Skarbimierz - jeszcze mniejsza Moskwa

fot. Paweł Stauffer
Sowieckie emblematy powoli kruszeją w deszczu. Imperium, których były totemem rozpadło się 20 lat wcześniej.
Sowieckie emblematy powoli kruszeją w deszczu. Imperium, których były totemem rozpadło się 20 lat wcześniej. fot. Paweł Stauffer
Udostępnij:
Najrzewniej Rosjan w wspomina tu Stach Jakubowski, choć ludzie we wsi powiadają, że źle wyszedł na tych kontaktach, bo załatwiła go ruska mafia. On sam twierdzi, że były to polskie służby specjalne.

Ale do Stacha dotarliśmy na sam koniec naszej reporterskiej wyprawy w czas miniony. Zaczęła się ona w postsowieckiej bazie lotniczej w Skarbimierzu pod Brzegiem. To tu w zamaskowanych darnią hangarach stały myśliwce doborowego 164. pułku gwardyjskiego, które miały wygrać dla ZSRR trzecią wojnę światową. I potem na świecie miał zapanować socjalizm.

Dziś w tych hangarach kwitnie kapitalizm: warsztaty samochodowe, produkcja okien, naprawa tego i owego. Krzątanina, zapobiegliwość, pot z czoła kapu, kapu, kap. Bez pracy nie ma kołaczy... A na samym środku "wzlotno-posadocznoj połosy wysszego kłasa", czyli pasa startowego, z którego "gwardyjscy" mieli odfruwać na podbój Europy, pysznią się modernistyczne bryły koncernu Cadbury, produkującego tu gumę do żucia. Każdy, kto pamięta ZSRR, wie, że "żwaczka", czyli guma do żucia, to był dla radzieckich dzieci rarytas, przedmiot żebrów lub handlu, na dodatek zwalczany ideologicznie jako amerykańskie zboczenie. Historia potrafi jednak być dowcipna.
Ale co my tu robimy?

Telewizor na moście (powietrznym)

Sukces polskiego filmu "Mała Moskwa", który opowiada prawdziwą historię romansu Polaka i żony rosyjskiego oficera z garnizonu sowieckiego w Legnicy prowokuje do pytania: czy podobne historie zdarzały się też w naszym opolskim Brzegu? Przecież i tam Rosjanie mieli swój "gorodok", czyli ogrodzone miasto w mieście oraz wspomnianą bazę myśliwców. Przecież i tam po obu stronach płotu żyli ludzie z krwi, kości i uczuć, a nie tylko "świadomi obywatele bratnich krajów socjalistycznego obozu". A w płocie były dziury. Och, jakie wielkie.

- Nawet jeśli nie zdarzały się tak malownicze romanse jak w filmie, to kwitło tu życie towarzyskie, biesiadne, no i rozwijał się handelek - mówi Andrzej Pulit, wójt Skarbimierza, w którym stacjonowały dwa pułki radzieckich myśliwców. - Kolorowe telewizory to tu latały z ZSRR specjalnym mostem powietrznym.

Zanim jednak przejdziemy do opowieści o Polakach i Rosjanach, wójt raczy nas długim, treściwym wykładem na temat swej miłości do bioenergii. Wylicza w słupkach imponujące oszczędności, jakie dałaby Polsce uprawa roślin energetycznych, rysuje na kartce jakieś wykresy. Dziwnie brzmią te słowa w samym sercu postsowieckiej "awiabazy", gdzie przez blisko 50 lat panowały prawa wojny, a więc nie liczono się tu z niczym: z czasem, z surowcem, ze sprzętem, z amunicją, z siłami ludzi i maszyn. Marnotrawstwo było tu religią.

- Paliwa do traktorów mieliśmy skolko ugodno - powie nam za kilka godzin A., rolnik z pobliskich Pępic. - Ja sam miałem w baniakach zapasu na jakieś cztery lata. A jak odjeżdżali i potrzebowali schować w wagonie kupiony w Polsce samochód, to co zrobili? Wyjęli z wagonu transporter opancerzony i przysypali go węglem, żeby nie kłuł w oczy, a na jego miejsce wstawili auto.

- Za gazetkę porno można tu było na początku lat osiemdziesiątych dostać trzy bagnety od kałacha. Przynosili je tak, jak się przynosi lizaki dzieciom. Jakby mieli tego w bród - doda jego sąsiad.

Dziura, co służyła wszystkim

Wójt Andrzej Pulit: - Kolorowe telewizory latały tu z ZSRR powietrznym mostem.
(fot. fot. Paweł Stauffer)

Ale nam nie chodzi o porno, tylko o romanse, takie jak w kinie. Jak na filmie "Mała Moskwa".
- To może taka historia... - wójt Pulit skończył już o metanie i stara się pomóc w reportażu. - Córka masażystki, która przyjeżdża tu z Ukrainy, zakochała się w chłopaku z Brzegu, z Rybackiej. I się pobrali. Może być?

- Nie może. To historia współczesna, a nam chodzi o "tamten" czas.
- No to pogadajmy o tym, jak się z nimi robiło interesy - mówi wójt i zaczyna od siebie: - Ja sam szedłem po "rubina" przez dziurę w płocie. Była za krzakami, tam gdzie kościół teraz. Wartownik stał, i owszem, ale oficer, który nam sprzedawał telewizor odwołał go skinieniem dłoni. Potem przypieczętowanie interesu: spirytus lotniczy rozcieńczony ciepłą wodą. Smakowało jak pasta do butów.

O tej dziurze w płocie wiedzieli wszyscy, łącznie z sowieckim kontr wywiadem. Nikt jej nie łatał, bo wszystkim służyła.
- Tutaj jak na coś była złość, to na ustrój, na historię, nigdy na konkretnych ludzi. Z Ruskimi dało się żyć mówi wójt.

Na radziecką bazę mówiono prosto: lotnisko. Natomiast na osiedle oficerskie - "płyta Leningrad". To siedem posępnych prostopadłościanów, typowe soc - blokowisko. W mieszkaniach żyło po kilka oficerskich rodzin - jedna rodzina na jeden pokój.

W Brzegu i w Skarbimierzu upchano w ten sposób 15 tysięcy ludzi. W oknach zamiast firanek - gazety. Taka moda. Trzeba było tylko uważać, kto jest na zdjęciach w gazecie. Kiedyś pewien lejtnant przylepił do szyby gazetę z fotką papieża. Była afera.

Jedną z największych tajemnic była ilość wypiekanych bochenków w garnizonowej piekarni - szpiedzy NATO mogliby się na tej podstawie dowiedzieć, ile wojska stacjonuje w Brzegu. Ale liczba bochenków i tak na ogół przerastała potrzeby żołnierzy i ich rodzin. Trzeba było mieć nadwyżkę na handel.

- Pyszny był chlebuś - cmoka Stanisław Jakubowski ze Skarbimierza. - A ten spirytus lotniczy nazywał się tu "masandra". Nie wiem, dlaczego.

"Masandra" to był czysty alkohol, którym piloci w czasie lotu spryskiwali stateczniki, żeby nie zamarzały jak ostatnio prezydentowi Kaczyńskiemu. Dowództwo specjalnie skażało go naftą, aby wojsko nie piło. Ale i tak piło.

- W Brzegu i okolicy to świństwo było obecne na prawie każdym weselu, chrzcinach
- wspomina jeden z miejskich urzędników. - Zaproszono mnie kiedyś na imieniny do Polaków handlujących z Ruskimi. Nalali czystej, wypiłem, skrzywiłem się. Nafta.

Wolę koniak, mówię, i sięgam po butelkę napoleona. Biorę łyka. Nafta! Zabarwili herbatą i wlali do oryginalnej butelki. No dobra, to może napiję się ajerkoniaku? Niech będzie, bo coś pić trzeba. Smakuję, znów nafta! Potem się bałem tam tknąć nawet piwa.

Wołga w stodole picowana

Z recenzji filmu "Mała Moskwa": "To wzruszająca historia zakazanej miłości, w czasach, w których nawet o intymnych sprawach decydowało sowieckie imperium. Film przenosi nas do świata, w którym w jednym mieście, oddzieleni murami i zakazami żyli Rosjanie i Polacy, którzy mimo strachu i wścibskich politruków kochali, cierpieli i mieli swoje marzenia".

Stanisław Jakubowski ze Skarbimierza macha ręką.
- No, aż takich wielkich miłości to tu u nas nie było - tłumaczy. - Jeden rolnik zostawił tylko żonę dla Tatarki, która pracowała u Ruskich, ale wyjechali stąd. A tak to była tylko szybka miłość. Rachu, ciachu. Tu mieszkały takie służące bogatych chłopów, Nina, Róża i jeszcze jedna. Krowy pasały i się zadawały z Ruskimi. Jest nawet we wsi nieślubne dziecko po Ruskim, ale nie powiem, bo ono samo tego nie wie. Słyszałem też o romansach tam, za murem, bo ja świetnie z garnizonem żyłem. Oficer leciał na lot zwiadowczy nad Polską, a praporszczik, myk-myk, do jego żonki się skradał.

Praporszczik to chorąży

Ludzie tu - jak wszędzie - kochali też inaczej. W głośnej gejowskiej książce Michała Witkowskiego "Lubiewo" jest motyw, jak wrocławscy homoseksualiści, starzy, szczwani podrywacze, jadą pod sowieckie koszary i wyrywają tam młodych, rumianych rosyjskich chłopów. Napisałem do pisarza list z pytaniem, czy ci chłopcy to byli zdeklarowani geje czy tylko wyposzczone długą służbą samczyki. Jeszcze nie odpisał.

Stanisław Jakubowski: - Zdarzało się. Głównie wśród żołnierzy-więźniów, czyli z takich z wyrokami. Oni budowali osiedle, płytę Leningrad, wtedy dużo pedziów z Wrocławia tu przyjeżdżało.

Pan Stanisław z Rosjanami żył jak brat z bratem. Handlował z nimi, biesiadował, dyskutował. Jako pierwszy w Skarbimierzu miał kolorowego "rubina". To było w siedemdziesiątym czwartym. Cała wieś oglądała w kolorze, jak Lato strzelał Brazylijczykom gola, który dał nam brąz w mistrzostwach świata w Monachium. A "kalinka" - domowy magiel - służy mu do tej pory. Pan Stach chadzał na filmy do kina w Klubie Oficera za murem. Same wojenne i propagandowe.

- Ot, tak, wpuszczali pana do swej ważnej lotniczej bazy?
- Się właziło przez dziurę w płocie, a potem, jak się gadało po rusku, to nikt się nie czepiał

W stodole pana Stacha pewien kapitan do spółki z praporszczikiem picowali sobie samochody, zanim je wywieźli do ZSRR. Ile brał za ten wynajem? Patrzy na mnie zdumiony. - Nic. Na wódkę wszystko zamienialiśmy.

Wójt Pulit: - Rosjanie byli bardzo biesiadni. Mój sąsiad w Lipkach miał staw z rybami. Oni tam na pikniki przyjeżdżali. Zakrapiane. A ci, co akurat nie mogli przyjechać, bo mieli służbę na lotnisku, wsiadali w samoloty i fruwali nad tym stawem, tak zniżając lot, że aż się woda marszczyła. Też chcieli biesiadować.
I tylko niechętnie słuchali kawałów politycznych. To był nietakt opowiadać wice o Breżniewie, Leninie i Chruszczowie. Nie że byli tak zakochani w swojej władzy, ale że tak się jej bali: węszyli prowokację.

KGB na mopiku

Imperium rosyjskie było i straszne, i śmieszne. Taki widok: jedzie szef kontrwywiadu albo nawet wywiadu samego na służbę na lotnisko. Na rozklekotanym motorowerze jedzie. Ząb złoty połyskuje mu spod wąsa, wkoło śnieg, mróz, lód. Opony łyse, ślizga się po drodze. Aż się wywala, wprost pod koła samochodu Stacha Jakubowskiego.

- Zahamowałem w ostatniej chwili. Za to, że go nie przejechałem, cały kanister spirtu mi przyniósł.
- Jechał naftą?
- Jechał, ale dziurawca się dodawało i przestawał jechać. Dziurawiec zabija smak nafty.

Pan Stanisław tak się zżył z niektórymi oficerami, że długo po wyjściu Rosjan z Polski robił z nimi interesy.
- Jeździłem do Czelabińska, do zakładów zbrojeniowych. Woziłem tam na stołówkę kisiel, kawę "Inkę", schodziła na pniu. Potem meble, buty, co się dało. To wszystko dzięki kontaktom z takim jednym prymusem akademii wojskowej. Kontakt złapałem tu, w Brzegu. Do Polski woziłem z powrotem takie potężne opony do ciężarówek w kopalniach odkrywkowych. "Górażdże" brały każdą ilość. Trzynastokrotna przebitka. Złote czasy.

- Kim jest teraz ten prymus akademii wojskowej? - pytam.
- Tak zwanym człowiekiem z miasta. Ważnym. A oni tam, w tym Czelabińsku, myśleli, że handlują z firmą państwową. Jak się dowiedzieli, że ja prywatny, to zainteresowały się mną służby. Ich i nasze. Trzepali każdego mojego TIR-a tak, że nie opłacało się jeździć.

- Ludzie we wsi mówią, że wyrolowała pana mafia rosyjska.
- Nie tyle wyrolowali, co ja się ich przestraszyłem. Gdy załatwili za długi pewnego człowieka, postanowiłem się wycofać.
- Dobrze pan zrobił.
- Czy ja wiem? Może bym dziś Gudzowatego przeskoczył?

Zabrali na Wołyniu, oddali na lotnisku

Pani Stefania Michalak, zanim zacznie rozmawiać z gazetą, idzie się uczesać do domu. Prowadzi skup złomu w Skarbimierzu, a to poważna sprawa jest. Jej niepozorny punkt przeżył złoty czas, kiedy na początku lat 90. Rosjanie zabierali się do domu.

- Pół bazy tędy przeszło - mówi pani Stefania. - Wszystko wyszarpali, co się dało. Jeden oficer sprzedał mi tu samolot w kawałkach. Ale na wszystko dawaliśmy kwity - zastrzega.

Na jej podwórku leżą ażurowe blachy, jakich sowieckie wojsko używało na grząskim gruncie, żeby się auta i czołgi w błoto nie zapadały. Potem tych ażurowych blach używała cała okolica: pod Brzegiem budowano z nich płoty, altany, zadaszenia. Gdy pordzewiały, ludzie przywieźli do Michalakowej.

- Źle nam z nimi tu nie było, tyle że trochę hałas od samolotów nad domami. Jak kto obcy przyjechał, to spać nie mógł - wspomina pani Stefania. - A tak to dobrze. Jak u nas były już kartki na mięso i cukier, to od nich zawsze można było gnata kupić, cukierki. Jedna Ludmiła to mi schab spod ziemi potrafiła wyciągnąć. A telewizory, a sokowniki, a samowary, a kafelki. U nas nie było nic. Żony oficerów jak Cyganki chodziły po domach, pukały i szedł handelek. A jak już mieli wyjeżdżać, to chodzili po domach nocą, jak gestapo. Stukali w szybę. Machniom? Żeby tylko cokolwiek sprzedać z bazy.

Pani Stefania nie słyszała tu o jakichś namiętnych historiach polsko-rosyjskich.
- Jeśli nie liczyć tych kobiet od pasania krów, co się zadawały z wojakami, ale czy to można nazwać historią miłosną? Przyjaźnie za to były. Ja się zaprzyjaźniłam z taką Zuzanną z bazy. Żona oficera. Oni byli z Czerwonoarmiejska na Wołyniu. A tam niedaleko moje korzenie. Dwa razy ich tam odwiedziłam. Ostatni raz w osiemdziesiątym ósmym.

- Ale ja mam coś ciekawszego - pani Stefania unosi palec. - Co nam Rosja zabrała w czterdziestym piątym na Wołyniu, oddała potem tutaj, na lotnisku. Dostałam mieszkanie po ruskich oficerach. W ramach rekompensaty za mienie zabużańskie. Dwa pokoje. Mało, ale zawsze coś.

Byle jaka, ale zagranica

Ale my wciąż rozpytujemy w okolicy o romans jak z filmu. Polsko-rosyjski, rzecz jasna.
- Jedźcie do Piszczulinów, do apteki - mówią nam w urzędzie gminy. - On był radzieckim oficerem. Tam, zdaje się, była jakaś miłość.

Wita nas radosna blondynka. Energia, humor, gościnność. Dobre dżinsy pod białym fartuchem. To Irina Piszczulin, właścicielka apteki, która mieści się w dawnym wojskowym przedszkolu w Skarbimierzu. Tu dzieci radzieckich lotników układały z klocków pałace kultury.

- Pan popatrzy, jakie tu mury w tym przedszkolu grube były - mówi aptekarka.
Patrzę. Prawie metrowe.
Na półce telewizor, leci rosyjski kanał. - Wsiemirnyj - tłumaczy aptekarka.
- Ogólnoświatowy.

Pani Irina potwierdza. Owszem, była miłość i trwa w najlepsze, ale... rosyjsko-rosyjska. No, chyba że opowie nam o swojej miłości do Polski, które to uczucie sprawiło, że jest teraz, gdzie jest. Kto kocha Polskę, jakby nas kochał - słuchamy...

- To się wzięło ze snu - tłumaczy nam pani Irina. - Mnie zawsze ciotki w Sojuzie powtarzały: za byle jaką, byle za granicą! Tak u nas ludzie tęsknili za wolnością. No więc ten sen... To było w Samarze. Mój Aleksander był kursantem wojskowej akademii. Lekarz wojenny. Wcześniej jako student likwidował Czernobyl. Ja po farmaceutyce. Czekaliśmy na przydział dla niego. Wtedy można był iść albo do Afganu, albo na Zabajkale, albo na Zachód... No, Polska, NRD, Węgry... No, ale ten sen... No więc pewnego razu śni mi się, że idę po ulicach Krakowa...

- Pani znała wtedy Kraków?
- Ależ skąd, ale wie pan, jak to jest we śnie. No więc idę sobie ulicami Krakowa. Ja, wielka dama. Piękna blondyna w czerwonych kozakach i futrze. Naturalnym... I tak wstaję, jeszcze śniąc, a sąsiad, bo myśmy w dwie rodziny w jednym mieszkaniu żyli, mówi do mnie: Irina, ty jakbyś z księżyca wróciła. A ja do niego: w Krakowie byłam. I wtedy wychyla się z łazienki mój Aleks, namydlony na twarzy, bo golił się, i krzyczy: "Jaka Polska, jaki Kraków? Na Dalnyj Wostok jedziemy, za Bajkał". Myślałam, że umrę ze złości.

Mąż pani Iriny wiedział, co mówi. Na Zachód jeździli wtedy ci, co mieli grubo na pagonach. A on świeżyna był, po szkole. Za komunizmu NRD było dla rosyjskiego żołnierza tym, czym dla Polaka Ameryka. Węgry były tym, czym dla nas Kanada. A Polska była dla niego tym, czym dla nas wtedy RFN. Czyli rajem. Namiastką prawdziwego Zachodu, który radziecki sołdat miał ujarzmić dzięki samolotom Mig i Su ileś tam.

Internetowa stronka założona przez dzieci byłych radzieckich lotników ma nagłówek: "Brzeg. Miasto naszych snów". Trzeba pamiętać, że oni w ten sposób wspominają Brzeg lat 70. i 80. Nawet najwięksi lokalni patrioci przyznają, że było to wtedy miasto cokolwiek zapyziałe. Na stronce też szukałem tropów miłosnych - niestety, nie złapałem żadnego kontaktu.

Medal od Jaruzela

Sowieckie emblematy powoli kruszeją w deszczu. Imperium, których były totemem rozpadło się 20 lat wcześniej.
(fot. fot. Paweł Stauffer)

Aleksander Piszczulin nie pojechał jednak za Bajkał.
Pani Irina: - Pewnego dnia stanął w drzwiach z kopertą w dłoni i czasopismem "Polsza" pod pachą. "Jedziemy za Zachód!!" - krzyknął. Hurrrra!!! Jednak sen był proroczy. Mieliśmy się stawić w Świdnicy, a potem przydział do Wrocławia. Stanęłam tam na Rynku i widzę, że to jest dokładnie ten rynek z mojego snu. Czyli nie Kraków, zmyłka była senna...

- Musieli was chyba przygotowywać do wyjazdu. W Polsce, wiadomo, kontrrewolucja, elementy antysocjalistyczne, "Solidarność".
- Myśmy już wcześniej słyszeli o tej całej "Solidarności". Z żonami KGB nie rozmawiało, a o czym z mężami, to nie wiem. My i tak trafiliśmy na dobry czas. Mogliśmy kontaktować się z Polakami, mogliśmy kupować w Peweksie perfumy, dżinsy. Wcześniej za takie postępki nasz kontrwywiad srogo karał.

We Wrocławiu Aleksander Piszczulin zostaje odznaczony za uratowanie żołnierza. Sam generał Jaruzelski przysyła mu medal. Ale całe to bohaterstwo wzięło się z niechlujstwa. W warsztatach remontowych w komorze pełnej łatwopalnych oparów sołdat chciał zakurzyć. No i go spaliło. Mąż pani Iriny po prostu porządnie go opatrzył.

- Potem było Borne-Sulinowo, las, grzyby. Potem Legnica. No i mąż wyjechał ostatnim transportem. Dostaliśmy mieszkanie za ten jego Czernobyl, ale ja chciałam za granicę. No i jesteśmy tutaj. Jego rodzice byli źli, bo marzyli o wojskowej karierze dla syna. Mąż jest lekarzem okulistą i irydologiem, ma praktykę we Wrocławiu i Opolu. Ciężko było stanąć na nogi, ale teraz dobrze nam tu.

Oto los, "sud'ba czełowieka": radziecki oficer, który wyjeżdżał z Polski ostatnim pociągiem, wraca do "awiabazy" Brzeg, gdzie nigdy wcześniej nie zagnał go żaden rozkaz - żeby budować tu swój dom, szczęście i dostatek. Historia nie tylko potrafi być dowcipna, ale i nieodgadniona.

Teraz polscy robotnicy okalają dom Piszczulinów przepysznym parkanem, który mógłby śmiało otaczać posiadłość cara. Kucia, metalowe wygibasy, złocone kopułki.

- Podoba się? - uśmiecha się pani Irina. Bo jej bardzo.

Postsowiecki spleen

Na 600 hektarach śladów dawnej radzieckiej potęgi już niewiele. Płot rozebrany, budynki zburzone pod inwestycje, ostał się tylko posępny gmach aresztu z drutem kolczastym, wieżyczką i nieudolnymi ciapami maskującymi z zielonej farby. Panie w gminie mówią nam, że zaraz po tym, jak Rosjanie wyszli, odkryto tam w jednej z cel szubienicę.

Są jeszcze betonowe zapory, w które piloci puszczali ze swych maszyn smugi ognia, gdy chcieli sprawdzić ciąg silnika. Bo taka smuga była jak jęzor z potężnego miotacza ognia: paliła wszystko.

Przeskakujemy z fotoreporterem wysoki płot jakiejś firmy, która zainstalowała się na lotnisku. Zwabia nas tam obrośnięta chaszczami tablica pamiątkowa z sowieckimi emblematami i dumnymi napisami. Kiedyś salutowano pod nimi generałom Północnej Grupy Wojsk, a szeregowcy pucowali je zapewne szczoteczkami do zębów. Dziś kruszeje na deszczu i rozpada się. Imperium, którego była totemem, rozpadło się 20 lat wcześniej.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

A
Amor
O najpiękniejsze uczucie świata idzie, a wójt o biogazie... Taki wrażliwy, no...

Szkoda, że "w jeszcze mniejszej Moskwie" nikt nie odważył się na "Grand Valse Brilliante". Tylko wszyscy tak "rachu, ciachu". No i ta nafta... Wszędzie tylko interes było czuć... Zero serdecznego klimatu. Zresztą czy dziś da się go odczuć?

A tak nawiasem mówiąc bardzo ciekawy reportaż. Gratuluję, Panie Zbyszku. Dobra robota!
a
andy
Bardzo dobry tekst, ludzie kochani!
Przejdź na stronę główną Nowa Trybuna Opolska
Dodaj ogłoszenie