Sprzedani na Zachód

    Sprzedani na Zachód

    Fot. Paweł Stauffer

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Pani Weronika z Dziewkowic chce odzyskać dom po matce. Wójt Jelito, członek mniejszości niemeckiej, mówi, że to niemożliwe. Doskonale rozumie krzywdy

    Pani Weronika z Dziewkowic chce odzyskać dom po matce. Wójt Jelito, członek mniejszości niemeckiej, mówi, że to niemożliwe. Doskonale rozumie krzywdy Ślązaków, ale jako urzędnik stoi na straży polskiego prawa. ©Fot. Paweł Stauffer

    Łapówki za paszporty, podstępne wyłudzanie domów, dorabianie śląskich tożsamości komunistycznym agentom - tak też wyglądała wielka akcja łączenia rodzin.
    Pani Weronika z Dziewkowic chce odzyskać dom po matce. Wójt Jelito, członek mniejszości niemeckiej, mówi, że to niemożliwe. Doskonale rozumie krzywdy

    Pani Weronika z Dziewkowic chce odzyskać dom po matce. Wójt Jelito, członek mniejszości niemeckiej, mówi, że to niemożliwe. Doskonale rozumie krzywdy Ślązaków, ale jako urzędnik stoi na straży polskiego prawa. ©Fot. Paweł Stauffer

    Exodus śląskich Niemców
    Wyjazdy Niemców z Polski i wschodnich prowincji Rzeszy, przyłączonych po wojnie do państwa polskiego, objęły ok. 4 miliony osób. Niemcy wyjeżdżali przymusowo (w ramach wysiedleń) i dobrowolnie (w ramach akcji łączenia rodzin).
    W tym:
    - Do 1947 roku, w ramach przymusowych wysiedleń Niemców, wyjechało ok. 3 miliony osób.
    - 1952-55 - z Polski wyjechało ok. 11,5 tysięcy Niemców, z czego zdecydowana większość (10,8 tysięcy) do NRD.
    - 1956-59 - wyjechało ok. 271 tysięcy osób (do RFN ok. 232 tys.).
    - 1960-70 - liczba podań o wyjazd przekroczyła 550 tysięcy, z czego tylko około 100 tysięcy zostało rozpatrzonych pozytywnie.
    - 1971-75 - wyemigrowało około 59 tysięcy osób (na 280 tysięcy podań).
    - 1976-79 - 120 tysięcy wyjazdów.
    - 1980-81 - 46 tysięcy.
    - 15 VIII 1983 - formalne zakończenie akcji łączenia rodzin. Emigracja trwała jednak nadal.
    - 1983-87 - 59 tysięcy wyjazdów
    - 1988 - 140 tysięcy.
    - 1989 - 250 tysięcy.
    Łącznie w latach 1950-89 wyjechało z Polski do Niemiec około 1,1 milionów osób.



    Wjej ramach z Polski do Niemiec wyjechało w ubiegłym wieku od lat 50. do 1989 roku łącznie ponad milion byłych obywateli Rzeszy. Nie otrzymywali paszportów, tylko dokumenty podróży. Wielu jechało ze świadomością, że do końca życia nie będą mogli wrócić. Dziś, kiedy mogą już wracać, coraz śmielej wspominają o krzywdach zaznanych od ówczesnych władz. Proszą tylko o anonimowość, na wszelki wypadek...

    Dać komu trzeba
    - To była sprawa znana na całą ulicę - opowiada B., mieszkający w peryferyjnej dzielnicy Opola. - Śląska rodzina wiele lat składała papiery na wyjazd do Niemiec i za każdym razem przychodziła odpowiedź odmowna. Po pomoc poszli do znanego w Opolu małżeństwa prawniczego, które chwaliło się dojściami w Służbie Bezpieczeństwa. Prawnicy zgodzili się załatwić paszport za kilka tysięcy marek honorarium. Ale potem, niespodziewanie, kazali jeszcze tej rodzinie przepisać dom na ich córkę, wówczas młodą dziewczynę. Wszyscy sąsiedzi o tym wiedzieli, oburzali się, ale nic nie można było zrobić. Bo kto by się tam wtedy wychylał.
    Dziś sąsiedzi nie chcą o tamtej sprawie rozmawiać, mówią, że nie ma sensu rozdrapywać starych ran. Nie chcą też podać kontaktu do rodziny, która została wykorzystana przez opolskich prawników.
    - Wystarczy się rozejrzeć, ilu byłych milicjantów i esbeków mieszka dziś w domach po Ślązakach - powtarza publicznie poseł Henryk Kroll.
    Ale kiedy zapytać posła o konkrety, też woli milczeć.
    - Te rodziny sobie nie życzą, żeby mówić o tamtych czasach - twierdzi. - Powiem i w razie kłopotów wszystko będzie na mnie...

    Takie było prawo
    Docieramy do X., byłego wysokiego oficera opolskiej Służby Bezpieczeństwa, który mieszka na peryferiach dużego miasta na Opolszczyźnie w domu pozostawionym przez wyjeżdżających Ślązaków.
    - Otrzymałem go od Powiatowej Rady Narodowej w zamian za oddane mieszkanie w centrum Opola - zapewnia X. - Na takiej zasadzie domy po wyjeżdżających otrzymywali lekarze, nauczyciele, ważni urzędnicy, ale też przedszkola i przychodnie zdrowia. Nic zdrożnego, taki był wtedy mechanizm.
    X. przypomina, że obowiązek wyzbycia się nieruchomości był wtedy oficjalnym, jawnym prawem, w związku tym trudno dziś mówić o jakichkolwiek wymuszeniach czy podstępach.
    - Ci, którzy chcieli jechać do Niemiec, dostawali dokument podróży, bilet w jedną stronę - mówi X. - Wiedzieli też, że za mienie pozostawione w Polsce dostaną w RFN odszkodowanie. I dostawali. Dlatego teraz żądania zwrotów majątków powinny być bez szans.

    Dom oddała, nie wyjechała
    Weronika B. z Dziewkowic domaga się od gminy Jemielnica zwrotu rodzinnego domu, przepisanego w 1979 roku na Skarb Państwa przez jej matkę.
    - Mama zrobiła to wprawdzie świadomie, ale padliśmy ofiarą podstępu - argumentuje B. - Moja mama i ja z mężem wiele lat staraliśmy się o wyjazd do Niemiec, odpowiedzi były zawsze odmowne. W końcu naczelnik obiecał to załatwić, jak zrzekniemy się domu. Mama dostała zgodę na wyjazd, poszła do notariusza i przepisała dom. Naczelnik mówił, że zgoda dla mnie i męża dojdzie po kilku tygodniach, więc mama spakowała skrzynie i wyjechała.
    Odpowiedź nadeszła, tyle że odmowna. Władze komunistyczne nie tylko pozbawiły rodzinę B. ojcowizny, ale i rozłączyły ją na wiele lat.
    - Byłam uwięziona w Polsce, nie dali mi nawet zgody na wyjazd na ślub siostry - Weronika B. wzrusza się, kiedy wspomina tamte czasy.
    Ślązacy w ciemnych okularach
    Podczas kiedy dziesiątki tysięcy Ślązaków czekało na zgodę na wyjazd do Niemiec, w ramach akcji łączenia rodzin wyjeżdżali z Opolszczyzny "podrobieni Ślązacy", w rzeczywistości komunistyczni agenci.
    Tę sensacyjną informację przekazał nam jeden z wysokich oficerów opolskiej Służby Bezpieczeństwa z czasów PRL, pełniący przez wiele lat ważne funkcje w resorcie bezpieczeństwa i w PZPR.
    - Trudno, żeby wywiad nie wykorzystał tak wielkiego ruchu ludności - śmieje się C. - Do tysięcy Ślązaków, którzy ciągnęli na Zachód, dołączaliśmy przeszkolonych szpiegów, którzy z podrobionymi paszportami lądowali w RFN. Jedni wykonywali swoją robotę na miejscu, inni rozjeżdżali się po całym zachodnim świecie.
    Oficer X. potwierdza: - Bywało, ale to nie były jakieś masowe wyjazdy.

    Dlaczego nie?
    Ślązacy, którzy za ciężkiej komuny chcieli jechać do RFN, musieli mieć anielską cierpliwość. Rekordziści składali na milicji po 30 - 40 wniosków o paszport. I za każdym razem przychodziła odpowiedź, którą po pewnym czasie znali już na pamięć.
    "Zawiadamia się, że na podstawie artykułu 4. ustawa 2 punkt 5. ustawy o paszportach z dnia 17 czerwca 1959 roku (tutaj kolejne paragrafy) podanie obywatelki o wydanie dokumentu paszportowego na wyjazd stały do RFN zostało załatwione odmownie. Od powyższej decyzji przysługuje odwołanie...".
    - Nigdy nie wiedzieliśmy, dlaczego sąsiedzi dostali, a my nie - mówi mieszkanka jednej z podopolskich wiosek.
    Według oficera C., który w PRL pracował w komisji opiniującej podania, o odmowie wydania komuś paszportu decydowały dziesiątki powodów, jednym z nich było np. wykształcenie i praca ubiegających się o wyjazd.
    - Ważne było, czy ktoś był potrzebny dla gospodarki regionu - mówi C. - Był taki czas, że np. pracownicy Huty Małapanew z Ozimka masowo składali wnioski o wyjazd. Gdyby dać im wszystkim zgodę, huta przestałaby pracować. Podobnie było z pracownikami opolskich cementowni.
    Były pracownik wydziału paszportów opolskiej SB zapewnia, że decyzje komisji kwalifikacyjnej, która opiniowała wnioski w Opolu, były często utrącane w Warszawie.
    - Często na tysiąc wniosków tylko dziesięć wracało rozpatrzonych pozytywnie - mówi X. - Kierownik jednostki wojewódzkiej mógł co najwyżej interweniować u kogo trzeba w Warszawie, ale i to nie zawsze skutkowało.

    Był taki proces
    Do największych patologii towarzyszących procedurze wyjazdów Ślązaków do Niemiec dochodziło na Opolszczyźnie w latach 60. Łapówkarstwo milicjantów i esbeków, którzy byli związani z wydawaniem paszportów, przybrało takie rozmiary, że Ślązacy, zwykle pokornie znoszący fanaberie władzy, zaczęli pisać skargi do Warszawy. - Władza nie mogła już udawać, że nie ma problemu - mówi pracownik aparatu bezpieczeństwa, który dobrze pamięta tamte czasy. - Kilku opolskich milicjantów i esbeków poszło siedzieć, kilku wydalono ze służby, dwóch wysokich oficerów przeniesiono na brak nadzoru do Krakowa i Szczecina.
    W procesie wyszło na jaw, że w zamian za zezwolenie na wyjazd do Niemiec funkcjonariusze przyjmowali pieniądze, domy, ale także np. suto zakrapiane kolacje w opolskich restauracjach.
    Jeden ze świadków, proszący - jak wszyscy bohaterowie tamtych czasów - o zachowanie anonimowości:
    - Decyzje o zgodzie lub odmowie wyjazdu były podejmowane w Warszawie. Jak ktoś miał tam plecy, to wystarczy, że zadzwonił do kogo trzeba i do Opola przychodziła decyzja pozytywna. Ale były też bardziej prymitywne zagrywki. Np. podmienianie zgody dla różnych osób. Zgoda dla pana A. lądowała u pana B., który dał łapówkę, a pan A., który dostał w Warszawie zgodę na wyjazd, dostawał w Opolu odmowę.
    Świadek W.:
    - Za "ciężkiej komuny" niektórzy milicjanci nie mieli oporów, by chwalić się po wódce, że za psie pieniądze zdobyli dom. Sam słyszałem taką opowieść od byłego komisarza w komendzie powiatowej, który dziś już jest na emeryturze.

    Prawo mówi: nie
    W rodzinnym domu Weroniki B. z Jemielnicy, po przekazaniu go na Skarb Państwa, gmina urządziła przedszkole. Potem placówkę zlikwidowano, dom popadał w ruinę, dziś gmina podnajmuje go na ciastkarnię.
    B. zapowiada walkę o odzyskanie domu, który - jak twierdzi - został zabrany jej podstępem. Jak będzie trzeba, poskarży się w Strasburgu.
    Póki co napisała list do wojewody:
    "Zwracam się z prośbą o umożliwienie mi odzyskania mojego domu rodzinnego" - pisze B. "W 1979 roku moja matka została zmuszona do przekazania swojej nieruchomości na Skarb Państwa. Natomiast ja jako córka nie otrzymałam wyjazdu za przekazanie mienia mimo ubiegania się. Do dnia dzisiejszego zostałam w Polsce i z żalem obserwuję moją ojcowiznę. Cały majątek został przekazany za darmo, a koszty sądowe zostały pokryte przez matkę. Właścicielka już nie żyje, natomiast ja uważam, że mój dom rodzinny powinien wrócić do spadkobierców."
    Służby wojewody przekazały sprawę do gminy Jemielnica. Wójt Joachim Jelito, działacz mniejszości niemieckiej, mówi, że jest w trudnej sytuacji, bo doskonale rozumie krzywdę Ślązaków, którym nierzadko szantażem odbierano ojcowiznę, ale z drugiej strony musi stać na straży polskiego prawa. Dlatego też kilka dni temu odpisał B., że nie ma podstaw prawnych do oddania jej budynku.
    - Jest akt notarialny, jest księga wieczysta, według której mama tej pani zrzekła się nieruchomości dobrowolnie - mówi wójt. - Ja nie mam wpływu na to, by zmieniać księgi wieczyste. Ani tym bardziej bieg historii.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo