Moje Kresy. Zaleszczyki - miasto słońca cz. 2

    Moje Kresy. Zaleszczyki - miasto słońca cz. 2

    Stanisław Nicieja

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Ratusz w Zaleszczykach.

    Ratusz w Zaleszczykach. ©archiwum prywatne

    Każdy Polak wie, co się stało 17 września 1939 r. Wtedy to Zaleszczyki trafiły na karty historii Polski i Europy jako miejsce, gdzie tysiące bezbronnych ludzi w przerażeniu i rozpaczy, próbując ratować swe życie, tłoczyło się na słynnym moście granicznym z Rumunią.
    Ratusz w Zaleszczykach.

    Ratusz w Zaleszczykach. ©archiwum prywatne

    Dla Zaleszczyk, pięknego polskiego kurortu, był to czas prawdziwej apokalipsy: ludzie bezpowrotnie tracili swe mienie, wielu - życie i ojczyznę, a miasto - swój niezwykły przedwojenny urok i elegancję.

    I wojna światowa

    Pierwszy straszliwy cios otrzymały Zaleszczyki już w czasie I wojny światowej. Pech chciał, że wtedy front wojny na wschodzie między Rosją a Austrią rozciągał się na linii Dniestru, a szczególnie ostre boje toczyły się w okolicach Zaleszczyk. Walec wojenny przetaczał się przez te ziemie, obracając w perzynę wszystko, co stanęło mu na drodze. Raz sukcesy mieli Rosjanie, to znów Austriacy.

    Front szedł do przodu i znów się cofał. Jedną okupację zastępowała druga, a każdy najeźdźca grabił i kaleczył ziemię rowami okopów i transzei. Wysadzał w powietrze mosty, niszczył drogi, tory kolejowe, dworce.

    Dysponujemy licznymi fotografiami spalonych w czasie I wojny światowej Zaleszczyk: zrujnowanego rynku ze sterczącymi kikutami kominów wypalonych domów, zerwanych przęseł mostu, setek trupów leżących na placach, ulicach i nabrzeżach Dniestru, pogrzebów i przemarszów wojskowych przez miasto.

    W czasie tych zmagań wojennych w Zaleszczykach przebywali wysocy dowódcy obu stron, znani generałowie tej okrutnej wojny, m.in. Karl Gustaw Mannerheim (1867-1951), Piotr Krasnow (1869-1947) i słynny Wasilij Czapajew (1887-1919).

    Ci dwaj ostatni byli wtedy oficerami armii carskiej i posiadali najwyższe odznaczenia wojskowe. Ale gdy wybuchła rewolucja bolszewicka i rozpadła się armia carska, stanęli naprzeciwko siebie. Krasnow stał się "białym" generałem, który chciał zdławić rewolucję i organizował Kozaków przeciwko rządom Lenina, a Czapajew odwrotnie: stał się gorliwym wyznawcą bolszewizmu. Jako ryzykancki, "czerwony watażka" stworzył legendę i osiągnął sławę jednego z najwybitniejszych dowódców bolszewickich.

    Kręcono o nim filmy. Jego imieniem nazywano w ZSRR szkoły i ulice. Krasnow po przegranej wojnie z bolszewikami osiadł na emigracji we Francji, ale w czasie II wojny światowej przyłączył się do hitlerowców, aby pokonać znienawidzonego Stalina. Spotkał go znów straszliwy zawód. Po wojnie alianci, Brytyjczycy, podstępnie wydali go razem z synami i wnukiem w ręce Stalina, a ten kazał go rozstrzelać w 1947 r. Oto los żołnierzy w okrutnych czasach.

    Czapajew po latach sławy, po upadku ZSRR trafił do lamusa historii i niewielu dzisiaj zna już jego nazwisko. W Zaleszczykach był też amerykański korespondent wojenny, reporter John Reed (1887-1920). Po wojnie uzyskał wielką popularność w Związku Radzieckim dzięki probolszewickiej książce "Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem", w której zachwycał się rewolucją październikową 1917 roku.

    Wynagrodzono mu to później, bo jest jedynym Amerykaninem, który spoczywa pod murem Kremla. Ale zapomniano równocześnie, że John Reed napisał wcześniej błyskotliwą książkę reporterską wydaną w Ameryce pt. "Wojna w Europie Wschodniej", której akcja dzieje się częściowo na ziemiach polskich. Jest tam rozdział "Zaleszczyki w szachu", ukazujący okropności tej wojny oraz tragizm zwykłych ludzi rzuconych przez los na ziemię pociętą transzejami, ginących od eksplozji pocisków, bomb i serii z karabinów maszynowych. Są tam opisy wysadzenia w powietrze mostu w Zaleszczykach i grabieżczych praktyk wojsk okupacyjnych.

    Gdy po zakończeniu wojny Polska się odrodziła w 1918 r., Zaleszczyki jako miasto graniczne II RP szybko podniosło się z ruiny. Odbudowano tam domy, most i stało się znów modnym kurortem. Niestety, ta sielanka będzie trwała krótko, niespełna 20 lat.

    Szosa zaleszczycka

    Zaleszczyki wpisały się bardzo tragicznie w historię upadku II Rzeczypospolitej. To tędy bowiem we wrześniu 1939 r. ciągnęły w kierunku granicy rumuńskiej na most nad Dniestrem dziesiątki tysięcy uciekinierów, szukających ratunku przed unicestwieniem, które nieśli okupanci hitlerowscy i stalinowscy.

    Bez najmniejszej przesady na głównej drodze wiodącej ze Lwowa przez Tarnopol, Trembowlę, Czortków w kierunku granicy rumuńskiej, która była na mostach w Kutach i Zaleszczykach, rozgrywały się sceny dantejskie. Tłumy przestraszonych ludzi na furmankach, z tobołkami, plecakami, walizkami, a obok nich przemykały eleganckie limuzyny dygnitarzy państwowych, dyplomatów, artystów, kupców, biznesmenów. Nie brakowało też przepełnionych do granic możliwości autobusów z omdlewającymi w ścisku pasażerami. Tu i ówdzie przez tłum przedzierali się rowerzyści i motocykliści.

    Każdy, z możliwym do wzięcia dobytkiem, jechał w kierunku granicy, czym tylko mógł. Im bliżej Zaleszczyk, tym częściej przy rowach i na poboczach mnożyły się porzucone ze względu na brak paliwa limuzyny i inne pojazdy mechaniczne.

    Stacje benzynowe były właściwie nieczynne, a paliwo zarekwirowało wojsko. Nad głowami uciekinierów bezkarnie (bo nie było polskiej obrony przeciwlotniczej) szarżowali lotnicy Luftwaffe, bombardując bezlitośnie oszołomionych sytuacją nieszczęśników.

    Im bliżej Zaleszczyk, tym było coraz gorzej. Lwowski "Dziennik Polski" 19 września 1939 r. wytłuszczoną czcionką tytułował artykuł: "Eskadry bombowców niemieckich nad Zaleszczykami". Czytamy tam: "Z Bukaresztu donoszą, że w dniu wczorajszym były zbombardowane Zaleszczyki przez kilka eskadr niemieckich.

    Bombowce niemieckie rzuciły na miasto i okolice przepełnione tysiącami ewakuowanych przeszło sto bomb. Szkody są bardzo znaczne. Jest wielu zabitych i rannych wśród ludności cywilnej. Prasa rumuńska z wielkim oburzeniem pisze o bombardowaniu Zaleszczyk, stwierdzając, że uzdrowisko to jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia strategicznego i nie posiada żadnych obiektów wojskowych".

    Rumuńskie służby graniczne były zdezorientowane, czy przepuszczać ludzi bez odpowiednich dokumentów, czy też zamknąć szlabany graniczne. Dodatkową panikę spowodowała rano 17 września 1939 r. wiadomość, że sowieckie czołgi i piechota ruszyły na Zaleszczyki od wschodu. W samych Zaleszczykach skupiło się około 100 lotników polskich czekających na zakupione w Anglii samoloty marki Battle, które transportowane drogą morską przez Morze Czarne nie zdążyły jednak dotrzeć do Polski. Lotnicy polscy przejdą Dniestr i będą później walczyć na tych samolotach w eskadrach RAF-u w bitwie o Anglię.

    Po wojnie szosa zaleszczycka była wykorzystywana w propagandzie antysanacyjnej jako synonim tchórzostwa i zdrady narodowej. Przekonywano, a nawet wmawiano opinii publicznej, że tędy uciekał prezydent państwa Ignacy Mościcki, wódz naczelny Edward Rydz-Śmigły i generalicja. Emil Zegadłowicz w 1940 r. napisał dramat o rozpadającej się Polsce i bezmyślnych, pyszałkowatych politykach, pod wiele mówiącym tytułem "Domek z kart", sfilmowany później przez Erwina Axera, w którym ośmieszał ekipę rządową, w tym premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego rzekomo uciekającego tamtędy w kierunku granicy rumuńskiej.

    Nie była to prawda, bo rząd polski, wódz naczelny i prezydent przekroczyli granicę kilkadziesiąt kilometrów dalej - w Kutach, na Czeremoszu. Szosą zaleszczycką ewakuowali się głównie dyplomaci i oddziały wojskowe, w tym lotnicy. Tam przekroczył granicę prymas Polski kardynał August Hlond i nuncjusz papieski Filip Kortezi.

    Hitlerowska rozgłośnia we Wrocławiu miała tam informatorów, bo w serwisach prasowych tej stacji podawano nawet nazwiska ambasadorów, którzy przejeżdżali przez most na Dniestrze w Zaleszczykach. Ambasador Stanów Zjednoczonych Anthony Biddle w swoim diariuszu zapisał: Rano radio Wrocław w audycji polskiej doniosło o przybyciu korpusu dyplomatycznego do Zaleszczyk. Wszystko wiedzą o trasie naszej ewakuacji. Oto kolejny dowód skuteczności wywiadu niemieckiego". Niewątpliwie byli tam szpiedzy niemieccy i działała V kolumna.

    Miasto przeżyło kilka bardzo ciężkich bombardowań. Spadały bomby rozpryskowe i zapalające. Zniszczono wiele pensjonatów i całą zabytkową pierzeję na rynku. Widząc tragedię upadku państwa, w jednej z willi w Zaleszczykach 17 września popełnił samobójstwo legionista kpt. Tadeusz Dąbrowski (1895-1939), artysta malarz.

    W tym czasie przybył do Zaleszczyk Melchior Wańkowicz, znajdujący się na czarnej liście gestapo jako autor demaskatorskiej książki reporterskiej "Na tropach Smętka" o niszczeniu przez Niemców polskości na Warmii i Mazurach. W znanym reportażu "Na tułaczce" Wańkowicz pisze o swoim przejściu na stronę rumuńską pod osłoną nocy 24 września z grupą młodych chłopców przebijających się do Francji do tworzącej się tam armii polskiej.

    W relacji Wańkowicza tak wyglądała agonia polskiego uzdrowiska: "Zaleszczyki grają wszystkimi barwami lata, chociaż to już 21 wrzesień i są ostatnim kęsem polskiej ziemi, którą mam pożegnać. Na ulicach nie ma już eleganckiej publiczności. Wszędzie tłumy szarej biedoty i sowieccy żołnierze otoczeni tłumem chciwie pytających.

    I każdy agituje całą gębą. (...) Piękne czarnobrewe dziewczęta ukraińskie w swoich wzorzystych kostiumach, mołojcy w wyszywanych koszulach. Wszystko roześmiane. Tylko Polacy przygnębieni, ukryci w swych przykrytych całunem rudziejącej jesiennej zieleni domkach, przed którymi często stały porzucone z powodu braku benzyny eleganckie Fiaty i Mercedesy letników". Ci, którzy nie uciekną na drugą stronę Dniestru do Rumunii, zostaną wyłapani przez Sowietów jako "burżuje" i wywiezieni na wschód, najczęściej na Sybir.

    Morderstwo na moście

    Nikt nie jest w stanie policzyć, ile dramatów rozegrało się na moście zaleszczyckim we wrześniu 1939 r. W każdym razie dziesiątki tysięcy Polaków żegnało się tam na zawsze ze swoją ojczyzną. Jak choćby poeta, satyryk, autor wielu przedwojennych szlagierów muzycznych Marian Hemar.

    Jego biografowie nie wiedzą dokładnie, gdzie przekroczył granicę - w Kutach czy w Zaleszczykach, bo w swoim dzienniku podaje, że nim to zrobił, był w Śniatynie. A Śniatyn jest na rozdrożu. Można tam wybrać drogę albo na Kuty, albo na Zaleszczyki.

    Którą z dróg wybrał Hemar, nie sposób dziś ustalić. Wiemy natomiast, że nim to zrobił, zerwał z drzewa liść, który później, zasuszony i oprawiony w szklaną ramkę, na uchodźstwie w Londynie stanowił dlań "najdroższą pamiątkę". A w jednym z przejmujących wierszy tak napisał o swoim przejściu na stronę rumuńską w towarzystwie przyjaciela, poety Kazimierza Wierzyńskiego:

    Wciąż przede mną graniczny most w mroku majaczy
    Koło mnie w samochodzie poeta Wierzyński
    Z twarzą w dłoniach. Wciąż jeszcze nie wiem co to znaczy

    Wciąż próbuję rozwikłać tamtą tajemnicę
    Co ciemnością ściga i po nocach budzi
    Co to znaczy: z ojczyzny uciec za granicę

    Ale gdyby wówczas Hemar nie przejechał tego mostu, mógłby zginąć w getcie albo w jakiejś ulicznej egzekucji. Dzięki ucieczce przeżył wojnę i napisał wiele pięknych wierszy, owianych nostalgią za Lwowem.

    Największy niewątpliwie dramat na moście zaleszczyckim rozegrał się między 5 a 7 lipca 1941 r. Było to po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej. Wówczas uciekający przed hitlerowcami enkawudziści opróżniali przepełnione Polakami i Ukraińcami więzienia. Aresztowanych rozstrzeliwano na miejscu w piwnicach lub na dziedzińcach więzień bądź wywożono zaplombowanymi wagonami w głąb Rosji. W pierwszych dniach lipca 1941 r. do Zaleszczyk przybył transport, w którym były dwa, a może i trzy wagony więźniów z Kołomyi i Czortkowa. Kolejarze wspominali, że z wagonów słychać było głosy polskie, m.in. kobiety krzyczącej: "Jesteśmy z Czortkowa, trzy dni bez wody". Głos ten umilkł, gdy enkawudzista serią z karabinu maszynowego pociągnął po tym wagonie.

    Istnieją dwie wersje opisu sytuacji, która zdarzyła się wówczas na moście zaleszczyckim. Jedna twierdzi, że na zaminowany już wówczas przez Sowietów most lokomotywa pchnęła dwa wagony z więźniami, które potoczyły się w dół i gdy znalazły się na środkowych przęsłach, most z wagonami po eksplozji runął w wody Dniestru, grzebiąc nieszczęśników pod żelastwem w nurtach rzeki.

    Druga wersja głosi, że most już był wówczas zerwany, mimo to enkawudzista wydał polecenie maszyniście parowozu, aby ten przeczepił lokomotywę na tył składu i zepchnął wagony z więźniami na zerwany most. Nikt tej katastrofy nie przeżył. Udało się później jedynie zidentyfikować zwłoki m.in. Pawło Kutyka, przewodniczącego Masłosojuzu w Zaleszczykach.

    Większości ciał zabitych nigdy nie wyłowiono z rzeki. Tylko niektórych pochowano anonimowo na miejscowym cmentarzu. Oto jeszcze jeden, dotychczas nieznany w Polsce, dramat mostu w Zaleszczykach. Świadkowie, którzy złożyli na ten temat relacje, twierdzili, że na wagonach były napisy w języku polskim. Ale na pewno wśród więźniów było też wielu Ukraińców.

    W Związku Radzieckim długo obowiązywała wersja, że to Niemcy wysadzili most z więźniami w roku 1944, kiedy wycofywali się na zachód. Było to kłamstwo, które miało przesłonić tamtą, z 1941 roku, tragedię. Obecnie w tym miejscu stoi przy moście postawiony przez Ukraińców krzyż pamiątkowy.

    Cmentarz w Zaleszczykach

    Mimo kilku godzin poszukiwań nie natrafiłem na cmentarzu w Zaleszczykach na grób ofiar tragedii z lipca 1941 r. Cmentarz leży przy jednej z głównych ulic prowadzących do centrum miasta i zachowało się tam do dzisiaj wiele pomników z inskrypcjami w języku polskim i niemieckim.

    Tuż przy bramie wejściowej znajduje się chyba jeden z najwartościowszych pomników tego cmentarza - starej, wielopokoleniowej rodziny aptekarzy zaleszczyckich Zerygiewiczów. Mieli oni w centrum miasta, w rynku, w pobliżu kościoła polskiego bardzo okazały budynek apteki, który stoi tam do dziś i wyróżnia się na tle okolicznej szarzyzny kilkoma medalionami umieszczonymi na elewacji, przedstawiającymi głowy mitycznych postaci związanych ze zdrowiem - bogini Hygei i Eskulapa.

    Na cmentarzu spoczywa aptekarz Jakub Negrusz, zmarły w 1891 r. w wieku 77 lat, założyciel pierwszej zaleszczyckiej apteki, która przeszła później w ręce Grzegorza Zerygiewicza (1825-1902) i jego żony, Marii z Teodorowiczów (1839-1925).

    Obok nich spoczywa Kazimierz Zerygiewicz (1865-1907) i Wiktor Zerygiewicz (1865-1926). Apteka Zerygiewiczów nie tylko sprzedawała leki, ale też je wytwarzała. Można je było nabyć w specjalnych, firmowanych nazwiskiem właścicieli opakowaniach. Jedna z buteleczek z etykietką Zerygiewiczów, wypełniona jodyną, jakimś cudem przetrwała zawieruchę wojenną i czasy wędrówek ludów i jest dziś z pietyzmem przechowywana w domu urodzonego w Zaleszczykach Stanisława Grabowieckiego, mieszkającego w Dębskiej Kuźni pod Opolem. Według jej właściciela trafi kiedyś do muzeum farmacji w Krakowie.

    Na cmentarzu zaleszczyckim zachowały się jeszcze groby m.in. powstańców z 1863 r. - Mariana Ostoi-Ładuńskiego (1843-1913) i Ludwika Leliwy-Ostrowskiego (1840-1906). Obok znajduje się grób ks. Kasperskiego zamordowanego w 1944 r. przez banderowców. Są tu również groby znanej zaleszczyckiej rodziny Juzwów, która po wojnie osiadła w Gliwicach; Grzesiowskich, Stokłosów, Morawieckich. Zachował się też grób znanego zaleszczyckiego adwokata dra Maksymiliana Brodackiego (1826-1882) oraz dyrektora szpitala w Zaleszczykach dra Jana Sołowskiego (1854-1919).

    Piękny artystyczny pomnik w kształcie bramy zwieńczonej kartuszem herbowym trzymanym przez anioła, z niemiecką inskrypcją, stoi na grobie nie znanej nam bliżej Marii Jering (1781-1826).

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (23)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (23) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo