Kasia Kaczyńska: Muszę żyć. Mam dla kogo!

    Kasia Kaczyńska: Muszę żyć. Mam dla kogo!

    Ewa Kosowska-Korniak

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    - Nikola to mój najlepszy plaster przeciwbólowy - mówi Kasia. - Martwię się jednak, że im dłużej trwa moje leczenie, tym ona gorzej to znosi.

    - Nikola to mój najlepszy plaster przeciwbólowy - mówi Kasia. - Martwię się jednak, że im dłużej trwa moje leczenie, tym ona gorzej to znosi.

    To, co chore, trzeba wyciąć. Dobić chemią i już tego nie ma. I do przodu.
    - Nikola to mój najlepszy plaster przeciwbólowy - mówi Kasia. - Martwię się jednak, że im dłużej trwa moje leczenie, tym ona gorzej to znosi.

    - Nikola to mój najlepszy plaster przeciwbólowy - mówi Kasia. - Martwię się jednak, że im dłużej trwa moje leczenie, tym ona gorzej to znosi.

    - Chcę normalnie żyć - podkreśla Kasia. Na swoich ostatnich urodzinach próbowała tańczyć z Marcinem.

    - Chcę normalnie żyć - podkreśla Kasia. Na swoich ostatnich urodzinach próbowała tańczyć z Marcinem.

    Najpierw dała sobie odciąć nogę. Lewą, w połowie uda. - Tak naprawdę to ja wyjścia nie miałam. Najdziwniejsze było to uczucie ulgi, że noga przestała boleć. Z jednej strony rozpacz, bo nie masz nogi, a z drugiej ta ulga…

    Potem kawałek lewego płuca. Trzynaście malutkich guzków, na szczęście skoncentrowanych blisko siebie. Piętnastego stycznia czeka ją operacja na prawym płucu. Tam też są guzki. Dziesięć.

    - Tej wersji się trzymam - mówi z uśmiechem 26-letnia Katarzyna Kaczyńska z Opola, gładząc łysą głowę ("peruki wyglądają bardzo nienaturalnie"). - W lewym też miało być dziesięć, okazało się trzynaście. Niech wycinają, co mają wyciąć, byle wyleczyli.
    Kasię poznałam dzięki pracownikom hospicjum domowego "Samarytanin". Pod ich opieką ta niezwykła młoda kobieta jest od ponad półtora roku, czyli odkąd dowiedziała się, jak ciężka jest jej choroba. Mięśniak kościopochodny, wyjątkowo złośliwy. Rzadko spotykany w Polsce (statystycznie 2-3 zachorowania na sto tysięcy mieszkańców, na ogół dotyka ludzi w młodym wieku).

    - "Gorszego k…stwa już nie ma!", powiedziała mi wprost lekarka. Powiedziała, że amputacja nogi jest niezbędna, żeby nie została ani jedna chora komórka. Dała telefon do hospicjum, powiedziała, że będę potrzebować opieki - wspomina mieszkanka Opola.
    We wrześniu 2008 roku Kasia była już po operacji.

    - Byłam w szoku, gdy przychodziłam do niej na zastrzyk albo zmianę opatrunku, a Kasia, skacząc na jednej nodze, kończyła gotować obiad dla córki - opowiada Benita Wysoka, pielęgniarka z hospicjum. - Z maseczką na twarzy, bo po chemioterapii była wrażliwa na zapachy, na tej jednej nodze, potrafiła obskoczyć całe mieszkanie. Rozpierała ją energia.

    Pięć operacji w dwa lata
    Dziś Kasia jest już po 13. cyklu chemioterapii, leczy się w Centrum Onkologii w Warszawie. Ta ostatnia chemia była wyjątkowo pechowa, ba Kasia się nią zatruła, a przy okazji załapała przeziębienie. Trzynaście cykli toksycznej chemii wtłaczanej w żyły w ciągu niespełna półtora roku. Jeszcze kilka miesięcy temu Kasia ważyła 33 kilo. Przez kilka miesięcy non stop wymiotowała, nie była w stanie niczego przełknąć, żyła dzięki kroplówkom i transfuzjom krwi. W najbliższym czasie czekają ją jeszcze dwa cykle chemii i dwie operacje. W marcu powinno być po wszystkim.

    - Mam za sobą już pięć operacji i zabiegów: biopsja, przeszczep kości, kolejna biopsja, amputacja nogi, wycięcie dolnego płata płuca - wylicza Kasia, opowiadając o ostatnich dwóch latach swojego życia. - A zaczynało się tak niewinnie, po prostu bolała mnie noga. Najgorsze jest to, że przez pół roku lekarze z Gliwic mnie diagnozowali i nie wiedzieli, co mi jest, a rak się rozwijał w najlepsze. Mimo zastosowania radykalnego leczenia i tak pojawił się przerzut w płucach. Ale i z nim sobie poradzimy.

    - Nie mam pacjenta, który przeszedłby tyle co ona, zachowując tyle wiary, siły i optymizmu - podkreśla Marian Kania, lekarz, który w ramach opieki hospicyjnej odwiedza Kasię przynajmniej raz w tygodniu. Nie kryje tego, jak bardzo się z nią zżył.

    "Chodź tu Kasiu, przekażę ci moje dobre fluidy" - mówi jak do córki na koniec każdej wizyty, głaszcząc ją po głowie. - Psychika jest w leczeniu nowotworu wyjątkowo ważna, a Kasia jest niezwykle silna i to dobrze rokuje. Tej dziewczynie naprawdę trzeba pomóc.
    "Rozwój stosowanych w leczeniu chemicznym metod doprowadził do sytuacji, w której nawet stwierdzenie przerzutów do płuc nie przesądza o rokowaniu i daje możliwość całkowitego wyleczenia!" - przeczytała Kasia o swojej chorobie na stronie www.onkolgy.pl. To dodaje jej sił.
    Wielkie srebrne koła w uszach, czapka z daszkiem i zawadiacko wystawiony język. Każdy, kto natknie się na zdjęcie Kasi na portalu Nasza Klasa, jest pod wrażeniem jej uroku i poczucia humoru.

    Wielkie srebrne koła w uszach, czapka z daszkiem i zawadiacko wystawiony język. Każdy, kto natknie się na zdjęcie Kasi na portalu Nasza Klasa, jest pod wrażeniem jej uroku i poczucia humoru.

    Na nogę uzbierali przyjaciele
    Mieszkanie w starym budownictwie, skromne, dosyć zagracone. Aż się prosi o remont. Kompletnie nieprzystosowane do potrzeb osoby niepełnosprawnej. Drzwi otwiera siedmioletnia Nikola, prowadzi do mamy. Kasia leży w łóżku.

    - Przepraszam, nie mogę wstać, bo jestem bez nogi - mówi na wstępie. - Noga pojechała do protetyka do naprawy - prostuje po chwili.
    "Noga" to prosta, najzwyklejsza proteza. Kosztowała ponad 12 tysięcy złotych i, niestety, nie spełnia już swych funkcji. Pieniądze uzbierali dla Kasi koledzy i koleżanki z Liceum Ekonomicznego w Opolu rok temu, podczas specjalnego kiermaszu. Proteza nie trzyma się uda, bo mięśnie nie trzymają się kości. Nie wiadomo, czy to dlatego, że coś poszło nie tak podczas operacji, czy też mięśnie zostały zerwane podczas bolesnego upadku miesiąc później.
    - Straciłam równowagę i walnęłam moim kikutkiem o ziemię - Kasia wzdryga się na wspomnienie tamtego upadku. - W marcu, jak skończę chemię, będę mieć operację, polegającą na przyczepieniu mięśni do kości.

    Nikola, lek na całe zło
    Kasia musiała szybko wydorośleć. Córkę urodziła, mając 19 lat. Dziewięć lat wcześniej straciła swoją mamę, która zmarła na stwardnienie rozsiane, a chorowała, odkąd Kasia sięgnie pamięcią. Wychował ją ojciec, schorowany 73-latek poruszający się o kulach. Dziś pomaga jej wychowywać Nikolę.
    - Nie mam innego wyjścia - stwierdza pan Krystian. - Pomogę, ile dam radę.
    Ilekroć w czasie naszej rozmowy Kasi zaczynają się szklić oczy, zaraz otwierają się drzwi i do pokoju wpada 7-letnia Nikola. Intuicja? Może szósty zmysł, a może zwyczajnie nasłuchuje pod drzwiami.

    - To mój mały szpieg - uśmiecha się Kasia, nie kryjąc, że stara się małą chronić przed trudnymi tematami i nie bombardować onkologicznymi szczegółami.
    - Sama nie wiem, ile ona wie o mojej chorobie, ile podsłuchała, i ile z tego zrozumiała. Moja przylepa i opiekunka. Najlepszy plaster przeciwbólowy - wzdycha. - Najgorsze jest to, że im dłużej trwa moje leczenie, tym ona gorzej to znosi.
    Nikola wie, że ma nie przeszkadzać dorosłym w rozmowie. Ma siedzieć w pokoju obok. Jednak przez cały czas zachowuje się tak, jak Pawlak w filmie "Nie ma mocnych", który raz naprawia skrzypiące drzwi, innym razem radio, byle tylko nie zostawić wnuczki sam na sam z mężczyzną. Ona pilnuje mamy.
    - Ja tylko po kredki, będę malować - usprawiedliwia kolejne swoje wejście, patrząc przenikliwie to na leżącą w łóżku mamę, to na paczkę chusteczek obok.

    Wcale się nie spieszy, pakując kredki. Za chwilę wraca po temperówkę. Potem kolej na teczkę z rysunkami. Teraz piórnik. Wreszcie przynosi gotową laurkę; setną w tym miesiącu.

    Wpada akurat w chwili, gdy rozmawiamy o jej ojcu.

    - To głupek, idiota, debil, sierota - wtrąca siedmiolatka, jakby recytowała wyliczankę. - Nawet nie mogę mu wysłać kartki, bo nie znam adresu. Za to raz na Naszej Klasie widziałam jego zdjęcie.
    Nikola jest rezolutna i wyjątkowo samodzielna, jak na swój wiek. Choroba mamy sprawiła, że wydoroślała. Jest owocem miłości, która trwała dwa lata, a skończyła się wraz z ciążą. Ojciec Nikoli widział małą tylko raz. W sumie to dwa razy, tyle, że za drugim razem udawał, że nie widzi. Nie pracuje, nie ma z czego płacić alimentów. Kasia dostaje na córkę 400 zł z funduszu świadczeń alimentacyjnych.
    Ciąża przerwała jej edukację, ale Kasia nie z tych, co się poddają. Poszła do liceum zaocznego, pewnie dziś miałaby już maturę, gdyby nie nagła choroba. Na szczęście przez kilka lat pracowała w sklepie, dzięki temu ma rentę.

    - Pół roku walczyłam z ZUS-em, pisałam odwołania, bo ja jestem taka, że lubię się grzebać w papierkach i umiem postawić na swoim. Zresztą nie mam wyjścia - podkreśla Kasia.
    Dostaje 760 złotych renty. Wystarczy, by przeżyć, kupić leki, opłacić czynsz. Odłożenie pieniędzy na cokolwiek nie wchodzi w grę.

    Aktualnie szukam męża
    Podczas naszego pierwszego spotkania Kasia nie wstaje z łóżka. Na przedramieniu ma przyklejony plaster przeciwbólowy ("co 3 dni nowy, najgorzej jak zapomnę zmienić, wtedy całą noc nie śpię"). Jest senna i bez siły. Obok łóżka wiaderko na wymiociny, efekt uboczny chemii ("jak mnie złapie, nie dokuśtykam do łazienki"). W ręce zmięta chusteczka. Stara się nie płakać, ale czasem trudno tak bez emocji. Blada, lekko napuchnięta twarz, na której widać przejścia ostatnich tygodni i te niezwykłe błyszczące brązowe oczy, które wyrażają wszystko: radość życia, optymizm, wielką siłę i wielką miłość do córki.

    Jak można jej pomóc? Ona nie potrzebuje doraźnej pomocy, wyręczania w codziennych obowiązkach. Ona chce być w pełni samodzielna. To wtedy rodzi się pomysł, by zainicjować zbiórkę pieniędzy na nową protezę. Włączają się wszyscy: lekarze z hospicjum, telewizja, nto. Podczas kolejnego spotkania, gdy plan wkracza w fazę realizacji, Kasia wręcz fruwa na kulach po całym mieszkaniu. Nie wypuszczając ich z ręki, wyjmuje kubek z kredensu, przytrzymuje go brodą. Pół sekundy później na blacie pojawia się kawa i mleko. Trudno za nią nadążyć.
    - Chcę żyć normalnie, tak jak moje koleżanki. Wierzę, że tak będzie - podkreśla Kasia i żeby nie być gołosłowną pokazuje zdjęcia z ostatnich urodzin, na których w objęciach swojego najlepszego przyjaciela Marcina próbuje przyjąć taneczną pozę. Spod dżinsów przebija sztywny kikut protezy, zgięte pod kątem prostym sztuczne kolano.

    Oryginalna uroda, wielkie srebrne koła w uszach, czapka z daszkiem i zawadiacko wystawiony język. Każdy, kto natknie się na zdjęcie Kasi Kaczyńskiej na portalu Nasza Klasa, jest pod wrażeniem jej uroku osobistego i poczucia humoru. "Gilu, gilu po łysej główce", "prawie jak robot, w końcu prawie nim jestem" tak podpisuje swoje zdjęcia. A w rubryce "czym się aktualnie zajmuję" napisała... "szukam męża". I dołączyła buźkę.
    - Kasia chciałaby móc się normalnie poruszać, tańczyć, jeździć na rowerze, chodzić na spacery z córką, robić te wszystkie rzeczy, które my robimy na co dzień, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wielkie mamy szczęście - mówi fizjoterapeutka Hanna Piekarska, konsultantka ds. protetyki firmy "SOL" z Korfantowa, z którą współpracuje Kasia.

    Z protezami jest tak jak z samochodami. Można jeździć maluchem i można mercedesem. Jedno i drugie jeździ, ale komfort jazdy jest nieporównywalny. Model protezy, jaki wspólnie wybrali, jako optymalny dla Kasi i pozwalający jej na pełną samodzielność, to proteza mechaniczna z kolanem hydraulicznym. Jej koszt to kwota rzędu 70 tys. zł.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (26)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (26) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo