Porodów nie odbieram, tylko je przyjmuję

Magdalena Żołądź
Magdalena Żołądź
Ewa Janiuk: - Kiedyś mnie ruszało, gdy mówili o mnie "nawiedzona". Dziś traktuję to jako komplement (na zdjęciu z wnukiem Leonem).
Ewa Janiuk: - Kiedyś mnie ruszało, gdy mówili o mnie "nawiedzona". Dziś traktuję to jako komplement (na zdjęciu z wnukiem Leonem). KSW
Udostępnij:
Laureatka tegorocznej Diamentowej Spinki nto, najważniejsza położna w kraju, społeczniczka, bizneswoman. Jej nazwisko to już w Polsce marka. Ewa Janiuk.

Jak zwykle zabiegana. Od kilku miesięcy jeszcze bardziej niż zwykle, choć wydawało się, że to już niemożliwe. Jedną nogą w Opolu, gdzie prowadzi „Zdrową rodzinę”, ciąże swoich podopiecznych, angażuje się w działalność społeczną, ma rodzinę i dom; drugą w Warszawie, gdzie jest najważniejszą położną w kraju. Wiceszefową Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Trochę mniej szczęśliwą niż w Opolu, bo kostium, szpilki i oficjałki nie są dla niej naturalnym środowiskiem. Ale pojechała tam z misją, która - jak niemal wszystko, czego się dotknie - musi zakończyć się sukcesem. Zamierza zrobić, co w jej mocy, by nie doszło do ograniczenia praw i samodzielności położnych w Polsce, co jest równoznaczne z ich zawodową śmiercią.

Akurat przez chwilę jest w Opolu, umawiamy się na spotkanie. Prosi o jeszcze trochę cierpliwości, bo kończy rozmowę na temat kolejnego projektu - Linii Życia, specjalnego połączenia telefonicznego, na które będą mogli zadzwonić rodzice, którzy nie chcą już nimi być. Taka alternatywa dla okien życia, które są dla porzucanych niemowlaczków, ale na przykład dwulatka już się tam nie włoży. A takie dzieci też przestają być chciane i trzeba zrobić wszystko, by zminimalizować ryzyko, że rodzic pozbędzie się go w najokrutniejszy sposób.

Wreszcie siada przy stole. Widzę poszczuplałą buzię i zmęczone oczy.

To efekt Warszawy? Nie żałuje pani tej decyzji?

Mam bardzo silną motywację. Warszawa to tylko epizod w moim życiu. To tam zapadają decyzje, a jest dużo planowanych zmian, które są związane z samodzielnością zawodową położnych. To sprawy bliskie memu sercu, bo gdyby nie ta samodzielność, nie byłabym tu, gdzie jestem. W dużym skrócie - są plany powrotu do pakietu „lekarz, pielęgniarka, położna”. I ciężarna taki pakiet do prowadzenia ciąży ma dostać narzucony, bez możliwości wyboru specjalistów. To tak, jakbyśmy szli do warzywniaka po warzywa do zupy, ale mogli tylko wybrać gotowy zestaw, chociaż pietruszkę wolelibyśmy wymienić, bo jest zepsuta. Efekt będzie taki, że na indywidualne prowadzenie ciąży przez położną będą mogły sobie pozwolić tylko kobiety, które będzie na to stać, a dostęp do dobrej opieki medycznej będą miały mieszkanki miast, bo opieka prenatalna ma zostać przeniesiona do dużych ośrodków medycznych. Położna kilkadziesiąt kilometrów na wieś już nie pojedzie. Moje dziewczyny w „Zdrowej rodzinie” wolą, jak chodzę w dżinsach. Gdy widzą mnie w szpilkach i kostiumie, mówią „oho, nie jest dobrze”. To taka moja zbroja na czas walki.

Często ostatnio chodzi pani w szpilkach?

Musiałam kupić kilka nowych par.

Nawiedzona. Tak niektórzy mówią o pani, mając na myśli domowe porody, stawianie ciężarnej na piedestale. To obraza czy komplement?

Kiedyś mnie to ruszało, dziś traktuję jak komplement. Bo kto tak o mnie mówi i dlaczego? To osoby, które nie miały ze mną kontaktu. Gdyby miały, przekonałabym ich argumentami. Jestem ścisłowcem, problemy rozwiązuję jak zadania matematyczne.

Nawiedzona rozwinęła skrzydła po jednym telefonie przed 17 laty.

Do opolskiej Izby Pielęgniarek i Położnych zadzwoniła kobieta - Emilia, która postanowiła, że chce urodzić w domu, jest zdeterminowana i pytała, czy znajdzie położną, która jej w tym pomoże. W słuchawce zapadła cisza. Po dłuższej chwili Emilia usłyszała „ w zasadzie jest tu taka jedna nawiedzona”. Tak powitałam na świecie „swoje” pierwsze domowe dziecko. Jedno z wielu.

Ciężko w to uwierzyć, ale pani - dziś promotorka porodów domowych i jedna z nielicznych w Polsce, które je przyjmują, kiedyś była ich wielkim przeciwnikiem.

- Z porodami domowymi spotkałam się pierwszy raz lata temu, gdy usłyszałam, że w ten sposób rodzili znajomi mojego męża. Byłam zbulwersowana i uważałam, że trzeba coś zrobić, by nie narażali kolejnych dzieci. Gościliśmy ich u siebie kilka miesięcy później. Im więcej szukałam argumentów przeciw, tym bardziej się okazywało, że są one za. Byłam zdeterminowana, by ich nawrócić, ale gdy zaczęłam słuchać, co mówią, podziękowałam Bogu, że dał ludziom dwoje uszu i oczu, a tylko jedne usta.

I wtedy nastąpiła ta przemiana?

Przewrót myślowy nastąpił jeszcze w 1992 roku. Leżałam wtedy w szpitalu. Bite pół roku plackiem na niewygodnym wąskim łóżku z zagrożoną ciążą. Obok mnie kobiety zmieniały się jak w kalejdoskopie, przychodziły, wychodziły, a ja słuchałam, co mówią, jak chciałyby być traktowane, co im się nie podoba. To pół roku przewartościowało moje pojęcie o położnictwie. Zaciskałam pięści, uczyłam się pokory i licytowałam z Panem Bogiem: pozwól mi donosić ciążę i urodzić zdrową córeczkę, a ja zrobię wszystko, by kobietom rodziło się lepiej. Udało się. Od tego momentu staram się dotrzymywać obietnicy, a porody domowe są jedną z form jej realizacji.

Gdy na porodówkę trafiają ciężarne, które wyszły spod pani skrzydeł, niejedna słyszy, że „jest od Janiukowej”. Czyli taka, która jest wyedukowana, zna swoje prawa, wie, jak chce rodzić. A to nie zawsze jest mile widziane w szpitalach.

No i co ja mam pani powiedzieć… Za każdym razem trwam w wielkim napięciu. Bo wiem, że uświadamiając moje ciężarne mam rację, ale zderzenie z rzeczywistością panującą w polskich szpitalach bywa brutalne. Często jestem takim buforem, zbieram cięgi ze strony środowiska medycznego za swoje „rewolucje”, które przecież powinny być normą, a z drugiej strony obrywa mi się od ciężarnych za środowisko medyczne, za to, że nieraz są traktowane nie tak, jak by chciały. Odkąd w 2011 roku wprowadzono standard opieki okołoporodowej i tak mam nieporównywalnie łatwiej, bo mam się do czego odwołać i ja, i rodzące. To już jest prawo, którego można nie lubić, można kręcić nosem, ale trzeba przestrzegać.

Gdy przed laty trafiłam do pani w pierwszej ciąży, też mi się na dzień dobry dostało. Nieświadoma niczego spytałam, czy będzie pani odbierać mój poród…

-... a ja porodów nie odbieram, tylko je przyjmuję! (śmiech). Dziś już złagodniałam. Ale wciąż tłumaczę dziewczynom, że to kwestia tego, kto podczas porodu jest pierwszy, że to nie położna jest gwiazdą, ale w roli głównej jest rodząca. Dobra położna musi być przezroczysta. Ma słuchać kobiety, wspierać ją, a nie narzucać swoją wolę.

Ile dzieci powitała pani na świecie?

Nie umiem ich policzyć. Próbowałam kiedyś usiąść z kartką i spisać przynajmniej te domowe, ale utknęłam w połowie. Na pewno w sumie są ich tysiące, a każda ciąża to inna historia.

Czasem bardzo trudna. Tak jest na przykład, gdy towarzyszy pani kobiecie, która wie, że urodzi śmiertelnie chore dziecko.

Ten aniołek to Kubuś (Ewa Janiuk pokazuje na glinianą figurkę stojącą na szafce) i pierwsze moje towarzyszenie kobiecie w bardzo trudnej ciąży. Przyjechała do Polski z zagranicy, gdy w 16.-17. tygodniu lekarze wykryli zespół wad rozwojowych. Partner tego nie wytrzymał i odszedł, lekarze naciskali, by usunęła ciążę, a ona nie mogła sobie z tym poradzić ze względów światopoglądowych. Potrzebowała, by ktoś jej po prostu towarzyszył. Zorganizowała się nieformalna grupa wsparcia: psycholog, genetyk, ja, ale także ksiądz. Byłam gotowa w każdej chwili, gdyby zdecydowała się na zakończenie ciąży. Kubuś jednak urodził się w terminie. Żył miesiąc i odszedł bardzo kochany. Mama wyszła z tego trudnego doświadczenia zbudowana, że podjęła dobrą decyzję.

Czy to Kubuś i jego mama byli impulsem do stworzenia w Opolu hospicjum prenatalnego?

To była zupełnie niezależna decyzja. Hospicjum prenatalne powstało w naturalny sposób przy hospicjum dziecięcym, z którym współpracuję. Okazało się, że było bardzo potrzebne.

Takie towarzyszenie kobiecie, która wie, że za chwilę pożegna własne dziecko, musi być dramatycznym przeżyciem.

To bardzo ciężkie doświadczenie. Wracam potem do domu, ściągam buty, wkładam kapcie, ale nie da się wyłączyć myśli. Ciągle nosi się te dramaty z tyłu głowy. Musiałam się nauczyć, co robić w sytuacji, gdy rozładowuje się mój wewnętrzny akumulator. Musiałam to przepracować. Moją ładowarką jest rodzina, która daje mi niebywałą siłę i wspiera w każdej decyzji.

Tych decyzji jest wiele. Ciągle nowe wyzwania, zadania, pomysły, akcje i życie w biegu. A gdzie miejsce na marzenia?

Obecnie mam jedno - przetrwać w samodzielności. Żeby położne mogły robić to, co robią, bez udowadniania ludziom na górze rzeczy podstawowych i w spokoju pracować. Resztą zajmiemy się same.

Ewa Janiuk

Pochodzi ze Strzelec Opolskich. Jest położną i z zawodu, i z powołania. Założycielka niepublicznego ośrodka zdrowia „Zdrowa rodzina” w Opolu, współautorka akcji „Po prostu położna”. Działa społecznie na rzecz Diecezjalnej Fundacji Ochrony Życia, Domu Matki i Dziecka, hospicjum dla dzieci i hospicjum prenatalnego, które współtworzyła. Od 30 lat żona Adama Janiuka, oficera prasowego komendanta Państwowej Straży Pożarnej w Opolu, szczęśliwa mama i babcia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie