłowym rolnictwie wszyscy, tylko nie chłop, który się na tej roli urobi po łokcie. Bo rolnicy są już tylko trybikiem w machinie agrokoncernów.

-  Katastrofa hydrologiczna jest jeszcze do odwrócenia, jeśli w końcu politycy zadbają o mikroretencję, czyli zatrzymywanie wody - mówi Adam Ulbrych.

Ekolog Adam Ulbrych: - Susza stulecia to jest kara Boża. Kar...

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na nto.pl Nowa Trybuna Opolska