Pański dwór

    fot. Paweł Stauffer

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    - Wokół pałacu ludzie wszystko wykradli, a najwięcej złomiarze - mówi Mateusz Barwiński, który całe dzieciństwo spędził w dawnej posiadłości hrabiów

    - Wokół pałacu ludzie wszystko wykradli, a najwięcej złomiarze - mówi Mateusz Barwiński, który całe dzieciństwo spędził w dawnej posiadłości hrabiów. ©fot. Paweł Stauffer

    Pałac w Wilemowicach nie jest cudem architektury, ale ma swoją historię. Są w niej hrabiowie, płacz niemowlęcia i duch czasów komuny.
    - Wokół pałacu ludzie wszystko wykradli, a najwięcej złomiarze - mówi Mateusz Barwiński, który całe dzieciństwo spędził w dawnej posiadłości hrabiów

    - Wokół pałacu ludzie wszystko wykradli, a najwięcej złomiarze - mówi Mateusz Barwiński, który całe dzieciństwo spędził w dawnej posiadłości hrabiów. ©fot. Paweł Stauffer

    Schottländer, wiadomo, że Żyd. A jak Żyd - to oczywiste - że ze smykałką do handlu. Zaczynał ponoć od "bauchladen" - sklepu na brzuchu. Dziś nazywano by go akwizytorem, miałby wstęp zamknięty do wielu instytucji, w których sprzedaż obnośna jest wzbroniona. Jednak wtedy, przed pierwszą wielką wojną, Żyda witano w wioskach z uśmiechem. Dzięki niemu kobiety miały dostęp do galenterii - tasiemek, igieł, nici.
    Interes szedł ponoć nieźle, bo Schottländer zaczął wozić swój towar wózkiem, wreszcie całkiem przestał chodzić piechotą, zajeżdżał z pompą do wsi na wozie zaprzężonym w konia.

    Interes szedł bardzo dobrze, Schottländer kupił we wsi Wilemowice pomiędzy Nysą a Grodkowem pański dworek, należący wcześniej do arystokratycznego rodu Schaffgotschów. Nabył go razem z parkiem, ziemią wokół i kawałkiem historii. Awansował społecznie z akwizytora na posiadacza ziemskiego. Ochrzcił dwóch swoich synów. Jeden z nich miał ponoć narzeczoną aż w Austrii. Jeździł do niej. A potem wybuchła wojna. Chłopak od Schottländera już z niej nie wrócił. Dla drugiego, jak i dla całej rodziny, jej parobków i sąsiadów - Niemców w polskich Wilemowicach już miejsca nie było.

    Zostali tylko Kawanowie, rodzina Karola Kawana, którego Żyd zatrudniał w charakterze buchaltera. Mieszkali w domu obok pałacu, tam, gdzie teraz żyje rodzina Barwińskich. Na ziemi Barwińskich znajduje się grobowiec i mogiła z krzyżem. Po człowieku, który tam leży, został napis: "Es ist vollbracht, Vater, in deine Hände empfehle ich meinen Geist" - "Dokonało się, Ojcze, w twoje ręce polecam mojego ducha". I nazwisko: J. Spielvogel.

    Czy był spokrewniony z właścicielami Wilemowic? Kim był? Jak żył? Kogo kochał? Kto po nim płakał? Nie wiadomo.
    Prawie cała wiedza o życiu w dawnych Wilemowicach wyjechała po drugiej wojnie światowej na Zachód, razem z miejscowymi Niemcami. Do ich pustych już chałup sprowadzili się nowi mieszkańcy - przesiedleńcy z Kresów, a wśród nich Nestor Sienkiewicz, nauczyciel, który pozbierał strzępy informacji o przeszłości wsi.

    Tragedia w kamieniołomach
    Wilemowice nazywano różnie: Wylemowyczy, Wilmsdorf, Wilhelmsdorf, Schützendorf. Po drugiej wojnie, na krótko - Strzelce. W końcu, i chyba ostatecznie - Wilemowice. Powiat nyski.
    35 milionów lat temu powstały wilemowickie bazalty - to pierwsza, niedokładna data dotycząca wsi. Kamieniołomy zostały zamknięte tak dawno, że zdążyły je porosnąć wysokie drzewa. Jest w wilemowickich lasach takie miejsce - przesmyk pomiędzy bazaltowymi skałami, prowadzący na polanę piękną jak z reklamowego folderu. Miejscowi dobrze tę polanę znają - dzieci od dziesiątków lat wybierają się tam na wycieczki szkolne.

    Kolejna data to wiek XIII - wtedy, według notatek świętej pamięci Nestora Sienkiewicza, miała powstać osada.
    1406 - taką datę odnalazła w dokumentach Cecylia Kubicka, sekretarz gminy Kamiennik, do której obecnie Wilemowice są przynależne. Wioska w wiekach średnich była domeną biskupstwa wrocławskiego, a potem królewską.
    1618-1648 - podczas wojny trzydziestoletniej wieś została zniszczona, a ludność wybita, ale osada stopniowo się odradzała.

    1811 - założono szkołę, w której 150 lat później miał uczyć Nestor Sienkiewicz.
    Lata 40. XIX wieku - posiadłość kupił i pałac wybudował niejaki Józef Müller, a potem przejęła je któraś z gałęzi rodziny Schaffgotschów. W roku 1876 zdarzyła się tragedia. Państwo wracali podobno powozem z libacji w Wigancicach - sąsiednim majątku. W kamieniołomach, na ostrym zakręcie, przy zalanym wodą wyrobisku, coś się stało - może konie poniosły albo urwało się koło. Do stawu wpadło ponoć wszystko - bryczka, koń i piątka ludzi.
    W 1891 roku Schaffgotschowie założyli park przy pałacu. A potem nastały czasy Żyda Schottländera.
    Po wojnie w pałacu zamieszkali na 15 lat Przyślakowie, rodzice Czesławy Barwińskiej. Tata doglądał zamku. Jego córka spacerowała sobie po pańskich komnatach. Na białą damę nigdy nie wpadła, chociaż - jak w każdej posiadłości - dama ponoć i tu rezyduje. Ludzie mówili też o zamordowanym niemowlęciu. Słyszano podobno jego rozdzierający płacz. Dochodził z łazienki w wieżyczce...

    Ukradli co się dało
    Teren prywatny, wstęp wzbroniony - ta informacja oraz brama zamknięta na kłódkę mają obronić pałac przed intruzami. Park, a właściwie te trzydzieści procent, które z niego zostały, zasypany jest grubą warstwą śniegu. Byłam tam już kiedyś. W maju jest zielono. Można wypatrzeć egzotyczne gatunki drzew - resztki parkowej świetności.

    - Kiedyś tu wszystko należało do majątku - mówi Grzegorz Barwiński. - Nie tylko nasz dom, ale też domy Przyślaków, Łozińskich.
    - Kiedyś w Wilemowicach było więcej udogodnień niż dzisiaj - dodaje Roman, ojciec Grzegorza, i wymienia: - Stodoła olbrzymia, chyba wspólna na całą wieś. Kościół drewniany, młyn, szkoła, piekarnia, rzeźnia, gorzelnia.
    - I magiel - przypomina Czesława, mama Grzegorza. - Pamiętam go. Stał na strychu w pałacu. W latach 60. i 70. organizowano tu kolonie dla dzieci z Opola. Moja mama pomagała maglować pościel. Potem ktoś ten magiel zabrał. Nie mam pojęcia, kiedy i w jaki sposób wyniesiono go ze strychu, bo przecież był bardzo ciężki.

    - Tu wszystko wykradli - twierdzi Mateusz, gimnazjalista, najmłodsze dziecko Barwińskich, który razem z innymi wilemowickimi kolegami spędził całe dzieciństwo w posiadłości hrabiów. - Nawet grobowiec wyczyścili. Czaszka jednego z panów wszędzie się potem walała. A w ostatnich latach najwięcej wzięli złomiarze.
    Na złom poszły m.in. fragmenty ogrodzenia, ale wcześniej, przez dziesiątki lat komuny, ogołacano pałac z piękniejszych dóbr: mebli, obrazów, kaflowych pieców, sztukaterii. Zniknęły białe marmury z łazienki i piękna wanna, które ze swojego dzieciństwa pamięta Roman Sienkiewicz, syn Nestora.

    Potem nastały czasy kolonistów, jadalnię dzieciakom zorganizowano w hrabiowskiej sali balowej - hallu olbrzymim, z kominkiem i widokiem na staw. Staw ktoś kiedyś zabetonował, żeby było ładniej i funkcjonalniej. Wreszcie pałac przejął Zakład Opieki Zdrowotnej z pobliskich Ziębic. Komnaty poprzedzielano ściankami działowymi. Plany były takie, żeby otworzyć tu dom starców. Po planach ostały się jeno niedokończone działówki. W latach 90. pałac wrócił do gminy Kamiennik, a ta odsprzedała go prywatnemu właścicielowi.

    Ludzie z fantazją
    Dzisiaj nie żyją już babcia Kawanowa, nauczyciel Sienkiewicz i małżeństwo Przyślaków. Weronika, wdowa po Nestorze, która wiosną, 10 lat temu pokazywała mi notatki męża, to dzisiaj pani po dziewięćdziesiątce. Barwińscy założyli rodzinną firmę - produkują sztukaterię i obrazki z gipsu. Stanisław Gerber, który mnie kiedyś oprowadzał po wilemowickich kamieniołomach, przestał być sołtysem, a zamek ma kolejnych, prywatnych właścicieli.
    Ci właściciele to dwóch szwagrów, w tym jeden artysta malarz, Leszek Żegalski, na co dzień mieszkający w Belgii, latem rezydujący w Wilemowicach.
    - Fantazję ma - mówią ludzie. - Bo tylko człowiekowi z fantazją chciałoby się coś takiego remontować.

    Ponoć właściciel zastanawia się nad polem golfowym i stadniną koni (któryś z dawnych panów miał stado psów). A już na pewno pięknie byłoby w Wilemowicach organizować plenery malarskie. Sztuce przypuszczalnie przyklasnęłaby biała dama - eteryczna i - dosłownie - uduchowiona. Pomysł na pole golfowe, czyli biznes, spodobałby się zapewne staremu Schottländerowi. Od wojny nikt nigdy we wsi nie widział żadnego z jego potomków.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo