Bez huty nie ma Ozimka

Anita Koszałkowska
Robert Piotrowicz, oczyszczacz, co miesiąc bierze tysiąc złotych. Musi wystarczyć na dwie osoby. W domu czeka niepracująca żona.
Robert Piotrowicz, oczyszczacz, co miesiąc bierze tysiąc złotych. Musi wystarczyć na dwie osoby. W domu czeka niepracująca żona.
- Boję się, jak diabli. Kto mnie, starego weźmie do roboty, jak mnie stąd wyrzucą. Chyba pójdę kraść - mówi pan Józek, od 34 lat pracownik Małejpanwi.

W poniedziałek Sąd Gospodarczy w Opolu ogłosił upadek huty Małapanew SA w Ozimku. Długi firmy wynoszą dziś 170 mln zł, w większości to zaległości wobec ZUS. Tymczasem wartość księgowa spółki wynosi 125 mln zł. W takiej sytuacji zarząd nie miał innego wyjścia, jak złożyć wniosek o upadłość.
Wszyscy trzęsą portkami
Dziesięciotysięczny Ozimek to huta - największy pracodawca w mieście. Zatrudnia ponad 1700 osób: 350 pracuje w upadłej hucie matce, reszta w spółkach, w których huta ma udziały. Tutaj pracuje się całymi rodzinami, tu pracowali ich ojcowie i dziadowie. Niedługo poczciwa żywicielka obchodzić ma 250-lecie istnienia. Czy przetrwa do jubileuszu?
- Nie może być, że nas zrównają z ziemią. To tak, jakby zmieść miasto z mapy Opolszczyzny - mówi Zbigniew Szczepaniak, w Małejpanwi od 27 lat.
W hucie nie widać jeszcze napięcia.
- Ciśnienie mogą mieć ci z huty matki, my w spółkach trochę spokojniej, ale też trzęsiemy portkami - dodaje.
Związkowiec Piotr Krawczuk, szef międzyzakładowej Solidarności wyjaśnia, że upadek huty matki może zagrozić pozostałym spółkom.
- Odlewnia, największa ze spółek córek nie poradzi sobie bez ludzi pracujących w matce. Przecież oni wszyscy pracują na rzecz spółek.
Związkowcy nie przyjmują do wiadomości, by rozpoczęły się zwolnienia.
- Będziemy walczyć do końca - zapowiadają i apelują do syndyka, by wszystkie ruchy kadrowe konsultował. - W innym wypadku komitet protestacyjny podejmie radykalne działania - zapowiada Krawczuk.

Zrobią, co będą chcieli
Odlewnia to jedna z największych spółek wydzielonych niegdyś z huty. Na dworze około 30 stopni, w hali kilkanaście kresek więcej. Nie mówiąc o stanowiskach przy piecach, w których temperatura wypalanego surowca sięga 1700 stopni.
Wojciech Bińkowski, rozlewacz stali od czternastu lat w hucie, nie chce roztrząsać, co się stanie, jeśli firmę zamkną.
- Czy będziemy dyskutować, gadać z chłopakami po fajrancie, czy nie, to i tak nic nie zmieni. Co będą chcieli, to zrobią - mówi. Zakłada specjalne ochraniacze, okulary i jak co dzień staje przy kadzi, gdzie wypala się stal. 1700 stopni, buchające iskry, które nie raz wypaliły mu fragmenty ciała. Brud i gorąc. Tu się pracuje za tysiąc na rękę. W hucie pracuje też jego żona (700 zł netto). W domu czeka trójka dzieciaków.
- Jak żyć, pani pyta? Walczyć trzeba i dorabiać. Bo jest inne wyjście? Ano nie ma. My się cieszymy, że praca jest - mówi.
Jak przeżyć do pierwszego
Bińkowskiego, jak i resztę kolegów - hutników z tysiącem w kieszeni ostatniego, nie stać na życie nawet na średnim poziomie. Zakupy robią w tanich sklepach, kombinują, jak tanio przeżyć do pierwszego. O wczasach mogą sobie tylko pomarzyć.
Są rozżaleni i wściekli na kolejne rządy. Bo to, że huta upadnie, wiadomo było przed kilku laty.
- I co ładni panowie w garniturach zrobili? Nic. A mogli nas oddłużyć. To by hutę uratowało, a my dalej spokojnie byśmy tu pracowali. Jeszcze by człowiek zniósł, gdyby huta stała wygaszona. A przecież tu produkcja idzie, zamówienia mamy z Polski i zagranicy. Serce człowieka boli, jak o tym wszystkim pomyśli. A do tego nie wiemy, co syndyk zrobi, jak zacznie wyprzedawać majątek to nie mamy szans na przetrwanie - żali się Zbigniew Szczepaniak.
Robert Piotrowicz, oczyszczacz (wielką szlifierka czyści gotowe stalowe formy z osadów) po dwunastu latach pracy co miesiąc podpisuje pasek wypłaty: tysiąc złotych. Musi wystarczyć na dwie osoby, w domu czeka niepracująca żona.
- Od sześciu lat nie mieliśmy podwyżki, narzekaliśmy, ale robota była. To najważniejsze.
Zbigniew Szczepaniak zastanawia się, jak można było hutę do takiego stanu doprowadzić.
- Za to, że stare władze długów narobiły, my mamy na bruk lecieć? Zresztą co tu dużo gadać, zawsze tak było, że jak rząd byle jak rządzi, to po dupie zawsze ci na dole dostają - mówi.
Tadeusz Wierszak od 23 lat przychodzi do huty. Zostawił tu kawałek życia i zdrowia. Tysiąc zł to mało. Ledwo na chleb i mieszkanie wystarcza. Wczasy?
- Che, che, che. Chyba że ryby nad Małą Panwią - uśmiecha się szyderczo. Ale nie narzeka. - My teraz Boga prosimy, żeby pracować, bo kto nas weźmie do roboty? - pyta. - Dobrze, że możemy jeszcze do Niemiec albo Holandii jechać.
Pan Józek jest
zdenerwowany
- Nie mam na nic wpływu, żyję w kraju, gdzie prawo jest do dupy, a na wysokich stołkach siedzi nieudolny rząd. To jak mi ma być dobrze - pyta pan Józek (nazwiska nie chce podać). - Za komuny to było dobrze, człowiek się o nic nie martwił.
Teraz pan Józek, żeby przeżyć musi dorabiać. Mieszka sam, musi zarobić na alimenty, mieszkanie, życie.
- Gdyby nie ta dodatkowa robota, to poszedłbym kraść. Taka jest prawda.
Nie wierzy w to, że straci pracę. To nie mieści się w głowie. Wierzy za to mocno w syndyka, że firmę jakoś wyprowadzi.
- A wszystko przez tych na górze. Kiedyś byłem za eselde, dziś dla mnie Miller i Kwachu to zera. Niech ich cholera. Zresztą Buzki nie były lepsze. Za żadne skarby na wybory nie pójdę. Patrz pani, co oni z tym krajem wyprawiają. Doprowadzili do tego, że tu albo bardzo bogaci, albo tacy, co nic nie mają - mówi.
Pan Józek jest zdesperowany. W hucie przepracował 34 lata, brakło mu roku, by pójść na emeryturę.

Czy jest jeszcze ratunek dla huty?
Elżbieta Rutkowska, wicewojewoda opolski: - My jako wojewodowie do procesu upadłościowego nie mamy nic. Prowadzi go syndyk. Ale ja mam nadzieję, że upadłość dotyczy tylko huty Małapanew SA, gdzie pracuje 350 osób, a nie dotyczy córek spółek. Sądzę, że będą one zdrowymi przedsiębiorstwami, wzmocnionymi przez fachowców ze zlikwidowanej części. Być może pomocny w rozwiązaniu sytuacji w hucie będzie nowy pakiet dla przedsiębiorstw ministra Kołodki.

Trzeba będzie jechać
do Holandii
Od poniedziałku ciężkie sny mają pracownicy wydziałów należących bezpośrednio do upadłej huty Małapanew. Na przykład pan Ryszard z utrzymania ruchu. Mówi, że koledzy są sfrustrowani. Podobnie, jak wszyscy inni, na przykład z biur czy służby porządkowe.
- Ja sam 24 lata tu robię, nie kwalifikuję się do żadnej emerytury czy zasiłku. Jak tu wyrzucą, to nigdzie roboty nie znajdę. Pokaż mi pani takiego szefa, co to 47-latka chce zatrudnić i dać jeszcze stałą pracę. Trzeba będzie do Holandii jechać - mówi.
- Ozimek na straty pójdzie. Zostaną kobiety z dziećmi, bo chłopy będą roboty na obczyźnie szukać - mówi pani Elżbieta (nie pracuje, mąż hutnik musi zarobić na dwoje dzieci). - Przecież to miasto żyje z huty. Tragedia, tragedia. Czarno to widzę.
- Utargi i tak już spadły - mówi młody chłopak z monopolowego. - Piwo biorą najtańsze, wódkę też z dolnej półki.
- To już nie te czasy, co kiedyś - opowiada Romek, dziewiętnastolatek bez pracy, na utrzymaniu rodziców. - Pamiętam, jak mój tata i wujowie po fajrancie na piwo chodzili, a w piątki to przy wódeczce na działkach "broili". Teraz ojciec ostro kieszeń trzyma, już nawet na fajki żałuje. A w mięsnym od dawna mama mortadelę kupuje.
Gdzie te recepty?
Miller, Buzek, prezesi, zły system prawny - to lista sprawców upadku huty wskazywanych przez ludzi. Piotr Krawczuk z Solidarności nie szuka winnych, ma jednak ogromny żal do opolskich parlamentarzystów.
- Przez tyle czasu nic nie zrobili w naszej sprawie, o przepraszam. Po każdym spotkaniu zostawiali tylko deklaracje i na tym się kończyło. Może teraz zechcą się dogadać, bo jak nie to im kawałek wybronionego niegdyś województwa zginie z mapy.
- A zresztą nie tylko oni nam oczy mydlili. Ile nam sam Miller naobiecywał, mówił, że ma pełne szuflady programów naprawczych. A dzisiaj cała gospodarka się sypie - dodaje.
Związkowcy są jednak dobrej myśli. Są już po pierwszych spotkaniach z syndykiem.
- Zadeklarował, że będzie się starać o to, by huta nadal pracowała, że poszuka inwestora strategicznego, że sam bez przedstawicieli załogi ważnych decyzji nie będzie podejmował i nie dopuści do roztrwonienia majątku. Bo to równałoby się ze śmiercią huty - tłumaczy Krawczuk.
Huty, która przetrwała kilka wojen. Teraz zabić ją może urząd skarbowy.

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie