Ołówek Pana Boga

Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda
Krótko przed śmiercią Matka Teresa przekazała kierowanie zgromadzeniemsiostrze Nirmali.
Krótko przed śmiercią Matka Teresa przekazała kierowanie zgromadzeniemsiostrze Nirmali.
Udostępnij:
Zakonnica posługująca najuboższym zostanie wyniesiona na ołtarze po wyjątkowo krótkim procesie beatyfikacyjnym. O jej świętości nikt nie wątpi.

Z rozmowy z Matką Teresą z Kalkuty pamiętam najbardziej jej oczy. Kiedy weszła do pokoju, zdziwiłam się, że jest tak niska i drobna. Kiedy się uśmiechnęła, jej twarz poorana zmarszczkami, była twarzą starej kobiety, w której błyszczały oczy dziecka. Była w nich radość i zaufanie - opowiada Danuta Olszta, opolanka, która przed 10 laty pracowała przez kilka tygodni w umieralni założonej przez Matkę Teresę w części dawnej świątyni bogini Kali w Kalkucie.
Budynek umieralni podarowały zakonnicy przed laty władze Kalkuty. Przeciw darowiźnie wystąpili kapłani hinduscy. Posłano więc policjanta z nakazem eksmisji. Gdy zobaczył, jak Matka Teresa opatruje rany, w których roiło się od robactwa, wyrzucił dokument i powiedział donosicielom: "Wyrzucę tę kobietę, jeśli tu przyjdą wasze żony i córki i będą robić to, co ona".
W umieralni ludzi przyniesionych z ulicy wnosi się najpierw do dużego pomieszczenia w środku budynku. Tu są myci i badani przez lekarza. Rzadko kto cierpi na jedną tylko chorobę. Wszyscy są wychudzeni, niedożywieni, zarobaczeni. Dla każdego musi się znaleźć miejsce.
Umierającymi opiekują się siostry
nowicjuszki i wolontariusze. Chorych w różnym stanie wycieńczenia jest w kalkuckiej umieralni zwykle około stu. Wolontariuszy obojga płci - tylu, ilu w danym dniu przyjdzie. Czasem kilkunastu, czasem troje lub czworo.
- Siostry misjonarki miłości nikogo nie pytają, czy jest katolikiem, ani nawet czy wierzy w Boga. Liczy się tylko to, czy jest gotów pomagać - mówi Danuta Olszta.
Wolontariusze myją i karmią chorych, przebierają ich posłania, piorą odzież. Oczywiście na tarce, mydłem - jak nasze prababcie, bo o pralkach nikt tam nie słyszał. A czasem nie trzeba robić nic. Wystarczy usiąść przy umierającym, potrzymać go za rękę, posłuchać. Nawet jeśli się go nie rozumie.
Najtroskliwiej trzeba się opiekować tymi, których posłania w umieralni leżą wprost na ziemi. To najbardziej schorowani. Ci, którzy nie potrafią się już sami poruszać, jeść, a czasem i mówić. Wyżej na podestach leżą osoby w trochę lepszym stanie, których nie trzeba karmić, i potrafią się sami poruszać.
Każdego dnia stan kilku osób na tyle się poprawia, że można je przenieść do szpitala, oczywiście prowadzonego przez misjonarki miłości lub do domu. Codziennie też parę osób umiera, a na ich miejsce natychmiast przywozi się nowe.
"Jesteśmy kroplą w wielkim oceanie nędzy - mówiła do swych sióstr Matka Teresa. - Ale gdyby tej kropli zabrakło, to nędza byłaby jeszcze większa".
Chodząc wieczorem
po ulicach Kalkuty, trzeba uważać, by nie nadepnąć na śpiących bezdomnych. Ale w dzień widok umierającego przy drodze jest rzadkością. Bogaci mieszkańcy Kalkuty już wiedzą, że o kimś takim trzeba powiadomić siostry miłosierdzia.
Matka Teresa z Kalkuty urodziła się 27 sierpnia 1910 r. w Skopie jako Agnes Ganxhe Bojaxhiu w rodzinie albańskiej. Wrażliwość na potrzeby biednych wyniosła z domu. Ojciec mówił nieraz: "Moje dzieci, nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi". Matka lubiła i umiała się modlić.
Agnieszka wyjechała
z domu
w 1928 r., by wstąpić do zgromadzenia sióstr loretanek. Nie zobaczyła się już nigdy z matką i siostrą, które zamieszkały w Tiranie, oddzielonej od wolnego świata przez komunistyczny reżim. Pojechała do Irlandii, gdzie uczyła się m.in. języka angielskiego, który do dziś jest językiem komunikacji w Zgromadzeniu Misjonarek Miłości. 6 stycznia 1929 r. przybyła do Kalkuty. Tam pracowała jako nauczycielka geografii i historii w szkole sióstr loretanek w bogatej dzielnicy. Po pewnym czasie zachorowała na gruźlicę, została więc przez władze klasztorne wysłana do miejscowości Darjeeling u podnóża Himalajów. W pociągu jadącym do Darjeeling przeżyła coś, co nazwała potem powołaniem w powołaniu. Usłyszała wewnętrzny głos, który kazał jej, by, naśladując Jezusa, zamieszkała razem z nędzarzami na ulicach Kalkuty. W lipcu 1948 roku dostała pozwolenie na opuszczenie zakonu na rok.
"Samiuteńka, jak palec goły, stanęłam za murem klasztornym. Bez pieniędzy, bez mieszkania, bez wykształcenia pielęgniarskiego, bez planów, ale z poczuciem pewności, że Bóg mnie woła, więc i nie opuści" - wspominała.
Kupiła na bazarze trzy białe sari z niebieskimi paskami. Takie, jakie w Kalkucie noszą najbiedniejsze kobiety. Tak wyposażona pojechała na kurs pielęgniarski. Po kilku tygodniach wróciła do Kalkuty. Wynajęła ruderę za pięć rupii (cena dwóch bananów) miesięcznie. Stąd chodziła do dzielnicy slumsów - Motijhil. Założyła tam szkołę dla biedoty, w której tablicą było błoto, po którym Teresa pisała patykiem. Nie tylko uczyła. Myła dzieci, odwiedzała chorych. Była sama. Po latach opowiadała, jak trudno było jej przełamać opór przed udzieleniem pomocy pierwszemu umierającemu na ulicy - był chory, wychudzony, brudny, cuchnący, w jego skórze gnieździły się muchy.
Po pół roku
do Matki Teresy
dołączyły jej dawne uczennice. A pod koniec lat 40. zaczęła pisać konstytucję Zgromadzenia Misjonarek Miłości: "Osoby wstępujące do niniejszego instytutu postanawiają poświęcić się niestrudzonemu wyszukiwaniu w miastach i wioskach nawet w najnędzniejszych okolicach najuboższych, opuszczonych chorych, kalekich, umierających wytrwałej trosce o nich i nauczaniu wiary chrześcijańskiej - czytamy w niej.
Szczególnie kładła nacisk na to, by siostry pomagały najbiedniejszym z radością.
- To było zdumiewające, że chociaż pracowałam w umieralni, to jednak naprawdę panowała tam atmosfera radości - wspomina Danuta. - Siostry i nowicjuszki dzielą się z umierającymi miłością Bożą i dosłownie czuje się ją w powietrzu.
Żeby nikt nie zapomniał, dla kogo pracuje, we wszystkich domach sióstr miłosierdzia obok krzyża wiesza się na ścianie napis "Pragnę". Ma on przypominać, że to sam Pan Bóg wymaga od sióstr i wolontariuszy miłości. Misjonarki Miłosierdzia mają dla siebie tylko dwa bawełniane sari, dwie zmiany bielizny, parę sandałów, krzyżyk przypinany na lewym ramieniu, różaniec, modlitewnik, parasol niezbędny w kraju gdzie padają monsunowe deszcze, metalowe wiadro do prania i cienki siennik. Matka nalegała, by siostry żyły w nie lepszych warunkach niż ubodzy. W ich domach, nawet w zachodniej Europie, nie ma pralek, dywanów i innych zdobyczy cywilizacji czy luksusu.
W 1953 r. Matka Teresa złożyła wraz z grupą sióstr śluby wieczyste. Przez dziesięć lat siostry działały tylko w diecezji kalkuckiej. Dziś pracują na całym świecie. Są jednym z najbardziej dynamicznych zgromadzeń zakonnych. Żeńska gałąź tego zgromadzenia liczy 4,5 tys. sióstr w 130 krajach, natomiast mniej znana gałąź męska - 500 zakonników w 20 państwach. Siostry wszędzie służą najbardziej potrzebującym. W Nowym Jorku prowadzą hospicjum dla chorych na AIDS, w Bengalu Zachodnim - dom dla kobiet zmuszonych do prostytucji, w Warszawie opiekują się alkoholikami, w Londynie - bezdomnymi.
Biografowie Matki Teresy notują, że kiedyś zimą została zaproszona do Nowego Jorku, gdzie w jednym z luksusowych hoteli miała przemówić do ponad tysiąca gości. Poprosiła kierowcę, by zajechał od tyłu hotelu. Przed kuchnią bezdomni gnieździli się w kartonowych pudłach. W ostatnim dogorywał biedak skulony w pozycji embrionalnej. Matka Teresa zabrała go do auta i zawiozła do przytułku misjonarek miłości. Przemówienia nie było.
W 1979 roku świat
docenił ją
Nagrodą Nobla. "Nie jestem godna tej nagrody, ale przyjmuję ją jako uznanie ludzkiej godności w najbiedniejszych. Nie odwracajcie się plecami do nędznych, bo odwracacie się wtedy od Chrystusa" - mówiła, odbierając nagrodę.
Po uroczystości została zaproszona na uroczysty obiad. "Nie mogę sobie pozwolić na taki luksus, gdy wielu ludzi cierpi głód i umiera" - odparła. Poskutkowało. Pieniądze, które miały być wydane na bankiet, wręczono jej jako ofiarę na ubogich.
Sama nie przeceniała swej roli. Mówiła o sobie, że jest ołówkiem Pana Boga, którym Bóg opisuje swoją szczególną miłość do ludzi. Jednemu z brytyjskich dziennikarzy, który przyjechał do Kalkuty napisać o niej reportaż, powiedziała: - Proszę pana, razem możemy zrobić coś pięknego dla Boga. Przekonała nie tylko jego. Dziś z misjonarkami miłości współpracuje ponad 3 mln ludzi na całym świecie.
W marcu 1997, schorowana zrezygnowała, z kierowania zgromadzeniem. Nową przełożoną została 63-letnia Mary Nirmala. Hinduska, która w wieku 24 lat przeszła na katolicyzm i wstąpiła do misjonarek miłości. Współsiostry mówią o niej, że ma równie delikatny głos, co mocny charakter.
Matka Teresa zmarła 5 września 1997 r. Jej ciało przetransportowano w ambulansie z napisem "Matka" do kalkuckiego kościoła św. Tomasza. Tydzień później przewieziono je przez miasto na armatniej lawecie, na której dotychczas składano ciała bohaterów indyjskich. W mszy żałobnej na stadionie uczestniczyło kilkadziesiąt osobistości z całego świata i setki tysięcy zwykłych ludzi.
Stolica Apostolska
postanowiła
- w przypadku Matki Teresy - po raz pierwszy odstąpić od dotychczas stosowanych zasad podejmowania procesu beatyfikacyjnego nie wcześniej niż 5 lat po śmierci. Rozpoczął się on już w roku 1999. W grudniu ubiegłego roku orzeczono cud za przyczyną Matki Teresy i papież wypowiedział się oficjalnie o heroizmie jej cnót. Nic już nie stoi na przeszkodzie, by wynieść ją na ołtarze.
Danuta Olszta nie ma wątpliwości, że Matka Teresa jest osobą świętą: - Uczestniczyłam w Domu Generalnym w Kalkucie w adoracji Najświętszego Sakramentu. Odbywa się ona codziennie wieczorem w kaplicy, której jedynym wystrojem są krzyż i ołtarz. Zakonnice i nowicjuszki (było ich wtedy 300) klęczą wprost na ziemi. Matka Teresa - z braku księdza na miejscu - wyjmowała z tabernakulum Najświętszy Sakrament. Miało się wrażenie, że świat wokół niej na tę chwilę przestał istnieć. Liczył się tylko Pan Jezus. To nie było udawane. Ta kobieta żyje tak samo, jak się modli. Dlatego właśnie jest świętą.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
""""""""Danuta Olszta nie ma wątpliwości, że Matka Teresa jest osobą świętą: - Uczestniczyłam w Domu Generalnym w Kalkucie w adoracji Najświętszego Sakramentu. Odbywa się ona codziennie wieczorem w kaplicy, której jedynym wystrojem są krzyż i ołtarz. Zakonnice i nowicjuszki (było ich wtedy 300) klęczą wprost na ziemi. Matka Teresa - z braku księdza na miejscu - wyjmowała z tabernakulum Najświętszy Sakrament. Miało się wrażenie, że świat wokół niej na tę chwilę przestał istnieć. Liczył się tylko Pan Jezus. To nie było udawane. Ta kobieta żyje tak samo, jak się modli. Dlatego właśnie jest świętą.""""""""

Jakże łatwo przy pomocy słów, wynosić ponad poziomy zwyczajne banały.
Więcej informacji na stronie głównej Nowa Trybuna Opolska
Dodaj ogłoszenie