Tragedia i wzlot Hermaszewskich

Stanisław S. NiciejaZaktualizowano 
Mirosław Hermaszewski z synem Mirkiem.
Mirosław Hermaszewski z synem Mirkiem.
Wołyń - ziemia pogranicza - przez wieki narażony był na różne inwazje, które pustoszyły miasta, wsie i osady. Nic tam nie było pewnego. Wszystkiego trzeba było bronić. Ta żyzna ziemia o malowniczych krajobrazach doświadczała przez wieki wielu nieszczęść i wojennych okrucieństw.

Ale to, co zdarzyło się w latach 1943-1944, przekroczyło wszelkie wyobrażenie okrucieństwa. Osiągnęło rozmiar apokalipsy, totalnej zagłady.
Czerwone maki Wołynia
Wołyń dosłownie spłynął krwią. Zginęły dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi: od niemowląt w kołyskach, po zniedołężniałych starców, nawet tych nieprzytomnych, leżących już na marach, których dobijano w łóżku. Mariusz Olbromski, poeta rodem z Lubaczowa, w jednym z przejmujących wierszy napisał:
Na Monte Cassino tyle maków
Lecz na Wołyniu maków więcej (...)
Wracają co roku jak polskie Tajemnice Bolesne
A jest ich - gdy spojrzeć z dali -
Wielka całunu falująca przestrzeń.

Tak, te maki wołyńskie, podobnie jak na Monte Cassino "zrosły z polskiej krwi". Tylko w nieporównywalnie większej ilości. Są tam symbolem polskiego holocaustu. Rozmiar zbrodni dokonanych przez banderowców na Wołyniu jest tak niewyobrażalny, że współcześnie czytając wspomnienia świadków tamtych wydarzeń, rodzą się wątpliwości - czy naprawdę był to czas aż tak upiorny? Czy rzeczywiście tak monstrualnymi mordercami mogli być sąsiedzi? Koledzy z tej samej szkoły? Mnogość relacji, idących w tysiące, zdaje się potwierdzać to w pełni. Oto tragedia Hermaszewskich. Historia tej rodziny obrazuje, czym były w swej istocie czystki etniczne na Wołyniu, których dopuścili się ludzie zatruci straszliwą ideologią Dmytro Doncewa i Stepana Bandery.

Saga rodzinna
Hermaszewscy to wyjątkowo liczna rodzina, mająca swe korzenie gdzieś na Mazowszu. Protoplastą wołyńskiej linii tego rodu był Wincenty Hermaszewski (1808-1880), który za udział w powstaniu listopadowym został wywieziony na Sybir i po powrocie osiadł w Małyńsku, a później Zurnem w połowie drogi między Równem i Sarnami, na wschodnim Wołyniu. Tam ożenił się z Wilhelminą Lisiecką - artystką tkającą kilimy, z którą miał dziewięcioro dzieci. To liczne rodzeństwo, zawierając związki małżeńskie, znalazło swe siedziby w wołyńskich wsiach i miasteczkach, wokół Kostopola, Berezna i Małyńska.

Jeden z synów Wincentego, Sylwester Hermaszewski (1853-1943), urodzony w Zurnem, zaprzyjaźnił się z właścicielem Małyńska, hrabią Emanuelem Małyńskim, fantastą, birbantem, i zwiedził z nim kawał świata. Był niemal stałym gościem w pięknym pałacu Małyńskich, którzy należeli do elity wołyńskiej. Świadczy o tym choćby fakt, że Emanuel Małyński miał samochody najnowszych marek, co było wówczas rzadkością na Wołyniu, i własny samolot marki Farman. Latał nim ze specjalnie wynajętym francuskim instruktorem pilotażu nisko nad polami, budząc podziw i popłoch sąsiadów.

W wieku 26 lat Sylwester Hermaszewski ożenił się z 16-letnią Marią Hutnicką, z którą miał szesnaścioro dzieci, ale tylko jedenaścioro osiągnęło dojrzałość. Inni Hermaszewscy na Wołyniu byli nie mniej płodni.
Skoncentruję się jednak tylko na niektórych potomkach Sylwestra. Był on ojcem 7 synów, z których wybitną indywidualnością był Antoni Hermaszewski (1898-1980). Gdy Wołyń włączono w granice II Rzeczypospolitej, stanął na czele Związku Młodzieży Wiejskiej i okazał się zadziwiająco rzutkim organizatorem różnych form edukacji młodzieży wołyńskiej. Tworzył teatrzyki wiejskie, zespoły śpiewacze, orkiestry ludowe, organizował zawody sportowe, propagował używanie radia, upowszechniał twórczość Żeromskiego i Rodziewiczówny. Słowem - był niezwykle twórczym animatorem kultury i edukacji. Błyskotliwy, przystojny, bardzo kontaktowy - był znany i lubiany na całym Wołyniu, zwłaszcza gdy osiedlił się w Równem i zaczął tam redagować ważne dla kultury polskiej pisma "Przegląd Wołyński" (1924-1932) i tygodnik "Wołyń" (1933-1939).

Był też założycielem i redaktorem naczelnym dwujęzycznego pisma "Młoda Wieś - Mołode Seło" (1929-1936). Krzewił tam idee jagiellońskie - Rzeczypospolitej szanującej odmienność wszystkich mieszkańców Wołynia jako równoprawnych obywateli Polski. Gazeta była ośrodkiem wymiany poglądów i doświadczeń młodzieży polskiej i ukraińskiej. Jej ideałem było budowanie pomostów między Polakami i Ukraińcami. Hermaszewski współdziałał blisko z wojewodą wołyńskim Henrykiem Józewskim, który wkładał również wiele energii, aby gasić i niwelować żarzący się konflikt polsko-ukraiński. Było więc wielkim paradoksem, że gdy weszli do Równego Sowieci, jego również aresztowali i osadzili w Łubiance, skąd wyszedł wycieńczony i opuścił Rosję razem z armią Andersa, przemierzając z nią szlak przez Iran, Irak, Egipt, Włochy, docierając w końcu do Anglii.

Po wojnie nie wrócił do Polski. W Londynie stał się jednym z wybitnych działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego, współtwórcą i redaktorem "Biesiady Krzemienieckiej", gdzie krzewił idee Rzeczypospolitej mnogoludnej. Na łamach londyńskiego "Tygodnia Polskiego" śledził wydarzenia na Ukrainie, recenzował ważne książki, szukał możliwości zbliżenia polsko-ukraińskiego, uważając, że nie ma innej drogi do spokoju w tej części Europy. Zmarł w Londynie 16 marca 1980 r., tęskniąc do swego Wołynia.
Mimo wszystko Antoni Hermaszewski miał szczęście, że wojnę przeżył, bo jego rodzeństwo zostało dosłownie zdziesiątkowane. Jego ojca Sylwestra zabili Ukraińcy w Lipnikach. Siostra, Julia Hermaszewska-Płocka, zginęła razem z mężem z rąk banderowców w 1943 r. w Pustomytach na Wołyniu. Jego brat, Teofil, działacz polskiej "Macierzy Szkolnej" i były burmistrz Mokwina, oficer Armii Krajowej, został rozstrzelany przez Niemców w 1942 r. w kostopolskim lesie. Brat Tadeusz - bosman na okrętach ORP "Burza" i "Błyskawica", przedostał się do Kanady i dzięki temu przeżył wojnę. Kolejny brat, Zygmunt, były konsul Polski w Tuluzie, później członek AK, kurier tatrzański, złapany przez Niemców trafił do kacetów w Oświęcimiu, a później w Mauthausen. Jego stryjeczny brat, Jan Hermaszewski, działacz samorządowy w Kostopolu, zginął już w pierwszych dnia wejścia Armii Czerwonej na Wołyń. Siostra, Władysława Hermaszewska-Spławska, straciła swego męża w Katyniu, a sama, deportowana do Kazachstanu, po wydostaniu się stamtąd dzięki Andersowi, była po wojnie naczelniczką harcerek w Londynie. Jego młodszy brat, Roman Hermaszewski, został zastrzelony w 1943 r. przez nacjonalistę ukraińskiego.

Tę patriotyczną wołyńską rodzinę właściwie zmasakrowano, ale to, co zdarzyło się w ich rodzinnej wsi Lipniki, jest obrazem apokaliptycznej gehenny.

Unicestwienie Lipnik
Lipniki były w całości polską wsią pod Kostopolem. Hermaszewscy mieli tam 25-hektarowe gospodarstwo i nowy dom z dużymi zabudowaniami, którym zarządzał Roman Hermaszewski (1899-1943), żonaty z Kamilą Bielawską, z którą miał siedmioro dzieci. Hermaszewscy prowadzili spokojne, dostatnie życie. Razem z nimi mieszkał senior rodu, Sylwester Hermaszewski, zamiłowany pszczelarz. Z opisów wiemy, iż okolica Lipnik była bardzo urokliwa. Rosło tam zadziwiająco dużo azalii, o których wołyńska poetka rodem ze Zbaraża, Maria z Zachariasiewiczów Szulcowa (1901-1906) pisała:
Ich zapachem świat pęcznieje, a łąki i bezdroża złotem osypuje

Hermaszewscy mieli, jako nieliczni w okolicy, mechaniczny sprzęt rolniczy. Wojna toczyła się gdzieś z dala i do roku 1943 nie była specjalnie odczuwalna. Tragedia nastąpiła w nocy z 25 na 26 marca. Wtedy to na Lipniki napadł oddział UPA, wspomagany przez chłopów z sąsiednich ukraińskich wsi. Gen. Mirosław Hermaszewski, pierwszy polski kosmonauta, który cudem przeżył tę noc, w swojej książce "Ciężar nieważkości" wspomina: "uzbrojeni w drągi, siekiery, widły, kosy, łańcuchy, broń palną i we wszystko, czym można było nie tylko zabić, ale i zadać jak najwięcej cierpień, okrążyli spokojnie śpiącą wieś. Podpalili zabudowania i rozpoczęli rzeź. Mordowano okrutnie, bez względu na wiek i płeć, grabiono dobytek". Jego starszy brat, również generał lotnictwa, Władysław Hermaszewski (1928-2002), który miał wówczas 15 lat, zapamiętał ten dzień i opisał w książce "Echa Wołynia". Oto skrócony zapis tej relacji.
Noc apokalipsy

Przed północą 25 marca 1943 r. nad Lipnikami rozbłysła rakieta. Był to sygnał do ataku. Po chwili z wszystkich stron odezwały się karabiny maszynowe. Na Lipniki spadła lawina ognia, a niebo rozbłysło smugami pocisków zapalających. Hermaszewscy zerwali się ze snu. Od razu gotowi do ucieczki, bo od kilku dni, przeczuwając atak, spali w ubraniach. Każde dziecko złapało tylko swój przygotowany tobołek. Matka, Kamila Hermaszewska, chwyciła zawiniętego w kocyk półtorarocznego Mirka. Wszyscy rozprysnęli się i poczęli biec w różnych kierunkach. Zapanowała nieopisana panika. Dookoła płonęły domostwa, szczególnie te kryte strzechą. Mężczyźni próbowali ratować dobytek, głównie krowy i konie, ale przerażone zwierzęta, szukając ratunku, gnane ślepym instynktem, wpadały ponownie do płonących stajen i obór. Pożar ogarnął całą wieś. Oślepieni ogniem i dymem, przerażeni bezbronni ludzie miotali się, uciekając to w jedną, to drugą stronę w gradzie świszczących kul. Było to piekło na ziemi. I wtedy zaczął się szturm banderowskich rezunów. Z okrzykami "smert Lacham" (śmierć Polakom), "rezat Lachiw" (rżnąć Polaków) ruszyła uzbrojona tyraliera "bojców UPA", a za nimi z siekierami, widłami i nożami chłopstwo ukraińskie pędzone opętańczą nienawiścią, żądzą zabijania i rabowania. W niektórych miejscach dochodziło do walki wręcz. Nie sposób tu opisywać drastycznych scen, jakie rozgrywały się w blaskach płonących domów. Kronikarz tych wydarzeń, Aleksander Korman, opisał je z precyzją dokumentalisty i zilustrował zdjęciami, które porażają i mogą śnić się po nocach. Prawie każdy mieszkaniec Lipnik przeżywał swoją własną tragedię i albo zdołał uciec, albo poległ pod ciosami siepaczy.
Z tych licznych relacji wybrałem opis ucieczki Kamili Hermaszewskiej z owiniętym w kocyk półtorarocznym Mirkiem. Widząc płonącą wieś i mając nad głową jazgot świszczących kul, zaczęła biec z dzieckiem na ręku w kierunku lasu. Była już na skraju wsi, gdy nagle zagrodził jej drogę uzbrojony banderowiec i z pistoletu strzelił jej prosto w głowę. Ale kula ześlizgnęła się po czaszce. Oszołomiona kobieta, zalana krwią, upadła i straciła przytomność. Swoje zawiniątko zdążyła jeszcze instynktownie odrzucić od siebie. Morderca sądził, że kobieta nie żyje i oddalił się. Po kilku godzinach, w wyniku zimna, Hermaszewska odzyskała przytomność i w szoku poczęła biec przed siebie na przełaj aż do sąsiedniej wsi Białka, 6 kilometrów od Lipnik. Tam, przyjęta przez znajomych, kiedy się ogrzała i odzyskała w pełni świadomość, przypomniała sobie, że uciekała przecież z dzieckiem. Zaczęła w rozpaczy krzyczeć, gdzie jest moje dziecko? Gdzie jest Mirek? Chciała wrócić, ale sąsiedzi nie pozwolili jej, bo nad Lipnikami widać było krwawą łunę. Byli tam jeszcze mordercy. Powstrzymano ją, mówiąc - tam już jest tylko śmierć.
Tymczasem jej mąż Roman Hermaszewski z grupą członków samoobrony przerwał pierścień okrążenia i przedarł się do swojej wsi. Gdy przybył tam, jego dom już się dopalał.

Banderowców już we wsi nie było. Penetrując okolicę, dostrzegł pod lasem kocyk, a w nim zawiniętego syna. Gdy podniósł zawiniątko, chłopiec nie ruszał się. Odruchowo zaczął nacierać jego ręce i wtedy dziecko otworzyło oczy i powiedziało: "Tato, si", co znaczyło "Tato, pali się". Chłopiec cudem przeżył. Wokół leżało wiele zmasakrowanych zwłok pokłutych widłami, zatłuczonych drągami, niektórzy byli wrzuceni do studzien, a niektórzy nabici na sztachety płotu. Wokół wszędzie gorejące zgliszcza. Niewyobrażalna apokalipsa. Tej nocy zamordowano 182 mieszkańców Lipnik, których kilka dni później pochowano we wspólnej mogile.

Polska wieś Lipniki i wiele jej podobnych zniknęła z mapy. W ziemi pozostała polska krew i kości zabitych. W lecie czerwienią się tam maki. Hermaszewscy stracili cały swój dobytek. Kilka miesięcy później, w sierpniu 1943 r., podczas próby zebrania z pola w Lipnikach zboża, bo był to czas straszliwego głodu, został postrzelony przez banderowca z zasadzki Roman Hermaszewski. Przywieziono go do domu z przestrzelonymi płucami na wozie pełnym snopków pszenicy. Doktor Turkiewicz był bezradny, kula naruszyła osierdzie. Nie było sposobu, aby ją wydobyć. Po kilku dniach Roman Hermaszewski zmarł. Żona Kamila została z siódemką drobnych dzieci. Nie załamała się. Żyła z myślą, aby je uratować. Znalazła schronienie na plebanii kościoła w Bereznem, u proboszcza Rossowskiego. Dziś po tym kościele nie ma śladu.

Z Wołynia do Wołowa
Gdy zaczęła się ewakuacja Polaków z Wołynia, Kamila Hermaszewska ruszyła transportem w wagonie towarowym ze swoją siódemką dzieci na zachód. Podróż trwała kilka tygodni. W Katowicach do szpitala zabrano najstarszego, 17-letniego wówczas Władysława, chorego na tyfus. Pod koniec czerwca 1945 r. dotarli do Wołowa i pierwsze dwa tygodnie koczowali w hali parowozowni do momentu, kiedy otrzymali mieszkanie w domu na peryferiach Wołowa.

Zaczęło się życie od nowa. Kamila Hermaszewska wykazała niebywały hart ducha. Sama wychowała i wykształciła swoje dzieci. Jest to przykład fenomenu odrodzenia się życia polskiego po tak okrutnym okaleczeniu fizycznym i psychicznym Polaków z Kresów. Bo ile trzeba było mieć determinacji i siły woli, aby z wielkiej biedy podnieść się i tak wysoko wykształcić dzieci. Trójka jej synów została pilotami, jeden pułkownikiem, dwóch generałami lotnictwa, w tym pierwszy polski kosmonauta.

Od szybowca po rakietę kosmiczną

Śledząc biografię Mirosława Hermaszewskiego, doznaje się wielu zadziwień. Ten cudem uratowany z rzezi wołyńskiej zabiedzony chłopiec zaczął swą przygodę z lotnictwem w Wołowie od czytania tygodnika "Skrzydlata Polska". Później zajął się modelarstwem i pod wpływem swego imponującego mu zawsze starszego brata Władysława zaczął latać na szybowcach. Następnie trafił do Szkoły Orląt w Dęblinie. Skończył ją jako prymus i stopniowo poznawał coraz to bardziej skomplikowane arkana sztuki pilotażu, systematycznie awansując. Latał na coraz to szybszych maszynach przekraczających barierę dźwięku. Wreszcie w jesieni 1976 r. niespodziewanie znalazł się w grupie 72 pilotów samolotów naddźwiękowych i na odprawie usłyszał: "Musimy spośród was wybrać najlepszych, mających szczególne predyspozycje psychiczne, wyjątkową odporność na stres, wysoką tolerancję na niedotlenienie i przyśpieszenia".

Zaczął się kilkutygodniowy kołowrót medyczny. Badania laboratoryjne, wirówki przeciążeniowe, komory niskich ciśnień, wirujące fotele, huśtawki, koła reńskie, niekończące się testy, rozmowy z psychologami. Kręcono nim na fotelach obrotowych do granic wytrzymałości, do omdleń i wymiotów. Poddawano wymyślnym treningom. Jego koledzy stopniowo odpadali jeden po drugim. Aż wreszcie zostało ich dwóch: Hermaszewski i płk Zenon Jankowski. Obaj udali się do Gwiezdnego Miasteczka, do końca nie wiedząc, który z nich poleci w kosmos. Los padł na Hermaszewskiego. I to on z kosmodromu Bajkonur 27 czerwca 1978 r., po prawie dwóch latach treningów, wystartował w kosmos z Rosjaninem Piotrem Klimiukiem na statku Sojuz 30. Lot trwał 8 dni. Okrążyli 126 razy kulę ziemską na wysokości 363 km, z prędkością 28 tys. km/godz. Oto droga z Lipnik na Wołyniu, przez Wołów na Dolnym Śląsku, do kosmosu.

Na sesji poświęconej Kresom w Wołowie, 25 stycznia 2011 r., miałem okazję poznać gen. Mirosława Hermaszewskiego i przyglądać się, jak owacyjnie był witany w swoim rodzinnym śląskim mieście, z jaką czułością i sentymentem mówił o swych wołowskich sąsiadach, nauczycielach, kolegach i jak charyzmatycznym jest mówcą. W swym znakomicie napisanym tomie wspomnień pt. "Ciężar nieważkości. Opowieść kosmonauty" (Kraków 2009) znajduje się zapis tej niezwykłej drogi, jaką odbył z Wołynia na Śląsk, i przypomnienie ludzi, którzy razem z nim tę drogę przebyli.

Czytaj e-wydanie »

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

M
Marcel

Pan "poeta" pisze w natchniony sposób o przestrzeni całunu zapominając, że całun ma dwa wymiary - długość i szerokość. Przydałyby się korki z wiedzy z zakresu szkoły podstawowej. Poezja to coś więcej niż dziwaczna składnia zdań bez sensu.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3