ZUS mówi, że jesteś zdrowy

    ZUS mówi, że jesteś zdrowy

    Mirosław Dragon

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Jan Benski (na zdjęciu z matką Martą) podpisał pismo, którego nie rozumiał, bo jest analfabetą. Teraz musi spłacać KRUS-owi 16,5 tys. zł.

    Jan Benski (na zdjęciu z matką Martą) podpisał pismo, którego nie rozumiał, bo jest analfabetą. Teraz musi spłacać KRUS-owi 16,5 tys. zł.

    - Pan jest kawał chłopa, niech pan sobie poszuka pracy - mówią do Andrzeja Parfieniuka urzędnicy w ZUS-ie.
    Jan Benski (na zdjęciu z matką Martą) podpisał pismo, którego nie rozumiał, bo jest analfabetą. Teraz musi spłacać KRUS-owi 16,5 tys. zł.

    Jan Benski (na zdjęciu z matką Martą) podpisał pismo, którego nie rozumiał, bo jest analfabetą. Teraz musi spłacać KRUS-owi 16,5 tys. zł.

    Nie chcą uwierzyć, że ten prawie dwumetrowy olbrzym nie ma siły dojść do przystanku, żeby pojechać do lekarza.

    Kiedy ostatnio próbował, zemdlał po drodze. Mówił o tym urzędnikom, ale renty nie dostał. Bo Parfieniuk dla ZUS-u jest naciągaczem, jednym z tysięcy. Urzędnicy kierują się statystyką, a z niej wynika, że tylko 54 procent dorosłych Polaków w wieku 15-54 lata pracuje. Reszta utrzymuje się z wcześniejszych rent i emerytur.
    - Duża część rencistów tak naprawdę tryska zdrowiem i dorabia do otrzymywanych z ZUS-u świadczeń - przekonuje Krzysztof Bochus w internetowym portalu edukacji ekonomicznej Narodowego Banku Polskiego. - Przy odrobinie sprytu taką rentę mógł sobie załatwić niemal każdy pracownik, często nawet zanim ukończył 40 lat. Niemal każdy w tym wieku ma przecież jakieś wymagające leczenia schorzenie.
    Andrzej Parfieniuk z Makowczyc (gm. Dobrodzień) tego sprytu chyba nie posiada, ponieważ od trzech lat bez skutku walczy o przyznanie renty. Nic nie daje, że wędruje od urzędu do urzędu z opasłą teczką z dokumentacja medyczną. Bo 48-letni leśniczy z Makowczyc to kawał chłopa - prawie dwa metry wzrostu, szerokie bary, na powitanie podaje dłoń wielką jak bochen chleba.

    - Tak mi właśnie czasem mówią: "Pan jest kawał chłopa, niech pan sobie poszuka pracy!" - opowiada pan Andrzej.

    Kawał chłopa, a załatwił go kleszcz
    Jego problemy zaczęły się dokładnie 15 lat temu. Wtedy Parfieniuka ukąsił kleszcz. - Jestem leśnikiem i codziennie przynosiło się do domu po kilka kleszczy - macha ręką Parfieniuk. Tym razem jednak sprawa była poważniejsza. Po dwóch dniach w miejscu po ukąszeniu pojawił się rumień - znak zakażenia.
    - Byłem młody, wziąłem antybiotyk, rumień zszedł i wróciłem do pracy - opowiada pan Andrzej. - Dopiero po 10 latach pojawiły się cyrki.

    "Cyrki" to bóle w stawach, zwyrodnienie kręgów, astma oskrzelowa, powiększenie serca, nadczynność tarczycy, niedosłuch. To skutki boreliozy po ukąszeniu kleszcza. Zaczęły się długie, kilkumiesięczne zwolnienia lekarskie. W końcu lekarz medycyny pracy nie pozwolił Parfieniukowi wracać do lasu i skierował wniosek na rentę.
    Zaczęła się walka z ZUS-em. Lekarz orzecznik odmówił przyznania renty. Andrzej Parfieniuk odwołał się, ale komisja lekarska (złożona z kardiologa, ortopedy i neurologa) podtrzymała decyzję ZUS-u. Wtedy 48-letni mieszkaniec Makowczyc oddał sprawę do sądu pracy i ubezpieczeń społecznych. Tam również przegrał.
    W międzyczasie inspektor sanitarny uznał, że borelioza jest chorobą zawodową leśniczego z Makowczyc. ZUS na nowo rozpoczął procedurę.

    Historia się powtórzyła: lekarz orzecznik, komisja lekarska (w tym samym składzie), sąd. Wszyscy orzekli tak samo: "jest pan zdolny do pracy, a tym samym brak prawa do renty". Ponadto lekarz z ZUS-u orzekł, że borelioza nie spowodowała żadnego trwałego uszczerbku na zdrowiu. Pan Andrzej nie dostał zatem nawet odszkodowania.
    - Wysłałem prośbę do ministerstwa zdrowia, żeby skierowali mnie do innej komisji ZUS, byle nie w Opolu - opowiada Andrzej Parfieniuk. Jego prośba pozostała bez echa.

    Albo chleb, albo leki
    Leśniczy popadł w depresję i ubóstwo. Całą 3-osobową rodzinę utrzymuje żona, która pracuje fizycznie w zakładzie stolarskim. Pracę tę znalazła zresztą dopiero przed rokiem. Pan Andrzej przerwał leczenie, bo nie miał za co kupować tabletek.
    - Musiałem wybierać: albo chleb, albo leki - zwierza się. Bierze tylko tabletki na nadciśnienie i serce, które zafundował mu lekarz.
    Dramatyczną sytuacją Parfieniuka zainteresowało się Stowarzyszenie Dobrodzień Potrzebującym.
    - To właśnie dla takich osób od maja ruszyliśmy z akcją dopłacania do leków - tłumaczy Anna Bukartyk ze stowarzyszenia.
    Parfieniuk jest też na garnuszku opieki społecznej.

    - Nie jestem lekarzem, ale jako pracownik socjalny od 1,5 roku jeżdżę do pana Parfieniuka i widzę, że coraz bardziej podupada na zdrowiu - mówi Alicja Szafarczyk z ośrodka pomocy społecznej w Dobrodzieniu. - Znalazł się w sytuacji bez wyjścia, bo nie ma prawa do zasiłku chorobowego ani świadczeń rehabilitacyjnych, nie ma renty, a do pracy wrócić nie może, ponieważ żaden lekarz medycyny pracy nie da mu zaświadczenia.

    - Prawo do renty przysługuje tym ubezpieczonym, którzy całkowicie lub częściowo utracili zdolność do pracy zarobkowej - tłumaczy Agnieszka Granatowska, rzecznik ZUS-u w Opolu. - I nie rokują, że odzyskają ją po przekwalifikowaniu.
    Tymczasem orzecznicy ZUS-u nie widzą w przypadku leśniczego z Makowczyc nawet konieczności przekwalifikowania. Według nich może wracać do lasu. A lekarz medycyny pracy popukał się tylko w czoło, kiedy Andrzej Parfieniuk poprosił o zaświadczenie, że może być nadal leśniczym.
    - Podczas komisji nie badamy staniu zdrowia chorego, tylko orzekamy, czy dana osoba jest zdolna do pracy - wyjaśnia lekarz, który jest orzecznikiem w ZUS-ie (prosi, żeby nie podawać jego nazwiska). - Ktoś może chorować, ale nie znaczy to, że od razu musi iść na rentę.

    Krótko mówiąc, według ZUS-u Parfieniuk nie jest na tyle chory, żeby nie nadawał się do żadnej pracy, ale do jakiej się nadaje - nie wiadomo. - A bardzo chciałbym wiedzieć, bo mnie z takim zdrowiem nikt nie chce przyjąć - dodaje Parfieniuk.

    Płaci za analfabetyzm
    52-letni Jan Benski z Sowczyc (gm. Olesno) dostał wprawdzie rentę, ale... musi ją zwrócić. Wszystko dlatego, że nie potrafi czytać. Jest analfabetą.
    - Do szkoły chodziłem osiem lat, ale skończyłem tylko trzy klasy - mówi Benski. Na więcej nie pozwoliło mu upośledzenie.
    Ze szkoły zostało mu tylko tyle, że potrafi się podpisać. Mieszka razem z 91-letnią matką.

    Kiedy kilka lat temu przechodził na KRUS-owską rentę, musiał oddać swoje pole. Wydzierżawił swoje 2 hektary innemu mieszkańcowi Sowczyc. Wszystko było dobrze do czasu, aż obaj rolnicy się pokłócili. Wtedy tamten powiedział, że rezygnuje z dzierżawy. Przyniósł pismo i kazał je podpisać.
    "Benski nie dopuszcza mnie na pole i dalej sam je uprawia, ponieważ chce mieć rentę i pole" - tak brzmiało pismo, które własnoręcznie podpisał Jan Benski. Podpisał nieświadomie, bo przecież nie potrafił przeczytać, o co chodzi.
    Na reakcję nie trzeba było długo czekać. KRUS zażądał zwrotu wypłacanej przez lata renty. W sumie była to kwota 16,5 tys. zł.

    Wtedy o sprawie dowiedział się radny Sowczyc Klaudiusz Małek. Razem z Benskim oddali sprawę do sądu pracy i ubezpieczeń społecznych. Przegrali sprawę, bo 52-letni rolnik sam przecież podpisał donos na siebie.
    - Dla sądu był to dowód, że nadal prowadzi swoje gospodarstwo - mówi Klaudiusz Małek.

    W końcu 52-letni mieszkaniec Sowczyc odzyskał wprawdzie rentę, ale KRUS co miesiąc potrąca mu 300 zł. Na życie zostaje mu 350 zł. - Pisałem do Warszawy do prezesa KRUS-u o umorzenie tego długu - opowiada Małek. - Dostaliśmy odmowę, ale wyślę ponowną prośbę.
    Tymczasem do Jana Benskiego przychodzą teraz pisma z banku. Okazało się, że poręczył kredyt i bank wzywa go do spłaty długu.
    - Prawdopodobnie ktoś znowu wykorzystał analfabetyzm pana Jana - kręci głową radny Małek. - Prosiłem go, żeby już niczego więcej nie podpisywał.
    ZUS cię uzdrowi

    Michał Boni, doradca premiera Tuska do spraw społecznych, z triumfem zakomunikował w jednym z wywiadów, że ZUS eliminuje nieuczciwych rencistów.
    "ZUS będzie Ci więc mówił, że jesteś zdrowy, Ty się będziesz odwoływał. Zanim tryby machiny rozpatrzą odwołanie i wezwą Cię znów przed oblicze, nie będziesz miał z czego żyć" - napisała do niego w liście otwartym Anna Mieszczanek, publicystka i mediator rodzinny.

    Andrzej Parfieniuk podpisałby się pod tym listem. Jan Benski pewnie też, chociaż on już nie powinien niczego podpisywać, bo to tylko sprowadza na niego nowe kłopoty.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (17)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (17) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo