Gdzie się podziały skarby z Rysiewic?

    Gdzie się podziały skarby z Rysiewic?

    Krzysztof Strauchmann

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Obrazy z małej wioski pod Nysą zdobią dziś najlepsze muzea Europy i Ameryki. Ale większa część kolekcji von Ingenheimów zaginęła w dziwnych okolicznościach.
    Madonna z Dzieciątkiem, św. Janem Chrzcicielem i Aniołem Sandro Botticellego - obraz wisi dziś w Muzeum Narodowym w Warszawie. Ocalał, bo podczas wojny

    Madonna z Dzieciątkiem, św. Janem Chrzcicielem i Aniołem Sandro Botticellego - obraz wisi dziś w Muzeum Narodowym w Warszawie. Ocalał, bo podczas wojny von Ingenheimowie zdeponowali go we Wrocławiu.

    Madonna z Dzieciątkiem, św. Janem Chrzcicielem i Aniołem wisi już w pierwszej sali Galerii Malarstwa Włoskiego i Francuskiego. Na I piętrze Muzeum Narodowego w Warszawie. Obraz na desce autorstwa Sandro Botticellego w przewodnikach podawany jest jako znakomity przykład dojrzałego renesansu. Ten i 11 innych dzieł malarstwa włoskiego z muzeów narodowych w Warszawie, Wrocławiu i na Wawelu w Krakowie znalazły się w pozwie, jaki Powiernictwo Pruskie złożyło przeciwko Polsce w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. W imieniu obywatela Niemiec Franza Heuera Powiernictwo domaga się zwrotu kolekcji, zagarniętej przez Polskę w wyniku "zbrodni przeciwko ludzkości". Spółka, znana dotychczas z pozwów o zwrot dawnych nieruchomości na terenie Prus Wschodnich, zabrała się w ten sposób do odzyskiwania dzieł sztuki.

    - Wszelkie dzieła sztuki, jak i inne dobra kultury pochodzenia niemieckiego, jakie w związku z II wojną światową znalazły się na terenie Polski, zostały przejęte na własność państwa polskiego na podstawie odpowiednich aktów prawnych - przypomina Magdalena Węgleńska z biura prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. - Stanowią one obecnie własność państwa bądź też należą do podmiotów, które legalnie stały się ich właścicielami. Regulacje te miały charakter ostateczny. Wysuwanie obecnie jakichkolwiek roszczeń o zwrot tych dóbr jest całkowicie bezpodstawne i nie może być uwzględnione.

    - Jestem oburzony, że polski rząd do tej pory nie załatwił problemu niemieckich roszczeń w skali całego kraju - denerwuje się Zdzisław Koryciński, który ponad 20 lat temu kupił od Skarbu Państwa pałac w Rysiewicach koło Nysy. Dziś może się tylko pocieszać faktem, że broni go rękojmia aktu notarialnego, a wszelkie roszczenia trafią do Skarbu Państwa. - Takich pozwów można się było spodziewać, bo problem był załatwiany niedbale i opieszale.

    Królewska kolekcja
    Kolekcję z Rysiewic stworzył syn pruskiego króla Fryderyka Wilhelma II, który nie zapisał się dobrze w polskiej historii. Pobił Kościuszkę pod Szczekocinami, brał udział w dwóch rozbiorach. Prywatnie był kobieciarzem, a dwa legalne związki mu nie wystarczały. W morganatycznym, czyli pozbawionym praw do dziedziczenia i awansu społecznego małżeństwie poślubił dwórkę i siostrę swojego ministra. Urodziła mu syna Gustawa Adolfa, który po matce przejął nazwisko von Ingenheim, ale oficjalnie był traktowany w Prusach jako królewskie dziecko z nieprawego łoża. Pasją Gustawa Adolfa stały się romantyczne podróże po Italii, w towarzystwie nauczyciela zafascynowanego tamtejszą kulturą. Za jego namową królewski bękart zaczął kupować obrazy włoskich mistrzów. Potem dodatkowo dostał od ojca w darze część kolekcji malarskiej pruskich królów. Gustaw Adolf zbierał także starożytne drobiazgi, książki, dokumenty, porcelanę, rzeźby.

    Po śmierci kolekcjonera większą część zbiorów skupił jego najmłodszy syn Franz von Ingenheim. Według zachowanego do dziś w zbiorach rodzinnych inwentarza z 1883 roku kolekcja samych obrazów liczyła 120 pozycji. W 1870 roku Franz kupił majątek w Reisewitz pod Nysą, gdzie wybudował wspaniały neorenesansowy pałac, przypominający zamki z Doliny Loary. Musiał być okazały, bo miał pomieścić jedną ze wspanialszych kolekcji w Europie. Reisewitz to dzisiejsze Rysiewice, maleńka wioska na skraju gminy Otmuchów, z zamkiem, wielkim gospodarstwem rolnym i popegeerowskimi blokami.

    Po wybuchu wojny w 1939 roku synowie Franza von Ingenheima - Harald i Manfred - zdeponowali kilkanaście obrazów w muzeum we Wrocławiu. Między innymi Madonnę Botticellego, Madonnę Fra Filippo Lippi, kilka obrazów niemieckich malarzy, np. Antona Kocha i Martina von Rohdena. Ta część kolekcji miała szczęście. W 1943 roku wszystkie zbiory wrocławskiego muzeum zostały zabezpieczone przed bombardowaniami w ramach akcji ukrywania dzieł sztuki. Wrocławski konserwator zabytków Günther Grundmann przewiózł je wraz z innymi dziełami sztuki do składnic w Kamieńcu Ząbkowickim i Henrykowie koło Ziębic. Inna część zbiorów trafiła do składnicy na zamku Kunów. W 1945 roku dotarli w te miejsca muzealnicy z polskiego Ministerstwa Kultury, którzy wpadli na trop depozytów Grundmanna i rozszyfrowali listę jego skrytek. Wcześniej jednak magazyny przejęły Samodzielne Brygady Zdobyczy Wojennych NKWD (tzw. trofiejne brygady). Właściwie możemy się tylko dziwić, że Rosjanie zostawili po sobie jeszcze cokolwiek, co dziś znajduje się w Warszawie czy Krakowie. Botticelli przetrwał w Kamieńcu. Zaginęły wszystkie obrazy z Henrykowa, np. obraz Madonna z Dzieciątkiem Fra Filippo Lippiego. Inny obraz ocalony w Kamieńcu, "Wodospad w Tivoli" Martina von Rohdena, w 1954 roku został podarowany przez polskie władze rządowi NRD w Berlinie - w dowód przyjaźni.

    Pan Samochodzik w spódnicy
    Pozostała część kolekcji, około setki obrazów, pozostała w Rysiewicach. Radzieckie oddziały weszły na Opolszczyznę w lutym 1945 roku, rejon Rysiewic zajęły jednak dopiero pod koniec maja. Bracia von Ingenheim uciekli z pałacu przed nadejściem frontu. Zabrali tylko kilka najmniejszych obrazów, łatwych do przewiezienia. Według ustaleń Magdaleny Palicy, młodego historyka sztuki z Wrocławia, pozostała część kolekcji znajdowała się ciągle w nienaruszonym pałacu. Podobnie jak biblioteka licząca 37 tysięcy książek i kolekcja starożytności - ponad 130 rzeźb, waz, figurek. Kilka miesięcy później pałac był już doszczętnie splądrowany, a Ingenheimowie w Niemczech czynili rozpaczliwe starania, żeby ustalić, gdzie trafiła ich kolekcja.

    Magdalena Palica przed rokiem obroniła na Uniwersytecie Wrocławskim swoją pracę magisterską o dziejach kolekcji von Ingenheimów. Niczym książkowy "Pan Samochodzik" dalej tropi losy obrazów w ramach studiów doktoranckich, prowadząc badania między innymi na terenie Niemiec. Najłatwiej ustalić losy tych dzieł, które w latach kryzysu międzywojennego zostały sprzedane przez rodzinę handlarzom sztuki. Zdobią dziś galerie w 12 muzeach Europy i Stanów Zjednoczonych, m.in. w Berlinie, Waszyngtonie, Nowym Jorku, Houston, w Hanowerze i Monachium. Porównując spisy Grundmanna z zachowanymi jeszcze inwentarzami i fotografiami zbiorów Ingenheimów, Pawlica potwierdziła "rysiewickie" pochodzenie 12 obrazów z Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Co do kolejnych ma poważne podejrzenia.

    Zdzisław Koryciński, obecny właściciel pałacu w Rysiewicach: - Niedawno przy burzeniu starej stodoły koparka trafiła na zakopaną w ziemi skrzynię pełną porcelany. Robotnicy podzielili między siebie znalezisko. Pod koniec wojny hitlerowcy naciskali na śląskich magnatów, by ukrywali najcenniejsze rzeczy.

    - Dwa kolejne obrazy Muzeum Narodowego w Warszawie mogą pochodzić z kolekcji Ingenheimów, ale dziś już nie wiadomo, jak trafiły do Warszawy - opowiada historyk sztuki. - Nie ma na to żadnych dokumentów. Po prostu w pewnej chwili pojawiły się w muzealnym inwentarzu. Nie ma też dowodów, że były wcześniej w Rysiewicach. Dwa obrazy z Krakowa udało się rozpoznać dzięki zachowanym fotografiom sprzed wojny.

    Jeszcze dziwniejsze są losy biblioteki pałacowej. Magdalenie Palicy udało się znaleźć relację w Kronice Centralnej Biblioteki Wojskowej za lata 1945 - 1947. Wynika z niej, że po książki Ingenheimów polskie wojsko przysłało specjalny pociąg, ale skład i tak okazał się za mały na bibliotekę. Księgozbiór dojechał do Warszawy i tam wszelki ślad po nim zaginął.
    - Kilka razy pytałam w centralnej bibliotece wojskowej, co się stało z tymi zbiorami. Twierdzą, że nie mają na ten temat żadnych dokumentów. Wygląda, jakby ktoś to sobie przywłaszczył - opowiada historyk sztuki.
    Co mogło być w tych zbiorach? Jeszcze przed wysiedleniem niemieckiej ludności z tych terenów, gdzieś pod koniec 1945 roku, władze zatrudniły grupę miejscowych kobiet do sprzątania pałacu w Rysiewicach. Jedna z Niemek porządkowała stertę papieru, z której wypadły dwa pisma. Zwróciła uwagę na podpis i potajemnie wyniosła papiery z pałacu. 20 lat później zaniosła kartki do muzeum w Hanowerze. Tak ocaliła zapis nutowy i list z podpisami Jana Sebastiana Bacha.

    Szukać choćby po trupach
    Zdzisław Koryciński, dzisiejszy właściciel Rysiewic, wspomina, jak odwiedził go kiedyś mężczyzna podający się za wnuka ostatnich właścicieli. Wypytywał o jakąś wiejską stodołę, ale Koryciński zupełnie nie wiedział, o co może chodzić. Dopiero dużo później od miejscowych usłyszał opowieść, że pewnego razu ktoś ze wsi postanowił zburzyć starą stodołę. Koparka trafiła w ziemi na drewnianą skrzynię pełną "porcelany". Uczestnicy prac potajemnie podzielili między siebie znalezisko. Czy w obliczu nadchodzącego frontu bracia von Ingenheim ukryli zastawę stołową czy liczący 130 okazów zbiór starożytności włoskich? Niemieckie władze naciskały rodziny śląskich magnatów, by ukrywać najcenniejsze rzeczy. Przed frontem był czas, żeby przygotować odpowiednie skrytki. Podobno von Schaffgotschowie zatrudnili włoskich murarzy, do wybudowania skrytek na skarby, a listę schowków też gdzieś zamurowali. W prawie każdym śląskim pałacu kolekcjonowano dzieła sztuki. Z wystawnego pałacu w Kopicach zachował się jeden obraz, dziś w kolekcji muzeum w Nysie. Zginęła bez śladu biblioteka z pałacu w Biechowie, kolekcja dzieł sztuki rodu Matuschków.

    Opowieści o ukrytych skarbach do dzisiaj nie dają spać poszukiwaczom. Najbardziej bezwzględni nie cofają się nawet przed dewastacją zabytków i profanacją cmentarzy. Zniszczyli bezpowrotnie kaplicę cmentarną von Ingenheimów w lesie na wzgórzu za pałacem. Sprofanowali zwłoki kolekcjonera Gustawa Adolfa, jego żony, dzieci. Kaplica, mury cmentarne, kamienne nagrobki zostały podziurawione i rozwalone w proch. Świeżo odkopane groby można tam zobaczyć nawet dzisiaj.

    - Ten cmentarz jest miejscem hańby naszego narodu - ubolewa Zdzisław Koryciński. On sam pamięta jeszcze wykuty na kamieniu napis, oznaczający miejsce spoczynku "królewskiego bękarta". Dziś nie ma po nim nawet śladu. - Zgłaszałem tę profanację i u wojewódzkiego konserwatora zabytków, i na policji. Nikt jakoś nie potrafi zabezpieczyć tego miejsca przed rabusiami.

    Dziękuję pani Magdalenie Palicy z Uniwersytetu Wrocławskiego za udostępnienie wyników swoich badań, które wykorzystałem przy pisaniu tego tekstu.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (4)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo