Najgorsza jest ta pustka...

    Najgorsza jest ta pustka...

    Krzysztof ZYZIK kzyzik@nto.pl

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Szelwicki łowi, Tomaszek biega, Medwid handluje, Szczygielski uczy, a Piątkowski pisze trylogię antykomunistyczną - byli opolscy parlamentarzyści po utracie władzy na nowo odnaleźli swoje miejsce w życiu.
    Bogdan Tomaszek na poważnie zaczął biegać dopiero po porażce wyborczej.

    Bogdan Tomaszek na poważnie zaczął biegać dopiero po porażce wyborczej.

    W czasach, kiedy dyżurnym tematem jest wymiana elit politycznych, a opozycja parlamentarna nawołuje do samorozwiązania Sejmu, parlamentarzyści nie mogą spać spokojnie. Większość z nich już myśli o nowym politycznym rozdaniu. A po cichu: co będę robił, jak mnie nie wybiorą? Jak to jest, powiedzieć o sobie: ja, jako były...

    To już koniec
    Byli opolscy parlamentarzyści III RP świetnie wiedzą, jak to jest. Wszyscy pamiętają ten dzień, kiedy wyborcy powiedzieli: wam już dziękujemy.
    - W żadnym wypadku nie był to dla mnie moment bolesny - zapewnia były poseł Unii Wolności Kazimierz Szczygielski. - Traktowałem zawód parlamentarzysty jako służbę ludziom, zostałem wynajęty do wykonania konkretnego zadania.
    Jeśli wyborcy doszli do wniosku, że robiłem to źle, to nie można się na nich obrażać. Oczywiście, mam refleksje, że wybory bywają dziś konkursem piękności, że sprawy programowe są spychane na drugi plan. Ale ja nie czuję w związku z tym goryczy, nie płaczę za światem jupiterów.
    Były poseł AWS Franciszek Szelwicki, nazywany jeszcze trzy lata temu pierwszym kadrowym Opolszczyzny, oswajał się z utratą władzy czytając spadające na łeb i szyję przedwyborcze sondaże.
    - Każdy dorosły człowiek wie, że nic nie jest wieczne - mówi. - I ja już o tym myślałem pierwszego dnia, kiedy wchodziłem do Sejmu. Pod koniec kadencji jeszcze miałem cień nadziei, choć sondaże były bolesne. Kiedy przegrałem, powiedziałem sobie: ot, kolejny cios w życiu. Jak stan wojenny. Nie z takich rzeczy człowiek się podnosił...
    Dla Władysława Medwida, byłego posła PSL, utrata władzy nie była szokiem.
    - Nie przeżywałem tego tak głęboko, bo moje posłowanie potraktowałem jako piękną życiową przygodę, która musiała się kiedyś skończyć - zapewnia.
    Z kolei były senator AWS Bogdan Tomaszek nie ukrywa, że porażka była dla niego przeżyciem.
    - Najbardziej niesamowite było odkrycie, że uznanie ludzkie jest odwrotnie proporcjonalne do wysiłku, jaki wkładałem w załatwienie jakiejś sprawy - mówi. - Sądziłem, że byłem dobrym senatorem, jednak ludzie ocenili to inaczej. A może pragnęli jakiejś generalnej zmiany, nie wiem...
    Jan Piątkowski, były poseł ZChN, gorycz porażki przeżywał dwa razy. Najpierw przegrał w 1993 roku, po skróconej kadencji Sejmu, a potem w 2001 roku, po dojściu do władzy SLD.
    - Jako zdeklarowanego antykomunistę najbardziej bolał mnie fakt, że władzę odbierają mi postkomuniści - mówi. - Gdybym przegrał z kimś bardziej przyzwoitym, żal nie byłby tak dotkliwy.

    Najpierw po kieszeni
    Różnica, jaką były parlamentarzysta czuje od razu - to lżejsza kieszeń. Większość opolskich posłów i senatorów musiała szybko zejść na ziemię i przypomnieć sobie, jak żyją ich wyborcy.
    - Człowiek już nie jest senatorem, ale jeszcze przez jakiś czas kończy załatwiać różne sprawy, jeszcze ludzie dzwonią, jeszcze trzeba gdzieś pojechać - mówi Bogdan Tomaszek. - A tu z dnia na dzień nie ma pieniędzy na biuro, darmowych pociągów, zwrotu za paliwo, samemu trzeba płacić za telefon. Pierwszy po zakończonej kadencji, osobiście opłacony przeze mnie rachunek telefoniczny ukryłem przed żoną, bo by się wystraszyła.
    Doktor Kazimierz Szczygielski po zakończonej kadencji Sejmu wrócił do Instytutu Śląskiego, w którym pensje różnią się zasadniczo od tych sejmowych.
    - Przez pierwszy rok mocno czułem tę różnicę - nie ukrywa były poseł. - Ale to się zaczyna wyrównywać, od kiedy mam główny etat na Politechnice Opolskiej. Radzę sobie, bo jestem nieuleczalnie chorym pracoholikiem.
    Po wyborach w 2001 roku najbardziej dostał po kieszeni Franciszek Szelwicki, który przeszedł na emeryturę i nigdzie nie dorabia. Emerytura jest wprawdzie wyższa od średniej krajowej, ale jak na przyzwyczajenia posła to marne pieniądze.
    - Biorę na rękę nieco ponad tysiąc pięćset - mówi Szelwicki. - Aby wyżyć, nie mogę za dużo jeździć po kraju, kupować nowych ubrań, odwiedzać restauracji. Na to wszystko mnie po prostu nie stać. Ale nie mogę narzekać, bo wiem, że ludzie żyją za 600 złotych i sobie radzą.
    Są i tacy byli posłowie, którzy finansowo zyskali po odejściu z Sejmu. Władysław Medwid po przegranych wyborach wrócił do wykonywania zawodu weterynarza. Zejście wprost z salonów sejmowych do chlewów i obór jakoś mu nie pasowało, więc zamiast jeździć na wizyty do gospodarstw, otworzył hurtownię leków dla zwierząt.
    - Finansowo na pewno nie straciłem - uśmiecha się. - Tym bardziej, że pensje poselskie w kadencji 1993-97 były niskie. Myśmy dopiero później uchwalili dla siebie gaże w wysokości podsekretarza stanu. Dziś uważam to za błąd, bo wielu ludzi idzie do Sejmu dla pieniędzy.
    Doktor Kazimierz Szczygielski dzieli dziś czas między pracę badawczą w Instytucie Śląskim i kształcenie studentów Politechniki Opolskiej.

    Na rybach Franciszek Szelwicki myśli o nowym politycznym rozdaniu.

    Na drugą stronę chodnika
    Najboleśniejsza dla byłych parlamentarzystów jest pustka, jaka się wokół nich wytwarza po odejściu ze stanowisk.
    - Nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że człowiek, który jeszcze niedawno mi czapkował, odwiedzał mnie w biurze i prosił o załatwienie różnych rzeczy, teraz na mój widok przechodzi na drugą stronę ulicy - mówi Franciszek Szelwicki. - Przypominałem sobie wtedy słowa mojego ojca, który mówił, że osoby, które nie potrafią czuć wdzięczności, nie zasługują na miano dobrych ludzi. Myślę, że to kwestia manier, wychowania. Kiedy spadłem z politycznego szczytu, szerokim łukiem zaczęli mnie omijać i prości ludzie, i część opolskiej inteligencji.
    Były senator Bogdan Tomaszek ma podobne odczucia:
    - Nigdy nie przywiązywałem wagi do zaszczytów i honorów, więc nawet bawiło mnie to czapkowanie, na zasadzie "wielce szanowny panie senatorze", "jego ekscelencjo Bogdanie Tomaszku". Ale nie mogłem pojąć, jak ci sami ludzie mogą tak nagle przestać człowieka zauważać. Przecież po wyborach nadal pozostałem tym samym Bogdanem Tomaszkiem.
    Władysław Medwid też poczuł więcej powietrza wokół siebie, ale zapewnia, że go to nawet śmieszyło.
    - Otaczali mnie wazeliniarze, którzy potrafili wydzwaniać i chwalić, jaką to świetną mowę miałem w Sejmie - wspomina. - A potem nagle przestali dzwonić, przychodzić. Mnie to nie bolało, bo jako lekarz weterynarii zawsze trzymałem się blisko ziemi. Mnie nie robiło różnicy, czy rozmawiam z chłopem, koniem czy z profesorem...
    Kazimierz Szczygielski twierdzi, że on tej pustki nie odczuł.
    - Nie odniosłem wrażenia, że zostałem odrzucony jako człowiek, osobowość - mówi. - Natomiast jako sprawę oczywistą uznałem, że odwiedza mnie mniej ludzi, że przestaję otrzymywać pewne zaproszenia. Nie mam dziś władzy rzeczywistej, w związku z tym trudno, abym był oblegany przez ludzi, którzy mają do władzy interes.

    Piwo sentymentalne...
    Wszyscy byli parlamentarzyści jak jeden mąż chwalą czasy własnych kadencji i psioczą na to, co dziś dzieje się w parlamencie. Przypominają, że kiedyś opolscy parlamentarzyści byli bardziej solidarni, potrafili się razem skrzyknąć, np. po to, by wywalczyć Uniwersytet Opolski albo obronić województwo.
    - Kiedyś jeździliśmy pociągiem w jednym przedziale - opowiada jeden z byłych posłów. - Szelwicki droczył się ze Szteligą, ale było przynajmniej wesoło. A teraz żrą się nawet w swoich partiach. Namysło ze Szteligą, Jarmuziewicz z Korzeniowskim, przykro na to patrzeć.
    Władysław Medwid często łapie się na tym, że włącza przed południem telewizor i wpada w trans, jakby jego duch unosił się nad salą plenarną. Mało tego. Sejmu tak mu brakuje, że będąc w Warszawie stara się go odwiedzać.
    - Jako były parlamentarzysta mam dożywotnią przepustkę - mówi. - Korzystam z niej często, jadam w sejmowej restauracji, spotykam kolegów posłów, porozmawiamy, pożartujemy. Wielokrotnie też wprowadzałem do Sejmu kolegów z nyskiego samorządu, choćby byłego i obecnego burmistrza.
    Do Sejmu lubi też wpadać Jacek Pawlicki, poseł PSL w latach 1993-97.
    - Lubię tam zjeść pierogi, napić się piwa - przyznaje.
    Franciszek Szelwicki rzadko wyjeżdża z rodzinnego Otmuchowa, ale kiedy jest w Warszawie, to też chętnie zajrzy na Wiejską.
    - Ale zawsze przy okazji coś pożytecznego załatwiam - zastrzega. - Z sejmowej restauracji nie korzystam, nie stołowałem się w niej nawet jako poseł, bo jest za droga, poza tym po sejmowym jedzeniu paliła mnie zgaga.

    Doktor Kazimierz Szczygielski dzieli dziś czas między pracę badawczą w Instytucie Śląskim i kształcenie studentów Politechniki Opolskiej.

    Bogdana Tomaszka nie ciągnie do Senatu, choć czasem śledzi obrady w telewizji.
    - Litość człowieka bierze, patrząc na poziom wielu parlamentarzystów - komentuje.
    Jan Piątkowski potakuje:
    - Kiedy oglądam w telewizji wyczyny obecnych posłów to jestem przekonany, że lepszy był nawet Sejm kontraktowy.
    Wiejska ciągle kusi
    Kazimierz Szczygielski dzieli dziś czas między pracę badawczą w Instytucie Śląskim i kształcenie studentów Politechniki Opolskiej. Jest też szefem Unii Wolności na Opolszczyźnie. Gdyby kilka lat temu przeszedł do Platformy Obywatelskiej, jak wielu jego przyjaciół, byłby dziś numerem jeden na liście wyborczej przyszłej partii władzy. Nie żałuje jednak, że pozostał unitą, choć partia ciągle nie może się pozbierać po klęsce wyborczej z 2001 roku.
    - Nie wiem, czy będę kandydował w przyszłych wyborach, nie jest to takie oczywiste - mówi. - Mamy nową sytuację, wchodzimy do Unii Europejskiej, polityce potrzeba świeżej krwi.
    Jacek Pawlicki zasmakował władzy nie tylko jako poseł PSL, ale także jako dwukrotnie wybierany burmistrz Byczyny. Jednak kilka lat temu usunął się w cień, zaszył się w lasach turawskich, jest dyrektorem ośrodka wypoczynkowego służby więziennej "Korab".
    - Do polityki się zraziłem, bo w moim PSL-u było za dużo głupków i krętaczy - mówi. - Partii nie chciałem zmieniać, więc w ogóle odszedłem z życia publicznego. Teraz żyje mi się spokojniej.
    Z PSL wypisał się też Władysław Medwid, dziś właściciel weterynaryjnej hurtowni w Sowinie pod Nysą. Interes przynosi dochód, ale prawdziwe spełnienie daje mu tylko polityka.
    - Dlatego rozważam, czy nie wstąpić do Inicjatywy dla Polski byłej minister skarbu Aldony Kameli-Sowińskiej - mówi Medwid. - Chętnie widziałbym się znów w Sejmie. Mam tam ciągle wielu znajomych: Krzysia Janika, Jasia Rokitę...
    Jan Piątkowski, kiedy tylko przeszedł na emeryturę, napisał książkę "Dotyk zbrodni - Katyń". To pierwsza część zapowiadanej przez byłego posła "trylogii antykomunistycznej".
    - Publikacja traktuje o tym, co zrobiłem dla ujawnienia kulisów tej zbrodni jako minister sprawiedliwości i jak Suchocka z Cimoszewiczem chcieli mnie za to zniszczyć - mówi były poseł ZChN.
    Franciszek Szelwicki też nie potrafi spokojnie wysiedzieć w papciach przed telewizorem. Woli wpatrywać się w spławik nad Jeziorem Otmuchowskim. Kiedy tak przesiaduje godzinami, nie myśli o leszczach i sandaczach, ale o nowym politycznym rozdaniu, w które zamierza wejść jako poseł szerzej jeszcze nie znanej partii Republikański Ruch Społeczny. Właśnie zaczął budować jej struktury na Opolszczyźnie.
    - Przez ten cały czas, kiedy jestem poza Sejmem, nikt nie wpadł na pomysł, aby wykorzystać moją wiedzę, kontakty - mówi. - Niektórym się wydaje, że Szelwicki już się skończył. A ja wciąż na telefon mogę załatwić więcej niż niejeden aktualny poseł oficjalnymi pismami.
    Były senator Bogdan Tomaszek nie łaknie już szerokich wpływów. Cieszy się spokojnym życiem rodzinnym w starej, wiejskiej chałupie na peryferiach Kędzierzyna, którą nieustannie remontuje. Do popołudnia pochłania go praca naukowa w Instytucie Ciężkiej Syntezy Organicznej, ale już po 15.00 wskakuje w adidasy, dres i biegnie przed siebie.
    - Biegać na poważnie zacząłem po porażce wyborczej, kiedy nagle zacząłem mieć za dużo wolnego czasu - mówi. - Dziennie robię 10 do 20 kilometrów. W drogę zabieram jakiś temat, biegnę i rozmyślam. Las, pola, łąki - jak się zamyślę, to jestem w stanie dobiec do Góry Świętej Anny. Czy myślę o parlamencie? Na razie nie...

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo