Zalega 6,5 mln zł. Jak zniszczono pana Edka

    Zalega 6,5 mln zł. Jak zniszczono pana Edka

    Tomasz Dragan

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Edward Marciniak: – Moja sprawa trwała 3 lata, a powinna się wyjaśnić w 3 dni.

    Edward Marciniak: – Moja sprawa trwała 3 lata, a powinna się wyjaśnić w 3 dni. ©Tomasz Dragan

    Edward Marciniak z dnia na dzień stał się dłużnikiem państwa na 6,5 miliona zł. Wkrótce dług urósł do 38 milionów, a Marciniak znalazł się na granicy obłędu. W końcu usłyszał, że nie ma sprawy. Żadnego przepraszam i odszkodowania.
    Edward Marciniak: – Moja sprawa trwała 3 lata, a powinna się wyjaśnić w 3 dni.

    Edward Marciniak: – Moja sprawa trwała 3 lata, a powinna się wyjaśnić w 3 dni. ©Tomasz Dragan

    Firma Marciniaka nazywa się Chemia-Bomar, siedzibę ma w Skorogoszczy pod Brzegiem.

    Jest potentatem m.in. na rynku samochodowych spryskiwaczy do szyb. Handluje nimi z wojskiem, policją, dużymi firmami transportowymi i sprzedaje tysiącom zwykłych kierowców.

    Taki płyn produkuje się z koncentratu, czyli skażonego alkoholu. Firma Marciniaka kupuje go na Wschodzie, bo tam taniej, i tranzytem wozi do Niemiec. Odbiorca płynu zgłasza go niemieckim urzędnikom, a ci po badaniach wystawiają certyfikat, potwierdzający, że w cysternach rzeczywiście jest alkohol przemysłowy.

    Od tej chwili na mocy unijnych przepisów towarem można obracać na terenie całej Unii Europejskiej, transport wraca zatem do Skorogoszczy, a tam przerabiany jest na pożądany przez kierowców płyn.

    Cysterny stop

    - W czerwcu 2008 roku niespodziewanie celnicy w Zgorzelcu zatrzymali sześć moich cystern z towarem wartym pół miliona zł - opowiada Edward Marciniak. - Sprawę nagłośniono w mediach, bo granice były już zlikwidowane, więc służby celne przedstawiły akcję jako wielki sukces swojej lotnej brygady. Mówiła o tym telewizja, pisały gazety.

    Wydźwięk informacji był jednoznaczny: wielka kontrabanda wódy bez akcyzy znalazła się w rękach naszych dzielnych celników.

    - Nie było to przyjemne, ale specjalnie się nie przejąłem, bo przecież wiedziałem, co jest w cysternach - opowiada przedsiębiorca ze Skorogoszczy.

    Celnicy też wiedzieli już po trzech dniach od akcji na granicy. Badanie przeprowadzone we wrocławskim laboratorium jednoznacznie wykazało, że w cysternach jest koncentrat do produkcji płynu do spryskiwaczy, więc sprawa powinna się zakończyć.

    - Zamiast oddać mi cysterny, urzędnicy z opolskiej Izby Celnej przetrzymywali je przez 14 miesięcy, a zawartość poddali jeszcze 13 ekspertyzom laboratoryjnym, chociaż za każdym razem wynik był jednoznaczny: to alkohol skażony według łotewskich norm, honorowanych w całej Unii - opowiada Edward Marciniak.

    Mimo jednoznacznego wyniku badania alkoholu, które wykazało że nie jest on spożywczy, celnicy wszczęli wobec przedsiębiorcy postępowanie karne skarbowe. Marciniak dowiedział się, że za transport wart ok. 500 tys. zł będzie musiał zapłacić akcyzę w wysokości 6,5 miliona zł.

    Na granicy błędu

    - To był szok - przyznaje właściciel Chemia-Bomaru. - Na wieść, że z dnia na dzień stałem się dłużnikiem Skarbu Państwa i mam zapłacić astronomiczny podatek, nie jadłem zupełnie nic. Nie mogłem przełknąć ani kęsa, nie potrafiłem zasnąć - wspomina Edward Marciniak.

    Trudno się dziwić tej reakcji, gdyż jeśliby wziąć na poważnie zamiary Izby Celnej w Opolu, litr płynu do spryskiwaczy, produkowany na bazie koncentratu musiałby kosztować ok. 20 zł, a pięciolitrowy kanisterek okrągłą stówę.

    Tymczasem urzędnicy w swej radosnej twórczości poszli jeszcze dalej. Prześledzili historie transakcji Marciniaka i wyszło im, że transport który zatrzymali, nie był pierwszym. A to oznaczało, że zaległy podatek akcyzowy należy powiększyć o kolejne 32 miliony zł.

    - Łącznie moje zobowiązania miały więc wynieść ponad 38 milionów zł. Gdy się o tym dowiedziałem, byłem bliski obłędu - przyznaje przedsiębiorca. - Moje cysterny były zarekwirowane, straciłem kontrakty i klientów, których zaczęli przejmować konkurenci. Mimo że badania wykazywały, iż niczego poza koncentratem płynu do spryskiwaczy nie przewoziłem, groziło mi zostanie bankrutem i dłużnikiem z piętnem oszusta skarbowego.

    Edward Marciniak żył w poczuciu bezradności i niewyobrażalnym napięciu. Ktoś powiedział mu, że w każdej chwili mogą do niego przyjść komornicy, zabrać wszystko, pozostawiając jego, rodzinę i współpracowników w skarpetkach, a może nawet bez nich.

    - Ze strachu, że o szóstej rano do drzwi zapuka komornik, uciekałem z domu po piątej rano. Przed wyjściem nerwowo spoglądałem na zegarek i całymi nocami odliczałem kolejne minuty podczas nieprzespanych nocy - wspomina Edward Marciniak. - Kiedyś, wiedząc, że to napięcie i brak snu może mnie zabić, wypiłem butelkę wódki. To pozwoliło mi zmrużyć oczy, ale tylko na kilka godzin. Stres okazał się silniejszy nawet od tego.

    Marciniak przetrwał tylko dzięki temu, że człowiek to takie zwierzę, które do wszystkiego potrafi się przyzwyczaić, do monstrualnego stresu także. W końcu przedsiębiorca dowiedział się, że "wyrok" na niego zostanie wydany 28 grudnia 2009. Tego dnia dyrektor Izby Celnej w Opolu miał zdecydować, czy transport zarekwirowany Marciniakowi 18 miesięcy wcześniej zostanie obłożony monstrualną akcyzą. Ale tego dnia sprawa się nie zakończyła.

    Bez happy endu

    Izba Celna w Opolu dopiero teraz zamknęła sprawę Edwarda Marciniaka. Mówiąc ściślej: umorzyła ją i koszmar przedsiębiorcy się skończył. A zaczął się - czego izba nie ukrywa - do anonimowego donosu, przysłanego w 2008 roku.

    Sam Marciniak dodaje, że stało się to po serii niedwuznacznych propozycji, w których anonimowi rozmówcy chcieli go przez telefon skłonić do sprzedaży świetnie prosperującej firmy. Gdy się nie zgodził, zaczął się koszmar z celnikami, który zamiast trwać trzy dni (do wyników pierwszego badania zawartości cystern) ciągnął się przez ponad 34 miesiące).

    - Istotne jest podkreślenie, że jakkolwiek zgromadzone w sprawie dowody wskazywały, że towar jest koncentratem do spryskiwaczy, to jednak w ocenie organu okoliczność ta nie przesądzała, że towar nie podlega opodatkowaniu - przekonuje rzeczniczka Izby Celnej w Opolu Agnieszka Skowron. - Przeciwnie, w myśl art. 72 wówczas obowiązującej ustawy o podatku akcyzowym, koncentrat do spryskiwaczy należało traktować jako alkohol - nie daje za wygraną urzędniczka.
    Czy ma rację?

    - Taka interpretacja przepisów obowiązywała tylko w Opolu. W całym kraju była zupełnie inna, czego najlepszym dowodem są ceny płynu do spryskiwaczy. Gdyby zawarty w nich alkohol obłożony był akcyzą, ceny byłyby kilka razy wyższe - mówi Edward Marciniak.

    Gdy przytaczamy ten argument, Agnieszka Skowron odpowiada:
    - Trudno odnieść się do rzekomo diametralnie odmiennej interpretacji stosowanej przez pozostałe izby celne, skoro nie wskazuje pan konkretnych przykładów. Dla organu natomiast, jakim jest dyrektor izby celnej, istotne znaczenie ma wykładnia prezentowana przez organ nadrzędny, tj. ministra finansów, która pozostawała zbieżna ze stanowiskiem naczelnika Urzędu Celnego w Opolu - twierdzi pani rzecznik. W jej opinii dopiero wyrok NSA z 12 grudnia 2010 spowodował zmianę interpretacji prawa i pozwolił umorzyć sprawę Marciniaka.

    Czy zakończenie postępowania oznacza dla przedsiębiorcy szanse na sprawiedliwość i zadośćuczynienie za traumatyczne przeżycia?

    - Adwokaci powiedzieli mi, że mogę o tym zapomnieć - przyznaje szef Chemia-Bomaru. Okazuje się, że izba celna działała zgodnie z prawem i miała prawo przetrzymywać cysterny Marciniaka przez 14 miesięcy, a także prowadzić postępowanie wyjaśniające w jego sprawie przez niemal trzy lata. W tym czasie stworzono osiem tomów akt i przeprowadzano niekończące się analizy prawne, mające ustalić, czy akcyza od koncentratu płynu do spryskiwaczy należy się państwu czy nie.

    Już wiadomo, że nie, a bilans całej sprawy jest dla Skarbu Państwa, który miał na wszystkim zarobić, druzgocący. Za każdą z przetrzymywanych cystern wypłacano Edwardowi Marciniakowi po 3 tys. zł rekompensaty miesięcznie. Łącznie kosztowało to podatników 252 tys. zł. Gdyby po pierwszym badaniu towar zwrócono, koszty okazałyby się kilkanaście razy mniejsze. W dodatku skorzystałby budżet państwa dzięki podatkowi VAT, jaki firma Chemia-Bomar płaciłaby od obrotu wytwarzanym towarem.

    Skoro budżet stracił, czy to znaczy, że Edward Marciniak zarobił na tej absurdalnej sprawie?
    - Moje koszty, związane ze stratami w działalności gospodarczej oraz koniecznością opłacania adwokatów, szacuję na 800 tys. zł, z czego 500 tys. natychmiast mogę wykazać fakturami - mówi Marciniak. - I nie wliczam tu np. kontraktu z Turkami o wartości 2 milionów euro, który w związku z kłopotami, jakie na mnie spadły, przeszedł mi koło nosa.

    Dziki kraj?

    Sprawa przedsiębiorcy ze Skorogoszczy boleśnie dowodzi, że w naszym kraju ciągle byle urzędnik może przeczołgać poważnego biznesmena i bezkarnie zatruć mu życie. Od czasu wybuchu afery wokół skandalicznych decyzji urzędu skarbowego w sprawie firmy Optimus i jej właściciela Romana Kluski zmieniło się wprawdzie niejedno, ale na pewno do standardów krajów w których urzędnikowi do głowy nie przychodzi, że jest "władzą", a co najwyżej partnerem, wciąż nam bardzo daleko.

    Nie jest to jednak tylko problem mentalny i wynik urzędniczej złej woli. Wiele dramatów przedsiębiorców oraz ich pracowników, którzy w wyniku decyzji przeróżnych inspektorów i referentów trafiają na bruk, wynika z fatalnej jakości prawa.

    - Choćby sprawa Romana Kluski, uznana za skandal, w świetle prawa wcale skandalem nie była - mówi naczelnik jednego z urzędów skarbowych na Opolszczyźnie. Roman Kluska eksportował produkowane przez siebie komputery na Słowację, by po ponownym sprowadzeniu do Polski móc je bez VAT-u sprzedać polskim szkołom. Faktycznie więc działał w interesie nie tylko swojej firmy, ale także państwa, które dzięki temu płaciło za sprzęt mniej. - Ale ustawa wtedy jednoznacznie mówiła, że jeśli ktoś działa tak, by uniknąć obowiązku podatkowego, urzędnik skarbowy ma obowiązek taki podatek naliczyć. Tymczasem z osoby, która ten przepis zastosowała, zrobiono niemal potwora - uważa naczelnik skarbówki.
    Edward Marciniak też ma swój komentarz.

    - Prawo jest takie, że urzędnikom wolno wszystko, a obywatel jest wobec nich bezbronny. Przedsiębiorca nie uchodzi u nas za pracodawcę i płatnika podatków, ale przede wszystkim jest podejrzanym. Zawsze i o wszystko…

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (44)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (44) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo