Moje Kresy. Świadek z Nadwórnej

    Moje Kresy. Świadek z Nadwórnej

    archiwum

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Jeden z najbardziej okazałych pomników na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, przedstawiający liczną rodzinę Bauerów, pod którym spoczywają m.in. feldmarszałek

    Jeden z najbardziej okazałych pomników na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, przedstawiający liczną rodzinę Bauerów, pod którym spoczywają m.in. feldmarszałek Ferdynand Bauer i jego ojciec Matias Bauer – hurtownik win. ©archiwum

    Rezonans "Kresowej Atlantydy" jest szeroki. Na teksty z nto reagują czytelnicy z całej Polski, śpiesząc z pomocą, aby odkrywać coraz to nowe obszary zatopionych w niepamięci ludzkiej utraconych przez Polskę ziem kresowych. W lutym 2013 r. otrzymałem z Radomia przesyłkę od inż. Karola Feliksa Bauera.
    Jeden z najbardziej okazałych pomników na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, przedstawiający liczną rodzinę Bauerów, pod którym spoczywają m.in. feldmarszałek

    Jeden z najbardziej okazałych pomników na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, przedstawiający liczną rodzinę Bauerów, pod którym spoczywają m.in. feldmarszałek Ferdynand Bauer i jego ojciec Matias Bauer – hurtownik win. ©archiwum

    Przesyłka zawierała plik dokumentów ze zdjęciami rodzinnymi i kilkudziesięciostronicowe, bogate wspomnienia autora, urodzonego w 1934 r. w okolicach Delatyna, który lata chłopięce przeżył w Nadwórnej, powiatowym miasteczku w województwie stanisławowskim.

    Karol Feliks Bauer wywodzi się ze znakomitej rodziny kresowej o korzeniach sięgających po Austrię i Bawarię w Niemczech.

    Bauerowie zostali osiedleni w Galicji w czasach, gdy dzielnica ta znalazła się pod zaborem austriackim. O ich znaczeniu i pozycji społecznej w XIX wieku świadczy jeden z piękniejszych pomników na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.

    Spoczywa pod nim zmarły w 1835 r. Mathias Bauer - handlarz winem i radny miasta Lwowa - oraz jego syn - austriacki minister wojny, feldmarszałek Ferdynand Bauer (1825-1893).

    Pomnik - dzieło sztuki

    Nagrobek imponuje rozmiarami, mnogością figur i koncepcją artystyczno-symboliczną. Tworzy go sześć postaci umieszczonych na wysokim cokole.

    W centrum stoi kobieta w szatach żałobnych, strzegąca dziecięcia siedzącego na skraju postumentu wykonanego z piaskowca, w który wmurowano tablicę epitafijną informującą o rodzinie Bauerów.

    Do kobiety (jak się można domyślać - matki) zbliża się kilkuletni chłopiec w tunice, z dłońmi złożonymi do modlitwy, w geście wyrażającym pokorę - poddanie się losowi. Za nim podąża kilkunastoletni młodzieniec również w krótkiej szacie antycznej.

    Po drugiej stronie postumentu, ozdobionego wieńcem roślinnym i popielnicą w kształcie wazonu, umieszczono postacie dwóch dziewczynek. Jedna podtrzymuje lewą ręką osuwający się z postumentu kwiatowy feston, a palcem prawej wskazuje tabliczkę nagrobną. Tymczasem druga, o melancholijnym obliczu, klęczy z zaciśniętymi na kolanach rączkami.

    Realizm tej kreacji rzeźbiarskiej sugeruje każdemu wędrującemu po cmentarzu przechodniowi, że oto osierocone dzieci i małżonka Mathiasa Bauera przyszły na grób ojca i męża, by rozpamiętywać stratę, którą ponieśli.

    Realizm tego pomnika, którego autorem jest mistrz sztuki nekropolnej Jan Schimser, przypomina słynny nagrobek rodziny Raggio na cmentarzu Staglieno w Genui.

    To świadczy o niezwykle wysokiej randze tego dzieła sztuki, no i bogactwie rodziny Bauerów, skoro było ich stać na opłacenie tak niezwykle wartościowego dzieła sztuki, które zdobi dziś słynną lwowską nekropolię i ściąga tam niezliczone rzesze turystów.

    Rycerz w żelaznej zbroi zakuty

    Pomnik Bauerów na Łyczakowie obrósł legendą, która wiąże się z dniem pogrzebu ministra wojny feldmarszałka Ferdynanda Bauera, bo dnia tego doszło do niecodziennego zdarzenia.

    Otóż w paradnym orszaku żałobnym, który zmierzał ulicami Lwowa z katedry Łacińskiej na cmentarz, tuż za trumną feldmarszałka jechał na koniu zakuty w ciężką, średniowieczną zbroję, z opuszczoną na twarz przyłbicą rycerz.

    Robiło to ogromne wrażenie na uczestnikach pogrzebu. Koń uderzał mocno kopytami o bruk ulicy Łyczakowskiej, werble okalających karawan doboszy wyznaczały rytm idących w kondukcie.

    Kompania żołnierzy w paradnych cesarsko-królewskich mundurach, stanowiąca szpicę pochodu, i błyszczące w słońcu szable oficerów, tworzyły majestat i dostojeństwo tego wyjątkowego pogrzebu. Było gorące lipcowe wczesne popołudnie, temperatura sięgała ponad 30 stopni i jeździec zakuty w stal nie wytrzymał tego upału. Tuż przed bramą cmentarną zwalił się z wielkim łoskotem na bruk, raniąc przy okazji niektórych członków rodziny Bauerów idących na czele konduktu.

    Warto pamiętać, że z rodziny tej wywodził się też Karol Bauer (1818-1894) - wybitny botanik, dyrektor uniwersyteckich ogrodów botanicznych we Lwowie i Czerniowcach oraz projektant szaty roślinnej na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, którego grób przypadkowo odnalazłem w sierpniu 2010 roku na cmentarzu w Czerniowcach na Bukowinie.

    Życie codzienne w Nadwórnej

    Karol Feliks Bauer, autor listu do mnie, przesłał mi rozbudowane drzewo genealogiczne swej rodziny i historię niektórych krewnych.

    Opisał dom rodzinny w Nadwórnej, w którym spędził lata chłopięce. Jego dziadkiem był Jakub Bauer (1861-1942) - z zawodu cieśla, który na przedmieściu Nadwórnej, w pobliżu ruin potężnego zamku Kuropatów w Pniowie, zakupił dużą parcelę i wybudował tam swoją rodzinną siedzibę.

    Nadwórna w tych czasach była siedzibą powiatu i miejscem, gdzie lokowały się różne firmy naftowe, które korzystały z odkrytych tam, w okolicach Bitkowa, dużych roponośnych złóż.

    Nadwórna była też w tym czasie jednym z centrów przemysłu drzewnego i miejscem wypadowym do ośrodków letniskowych w Czarnohorze, zwłaszcza do Delatyna, Dory i Jaremcza.

    Było to miasto urzędników, robotników, nauczycieli i letników narodowości polskiej, ukraińskiej i żydowskiej.

    W mieście był wzniesiony staraniem rodu Kuropatów okazały kościół katolicki, który w okresie międzywojennym rozbudowany został przez proboszcza Józefa Smaczniaka (1895-1942) - okrutnie zamęczonego przez hitlerowców za działalność konspiracyjną i ratowanie Żydów. Przed kościołem tym stoi obecnie pomnik papieża Polaka Jana Pawła II, wzniesiony przez opolanina Adama Karchera - rodem z Nadwórnej.

    Bauerowie mieli duży murowany dom z oszkloną werandą i do czasu wybuchu wojny wiodło im się dobrze. Gdy Nadwórną zajęli Sowieci, stryj, Franciszek Bauer - właściciel szybu naftowego - został natychmiast jako burżuj wywieziony na Sybir. Później przyszła fala mordów banderowskich i czas ucieczki Bauerów na zachód, na Śląsk, i osiedlenia się w Ząbkowicach Śląskich.

    Karol Feliks Bauer był wnukiem organisty. W swoich wspomnieniach pisze: W Nadwórnej na ulicy Delatyńskiej mieściła się pensja pani Stanisławy Łodzińskiej, przygotowująca dziewczęta do przyszłej roli żon i matek.

    Moja mama, córka organisty, u pani Łodzińskiej pobierała nauki i tam poznała mego ojca, który "pracował w nafcie", gdzie dyrektorem był Leonard Łodziński - mąż właścicielki pensji. Ojciec pracował w brygadzie budującej nowe kopalnie. Obsługiwał silniki spalinowe służące do napędu świdrów wiercących otwory do pokładów roponośnych.

    Rodzice Karola Feliksa Bauera pobrali się w Nadwórnej w 1932 roku, a on przyszedł na świat dwa lata później w Osławach Białych pod Nadwórną, bo właśnie w tej okolicy brygada jego ojca budowała kolejny szyb. Młodzi małżonkowie z dzieckiem mieszkali na stancji u Hucułów Wasyłeny i Petra Wanżurów.

    Opowiadała mi mama - wspomina Bauer - że do pierwszej kąpieli Wasyłena wrzuciła ołówek, skrawek zadrukowanej kartki z zeszytu, święty obrazek, a to wszystko dlatego, żebym wyrósł na mądrego i wierzącego.

    W jednej z dwóch izb chaty zajmowanej przez gospodarzy, gdzie na półkach były gliniane talerze, wylegiwał się wąż (prawdopodobnie zaskroniec), który po zakończonym ze wspólnej miski posiłku zjadał resztki pożywienia, ale przede wszystkim żywił się myszami i innymi gryzoniami oraz insektami, których tam nie brakowało.

    Menu Wanżurów to mamałyga (potrawa z gotowanej na gęsto mąki kukurydzianej, zwana też kuleszą) okraszona skwarkami stopionej słoniny, a częściej bryndzą lub dodatkiem mleka. Do tego placki z mąki kukurydzianej i żytniej zwane korszami i barabole (ziemniaki) z ogórkami lub grzybami, w jesieni kiszonymi w beczce szczelnie zamkniętej i zanurzanej w stawie na kilka tygodni. Mięso było rzadkością, podobnie jak jajka - tylko na święta.

    Opowieści Hucułów

    Opowiadał Petro Wanżur, że kiedyś na targu w Delatynie złodziej ukradł mu kożuch. Postanowił więc zgłosić ten fakt na policji.

    Udał się na komisariat i tam spisujący protokół posterunkowy zadał mu serię pytań: Jaką miał długość ten kożuch? - Do samej ziemi! A kołnierz? - Powyżej głowy. A rękawy? - Dłuższe od rąk. Każdą odpowiedź na pytanie policjant kwitował komentarzem: Oj, będzie mu, będzie. Zaintrygowany tym ciągłym powtarzaniem "oj, będzie mu, będzie" Petro Wanżur postanowił w końcu spytać policjanta: Co mu będzie? Jak to co - odpowiedział policjant. - Będzie mu ciepło.

    W czasie okupacji niemieckiej - wspomina Karol Feliks Bauer - kilkakrotnie odwiedzali nas Wanżurowie w Nadwórnej. Petro, w przewieszonym przez ramię worku, przynosił jajka, śmietanę, mleko.

    Worek ten, zwany besachy, miał otwór wejściowy zaszyty, a na środku posiadał podłużne przecięcie do załadunku. W części przedniej przenoszone były towary wymagające delikatności w transporcie, dla przykładu jajka w sieczce, a w części tylnej worka, spoczywającej na plecach, Petro umieszczał blaszane bańki ze śmietaną i mlekiem.

    Czasami obładowany był dwoma workami w odróżnieniu od Wasyłeny, która miała zawsze tylko jedną przewieszoną przez ramię na pasku płóciennym torbę, zwaną tajstrą, a w niej masło, ser, bryndzę, a przede wszystkim pisanki i na jeden kolor malowane jajka, zwane chałunkami, w okresie przed świętami wielkanocnymi. Swoje towary wymieniali na naftę, tytoń. Nie musieli nam pomagać, a jednak…

    Wraz z nasilającymi się przypadkami morderstw dokonywanych przez banderowców nie tylko na rodzinach polskich, ale i na Ukraińcach pomagających Polakom, ustały kontakty z Petrem i Wasyłeną, jak i rodziną polsko-ukraińską Rozpłotyńskich, zamieszkałych w Staruni, z Hucułem Jacejko, który z ojcem wymieniał bryndzę i masło na tytoń do swej nieodłącznej fajeczki.

    Oto jeszcze jedna opowieść z Huculszczyzny, a konkretnie z okolic Nadwórnej i Delatyna, którą ocalił od zapomnienia Karol Feliks Bauer. Pamiętam - wspomina - że robotnicy wracający z odbytej szychty z pól naftowych, szczególnie w nocnej porze, zawsze w okresie zimowym nieśli zapalone pochodnie - pakuły zamoczone w ropie, gdyż inaczej grasujące wilki - łączące się w watahy na przełomie stycznia i lutego - stanowiły ogromne niebezpieczeństwo.

    Zdarzało się, że ich ofiarami byli ludzie. W okresie letnim spotkać można było niedźwiedzia, szczególnie w zagajniku malinowym, przez środek którego prowadziła ścieżka.

    Opowiadały Hucułki, że jeden z niedźwiedzi był tak zaprzyjaźniony i łagodny w obyciu, iż dopuszczał do uczty przy jednym krzaku malinowym zbieraczy jagód i grzybów. Nie atakował ich, a tylko dobrotliwie pomrukiwał.

    Z dalszych opowieści wynikało, że był to niedźwiedź, którego znaleźli miejscowi chłopcy - chorego, wycieńczonego, z zaciągniętym wnykiem, z żelazem w łapie, że odważyli się to żelazo (z pewnością element potrzasku) usunąć. Rana się wygoiła, a misio zaprzyjaźnił się z ludźmi. Chyba już za nieprawdopodobną należy przyjąć dalszą część opowieści, według której niedźwiedź ten towarzyszył później górnikom w drodze do i z kopalni jako ochrona przed wilkami.

    Radość wyzwolenia i dramat wygnania

    Była niedziela, koniec lipca 1944 roku - czytamy we wspomnieniach Karola Feliksa Bauera. - Zgromadzona ludność Nadwórnej na mszy zaskoczona została wejściem do kościoła pocztu sztandarowego w asyście żołnierzy wojska polskiego w rogatywkach nie widzianych od pięciu lat.

    Podobną scenę znamy z filmu Bohdana Poręby "Hubal". Trudno opisać, jakie zrobiło to wrażenie na uczestnikach mszy. Płacz i radość zgromadzonych w kościele, śpiew "Boże coś Polskę" (…) a przed kościołem dwa samochody ciężarowe wojskowe produkcji amerykańskiej i terenowy willys, przy którym zaczęła ustawiać się kolejka młodych chłopców chętnych do wstąpienia do formującej się II Armii Wojska Polskiego (wśród nich Zbigniew i Bronisław, moi kuzyni).

    W poniedziałek ruszyła z placu kościelnego na stację kolejową kolumna młodych ludzi ze sztandarem i żołnierzami w rogatywkach, a na sztandarze orzeł w koronie i Matka Boska, ze śpiewem piosenek wojskowych - legionowych, tych antysowieckich, upamiętniających rok 1920.

    Wraz z wychodzącymi z miasta młodymi ludźmi nie powrócili żołnierze polscy i tylko do wieczora panował nastrój świąteczny, bo już w nocy do Nadwórnej weszły oddziały rosyjskie i od wtorku rozpoczął się dalszy ciąg okupacji - tym razem sowieckiej.

    W dalszej części tych wspomnień czytamy: Radosny dzień 8 maja 1945 roku - zakończenia wojny - już dwa miesiące później zamienił się w tragedię konieczności wyboru: albo podpisać obywatelstwo sowieckie, albo wyjechać w nieznane, na zawsze, pozostawiając dom, groby, ukochane twarze, krajobrazy, miejsca beztroskich dla mnie zabaw.

    Wieczorem 10 lipca 1945 roku pociąg, składający się z węglarek dwuosiowych, załadowany dobytkiem ludzi skierowanych na poniewierkę, przez nikogo nie żegnany, z peronu obstawionego żołnierzami z bagnetami na karabinach ruszył na zachód i pomimo że już nam wszystko kazano pozostawić, nie odebrano głosu i cały transport podchwycił słowa pieśni: "Boże, coś Polskę", później "Rotę" i "Jeszcze Polska nie zginęła".

    I śpiewaliśmy tak aż do Stanisławowa, a później już w ciszy i rozpaczy przez Lwów, Rawę Ruską, Przemyśl, Kraków i kres drogi pierwszego etapu - dworzec osobowy w Bytomiu, gdzie ludzi z dobytkiem wyładowano, a węglarki skierowano po węgiel, z którym miały wrócić na wschód, ale już bez nas.

    Już wówczas znany był tzw. ruch wahadłowy. Jaki dobytek towarzyszył nam do Bytomia? Przede wszystkim zdjęcia i pamiątki, w tym ryngraf z Matką Boską na tle Orła Białego, szkatułka i wisząca mała szafka wysadzana koralikami - dzieło artystów huculskich.

    Ponieważ w węglarce musiały znaleźć miejsce cztery rodziny, stąd na ćwierć powierzchni wagonu dwuosiowego pomieściły się bambetel (rozsuwana na noc do spania ława), stół, skrzynia, dwa kufry, worek kartofli, trochę mąki, cukru, gliniany garnek, a w nim 2 kilogramy masła stopionego, uzyskanego w zamian za meble dębowe sypialni, które ojciec sprzedał przed wyjazdem z Nadwórnej, bańka na wodę, kuchenka spirytusowa i nocnik.

    Mama była w szóstym miesiącu ciąży, a na dodatek tego nasza węglarka miała burty stalowe i nie można było przybić podpór do założenia prowizorycznego dachu.
    Podróż trwała kilka dni, przerywana postojami w szczerym polu lub w lesie.

    W czasie krótkiego przystanku padało hasło: panowie w prawo, panie w lewo. Przy postoju dłuższym można było coś ugotować na rozpalonych ogniskach. Postoje takie zaczęły się po przekroczeniu granicy w Rawie Ruskiej, a były nie do pomyślenia po tamtej stronie Bugu, gdzie szaleli banderowcy.

    Często przed oczami mam scenę - pociąg hamuje, wyglądam przez okno, jest już całkiem widno, dochodzi godzina ósma, czytam nazwę stacji - Nysa, a stąd już tylko czterdzieści kilometrów i koniec podróży. Pamiętam, w 1945 roku Nysa stanowiła kupę gruzów, co było o tyle zastanawiające, że południowe obszary Śląska Opolskiego nie były terenem walk wiosną 1945 roku, kiedy uderzenie szło na Berlin.

    Dzisiejsza Nysa po odbudowie z ruin ma inną architekturę. Zapamiętałem opowieść, że wszystko było następstwem krwawego incydentu. Rosjanie zdobyli Nysę dość łatwo i postanowili urządzić tam defiladę zwycięzców.

    A były to pierwsze dni maja. W czasie trwania defilady w stronę trybuny padł pojedynczy strzał karabinowy i zabił generała. Kto strzelał? Miasto i jego mieszkańcy drogo zapłacili za jego śmierć. Nysa zrównana została z ziemią, a wiadomo już wówczas było, że będzie w granicach Polski.

    Nienawiść walczących w okresie II wojny światowej przerosła wszystko.
    Pamiętam, jak pociąg mijał sztuczny zalew za Nysą w drodze do Ząbkowic Śląskich. Z siostrą Teresą, Marysią, Andrzejem, Wieśkiem zażywaliśmy kąpieli, dojeżdżając do stacji Otmuchów.

    Ci, którzy opuścili Nadwórną oraz mieszkańcy ze wsi o nazwie Święty Józef w powiecie kołomyjskim, z proboszczem ks. Tadeuszem Bysiem, osiedlili się częściowo w Olbrachcicach i tam spoczywają na cmentarzu bracia i siostry mojej mamy oraz moi dziadkowie Józef i Karolina.

    Kolejny cmentarz, który przytulił nadwórnian, jest w dawnym poniemieckim Frankensteinie, czyli obecnych Ząbkowicach Śląskich. W zwartej kwaterze kilkudziesięciu grobów dawnych mieszkańców Nadwórnej jest też grób moich rodziców. Na płycie zdjęcia mamy i taty… i ciągle te same twarze patrzą już od dziesiątków lat, nie starzeją się.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo