Dariusz Łątka: Nie muszę być sztywniakiem

Redakcja
– By zoperować tętniaka czy naczyniaka w mózgu, trzeba ukończyć najwyższy etap szkolenia neurochirurgicznego. A ja lubię wyzwania – mówi dr Łątka.
– By zoperować tętniaka czy naczyniaka w mózgu, trzeba ukończyć najwyższy etap szkolenia neurochirurgicznego. A ja lubię wyzwania – mówi dr Łątka. Paweł Stauffer
Cieszy się uznaniem w kraju i za granicą. Jest pasjonatem szkoleń i uczył się u światowych sław. Sam wykonał już tyle operacji, że nie potrafi ich zliczyć. Doktor Dariusz Łątka od ponad 20 lat uprawia elitarny zawód neurochirurga.

W jego gabinecie, na ścianie na wprost wejścia, wiszą zdjęcia największych sław w dziedzinie neurochirurgii. Wśród nich jest prof. Robert Spetzer z ośrodka w Phoenix w Arizonie, u którego m.in. się szkolił.

- To jeden z moich guru, najwybitniejszy chirurg naczyniowy, który już w wieku 40 lat został honorowym członkiem Towarzystwa Neurochirurgów w Ameryce, co jest niebywałym osiągnięciem - podkreśla dr n. med. Dariusz Łątka, ordynator Oddziału Neurochirurgii WCM w Opolu.

- Patrzyłem jak urzeczony, jak on operuje, poznałem też jego uroczą żonę Nancy, bo oboje prowadzą dom otwarty i chętnie zapraszają do siebie lekarzy z całego świata. Takich chwil się nie zapomina. Chciałbym, żeby kiedyś na tej samej ścianie znalazło się również moje zdjęcie. To moje skryte, dość nieskromne marzenie.

Sztuka rysowania konia

Neurochirurgiem nie można zostać z przypadku, bo jest to praca nietypowa. Trzeba się w niej wykazać doskonałą znajomością anatomii, intuicją, odpornością psychiczną i pewnym sprytem.

- Aby wykonać jakiś zabieg w mózgu, należy mieć dobrą wyobraźnię przestrzenną, gdyż nie można obejrzeć tego narządu z każdej strony - podkreśla dr Dariusz Łątka. - Pole operacyjne w tym przypadku jest bardzo małe, ale głębokie, co uniemożliwia trójwymiarową ocenę. Musimy się posługiwać specjalnym mikroskopem, który pozwala zajrzeć bardzo głęboko. Z

a pomocą odpowiednich narzędzi otwieramy sobie korytarz operacyjny, odsuwamy tkanki na bok i dopiero wtedy docieramy do chorego miejsca. Trudność polega na tym, że tkanka mózgu jest dość jednolita, to tak jakby poruszać się w kostce masła. Największym wyzwaniem dla neurochirurga jest nie pogubić się w tym polu operacyjnym.

Trzeba niezwykle umiejętnie się w nim poruszać, wyczuwać podświadomie subtelności tkanki. Czasami o życiu pacjenta decydują bowiem milimetry.

Chirurg ogólny czy ortopeda ma za zadanie chore miejsce znaleźć, wyciąć i może to zrobić z pewnym marginesem bezpieczeństwa. Natomiast neurochirurg nie może sobie na to pozwolić, ponieważ w mózgu nie ma niczego niepotrzebnego.

- Dlatego neurochirurgia ma coś wspólnego ze sztuką, gdyż granica między ogromnym sukcesem a porażką jest bardzo cienka - zaznacza ordynator opolskiego oddziału. - Neurochirurg może się jednak tej sztuki nauczyć, nabywa jej wraz z doświadczeniem. Obecnie sytuacja i tak jest o wiele lepsza niż jeszcze kilka lat temu, gdyż z pomocą przychodzi nam nawigacja operacyjna, która pozwala zlokalizować końce narzędzi, którymi operujemy mózg. To supernowoczesny wynalazek.

Ale i tak selekcja do tego zawodu musi być ostra, bo nie ma tu miejsca na pobłażanie, myślenie "może mi się jednak uda tę specjalizację ukończyć i zostać neurochirurgiem". Lekarze po studiach, którzy przychodzą do doktora Łątki na wstępną rozmowę, są zwykle mocno zaskoczeni, gdy słyszą: proszę narysować… konia.

- To nie jest żaden ekstrawagancki wymysł, tylko to mi pozwala wyrobić sobie zdanie na ich temat - tłumaczy ordynator. - Mogę w ten sposób sprawdzić, czy mają wymaganą wyobraźnię i potrafią zachować proporcje, gdyż jest to zwierzę bardzo trudne do przeniesienia na papier.

Ja im mówię wprost: "Jeśli, bracie, nie umiesz narysować konia, to nie masz czego szukać w neurochirurgii". To nie znaczy, że kogoś to dyskwalifikuje, ale powinno dać do myślenia. Miałem rezydenta, któremu rysunek wypadł słabo, ale mimo to chciał zostać na oddziale. Po jakimś czasie jednak sam uznał, że się nie nadaje i zrezygnował.

Na początku adept neurochirurgii zajmuje się tylko neurotraumatologią, czyli pacjentami z urazami. Operuje krwiaki wewnątrzczaszkowe, do czego nie potrzeba aż tak dużej precyzji.

Dopiero jak się w to zaangażuje, upłyną dwa lata, może się brać do prawdziwej roboty. Jeśli wtedy wyjdzie, że nie ma zdolności manualnych, to tylko szkoda zmarnowanego czasu. Lepiej więc przejść pomyślnie test z koniem albo zawczasu zrezygnować, a z urażoną ambicją dać sobie spokój.

W neurochirurgii niezwykle ważna jest też umiejętność podejmowania decyzji pod presją. Chodzi o takie sytuacje, gdy w trakcie operacji coś idzie nie tak, pojawiają się komplikacje i trzeba szybko postanowić, co dalej. Zakrada się stres, drżą ręce, łatwo o katastrofę. Dlatego neurochirurg nieodporny na stres może być nawet geniuszem, ale i tak do zawodu się nie nadaje.

Obecnie dr Łątka jest szefem szkolenia AOSpine na Polskę. Teraz on uczy innych, jak powinno się wykonywać operacje kręgosłupa, zgodnie z najnowszymi światowymi tendencjami. Opolski ordynator ceni sobie tę nominację szczególnie, gdyż wybrali go w drodze głosowania koledzy po fachu, środowisko, które zna siebie doskonale.

Mistrz i uczeń

Dariusz Łątka ukończył w 1989 r. Wydział Lekarski Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu z wyróżnieniem. W 1992 r. zaliczył specjalizację I stopnia z neurochirurgii, a w 1995 - specjalizację II stopnia z neurochirurgii i neurotraumatologii.

O tym, że zostanie neurochirurgiem, zadecydowało spotkanie z dwiema nietuzinkowymi osobami. Pierwszą z nich była pani adiunkt Władysława Karmańska, wykładowczyni anatomii. Miała specjalizację z neurologii i konika na punkcie układu nerwowego.

- Nikt ze studentów nie chciał należeć do jej grupy , bo była bardzo wymagająca - wspomina dr Łątka. - Ale wykłady, które prowadziła, były tak perfekcyjne, że słuchałem ich z zapartym tchem. Pani doktor rysowała schematy, w których precyzyjnie zaznaczała uszkodzone miejsca w układzie nerwowym i jakie objawy to powoduje.

Dzięki temu po zakończeniu kursu anatomii człowieka byłem największym ekspertem w dziedzinie budowy układu nerwowego.

Druga wybitna osobowość, która wywarła na niego ogromny wpływ, to prof. Ryszard Mrówka, pionier polskiej mikroneurochirurgii, ówczesny kierownik Katedry i Kliniki Neurochirurgii i Neurotraumatologii Śląskiej Akademii Medycznej w Bytomiu.

Jego zdjęcie wisi również w gabinecie ordynatora opolskiej neurochirurgii na honorowym miejscu. Dr Łątka odbył u niego staż podyplomowy, był asystentem, a następnie starszym asystentem, pod jego kierunkiem zrobił specjalizację II stopnia.

- Zanim jednak do tego doszło, miałem wątpliwości, czy mogę uprawiać ten elitarny zawód, ze względu na moją wadę wzroku, krótkowzroczność - wyznaje opolski lekarz. - Profesor Mrówka szybko jednak rozwiał moje obawy: "Człowieku , to jest specjalizacja dla ciebie, ponieważ neurochirurg posługuje się mikroskopem". To był wspaniały szef.

Teraz bardzo wiele się zmieniło w mentalności ordynatorów, ale kiedyś panował system feudalny, wszyscy musieli im się podporządkować. Natomiast na neurochirurgii bytomskiej panowała serdeczna atmosfera, wszyscy szefa szanowali.

On był dla nas zawsze w zasięgu ręki, namawiał do nauki, kazał szperać w bibliotekach. Jeśli było trochę luzu na oddziale, to wpadał do pokoju lekarskiego i mówił: "Chłopaki, widzę, że się nudzicie, zróbmy sobie lekcję angielskiego". Jeśli chodzi o słownictwo, zwłaszcza specjalistyczne, był nie do pokonania.

- Wtedy nie mieliśmy dostępu do zagranicznej literatury medycznej, więc z konieczności kserowaliśmy artykuły i tłumaczyliśmy je na język polski - opowiada dr Łątka. - Przedruk z zachodniego czasopisma kosztował kilkadziesiąt dolarów, a my, po przeliczeniu, zarabialiśmy tylko 12-14 dolarów miesięcznie.

Potem, gdy znaleźliśmy sponsorów, zaczęliśmy coraz częściej jeździć na szkolenia. Profesor Mrówka nas do tego gorąco zachęcał. On był samoukiem i chciał, żebyśmy mieli od niego lepszy start.

Dzięki temu uczestniczyłem m.in. w prestiżowym kursie Europejskich Federacji Towarzystw Neurochirurgicznych (EANS), który był poświęcony pięciu dziedzinom. Co roku, przez pięć lat z rzędu, odbywał się w innym kraju. Było na nim tylko 5-6 Polaków na 200 uczestników. To było coś na wyrost, jakbyśmy zrobili pierwszy krok na Księżycu, odkrywali coś zupełnie nowego.

Dinozaur lubi wyzwania

Choroby, których leczeniem para się neurochirurgia, to: urazy, nowotwory, tętniaki i naczyniaki mózgu, schorzenia kręgosłupa. Jego ulubioną dziedziną jest mikroneurochirurgia naczyniowa.

- Bo jest najbardziej wyrafinowana - podkreśla Dariusz Łątka. - Żeby zoperować tętniaka czy naczyniaka w mózgu, trzeba ukończyć najwyższy etap szkolenia neurochirurgicznego. A ja lubię wyzwania.

Czuję się już jednak dinozaurem, jeśli chodzi o tego typu zabiegi. Bowiem kiedyś musieliśmy wszystkie takie przypadki operować, a teraz, wraz z rozwojem radiologii interwencyjnej, tradycyjna metoda operowania powolutku odchodzi do lamusa. Umiejętność ta, nad czym ubolewam, będzie z czasem zanikała. Bo nie zawsze i we wszystkim nawet najlepszego specjalistę może zastąpić maszyna czy sprytny radiolog interwencyjny.

Jeśli chodzi o chirurgię kręgosłupa, bardzo lubi też spondyloortopedię szyjną. To dział najdynamiczniej rozwijający się. Doktor Łątka pokazuje kolorowy model kręgów szyjnych, który stoi na jego biurku, pod ręką, aby mógł wszystko precyzyjnie wytłumaczyć pacjentom.

- Czy pani wie, że kręgi szyjne operuje się z przodu? - pyta i od razu odpowiada, widząc moje zaskoczenie. - Pacjenci też się dziwią, ale tak jest bezpieczniej. Niektórzy, uzbrojeni w wiedzę z internetu, martwią się, że coś im uszkodzimy, głośno wyrażają swoje obawy, więc ich od razu uspokajam: "Pan sobie zaśnie, a my w tym czasie na pewno sobie poradzimy".

Pacjenci, zwłaszcza kobiety, mają też inny dylemat, że blizna z przodu szyi będzie ich szpecić. Ale i na to znaleźliśmy rozwiązanie. Wiąże się z tym nawet pewna historia.

Pewnego dnia przyszła na rozmowę bardzo elegancka pacjentka. - Pod koniec rozmowy tłumaczę jej, żeby się nie obawiała, bo cięcie jak zwykle ukryję w zmarszczce - wspomina ordynator. - Na co padła oburzona odpowiedź: "Przecież ja nie mam na szyi żadnej zmarszczki!". Muszę teraz bardzo uważać, żeby więcej nie popełnić podobnej gafy.

Choć na co dzień ma bardzo często do czynienia z cierpiącymi pacjentami i bardzo ciężkimi chorobami, stara się stworzyć w gabinecie i na swoim oddziale luźną atmosferę. Nie jest nadęty i nieprzystępny, jak niektórzy ordynatorzy.

- Bo ja jestem raczej wesoły chłopak - mówi o sobie. - Gdyby pacjenci trafiali na śmiertelnie poważną osobę udzielającą im pomocy, to nie wpływałoby to dobrze na ich psychikę.

Ja intuicyjnie wyczuwam, że jako chory wolałbym mieć do czynienia z otwartym lekarzem, który mi powie: niech się pan nie martwi, panujemy nad tym. Wolałbym widzieć lekarza, który jest uśmiechnięty i pewny siebie, że ten mecz można wygrać.

Ordynator jest partnerem

W roku 1996 obronił doktorat z neurotraumatologii, wyróżniony przez rektora ŚLAM. Rok później rozpoczął pracę na Oddziale Neurochirurgii Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu, z którym jest związany do dziś.

Najpierw był starszym asystentem, potem zastępcą ordynatora, a od 2004 r. jest ordynatorem tego oddziału. Wprowadził na nim anglosaski model zarządzania. Polega on na tym, że lekarze są dla siebie partnerami, natomiast jest ktoś, kto ma większe doświadczenie i prowadzi oddział. Tak jest w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii.

- Taki sposób zarządzania oddziałem dowartościowuje poszczególnych lekarzy, bo jeśli ktoś jest za coś odpowiedzialny, to stara się to robić dobrze - uważa dr Dariusz Łątka. - Chciałem taki model stworzyć, żeby każdy w czymś się specjalizował, był superekspertem w swojej dziedzinie dla pozostałych, nadawał ton i to mi się chyba udało.

Gdybym tylko wydawał rozkazy, to efekty byłyby bez porównania mniejsze, a ludzie nie mieliby radości z wykonywanej pracy. W miarę doświadczenia każdy nabiera trików i też może szefowi swój trik sprzedać. Ja jestem całkowicie o nich spokojny, że sobie poradzą. Gdyby coś neurochirurgicznego wydarzyło się mnie lub mojej rodzinie, to oddaję się w ręce partnerów. Nawet lepiej by to zrobili niż ja. Potrzeba na to było jednak kilku ostatnich lat.

Norma europejska przewiduje, że neurochirurg powinien wykonywać więcej niż 100 operacji rocznie, żeby zachować biegłość w zawodzie. Na opolskim oddziale lekarze przeprowadzają ich średnio ponad 200.

- Ja sam bardzo dużo operuję, lubię atmosferę bloku operacyjnego, lubię pracę w dobrym zespole - przyznaje ordynator. - Tam jest moje miejsce, a nie przy papierach. Choć niezbędną pracę przy biurku też muszę wykonać.

Mieliśmy trochę przerwy z powodu uszkodzonego mikroskopu, ale sprzęt został doraźnie naprawiony, a wynajęte urządzenia na ten czas (mikroskop i ramię C) pozwoliły nam operować równocześnie na dwóch salach operacyjnych.

Trwa właśnie postępowanie przetargowe na nowy mikroskop operacyjny i podgląd radiologiczny, więc mam nadzieję, że zabezpieczy nas to przed podobnymi przygodami w przyszłości.

Moje miejsce jest w WCM

Od pewnego czasu głośno jest o powstaniu nowoczesnej prywatnej kliniki neurochirurgicznej w Kluczborku. Pojawiły się też plotki, że doktor Łątka jest z nią w jakiś sposób powiązany. On sam stanowczo dementuje te pogłoski.

- Mówiąc szczerze, inicjatywa prywatnej spółki z Kluczborka ciąży mi, bo wiem, że moje nazwisko jest nadmiernie kojarzone z tym przedsięwzięciem, ale to efekt bardziej mojego idealistycznego zapału we wspieraniu projektów służących rozwojowi neurochirurgii niż osobistego zaangażowania. Ja z tym przedsięwzięciem nie mam nic wspólnego, bo nie mam na to ani pieniędzy, ani czasu, ani formalnych możliwości.

Natomiast jako uczciwie podchodzący do swoich obowiązków konsultant wojewódzki ds. neurochirurgii nie mogłem nie poprzeć inicjatywy, która wychodzi naprzeciw problemom, z którymi na co dzień borykam się jako lekarz. W interesie społecznym leży zwiększenie dostępności do łóżek neurochirurgicznych.

Ja ten projekt pozytywnie opiniowałem i udzieliłem wszelkiej możliwej pomocy administracyjnej i doradczej inwestorom, którzy się o to do mnie zwrócili. Na tym moja rola i odpowiedzialność się kończy.

Doktor Łątka podkreśla, że konkurencja jest potrzebna i zdrowa, a brak rywalizacji demotywuje, usypia. - Starych drzew się jednak nie przesadza. Gdzie ja znajdę instrumentariuszkę, która podaje mi właściwe narzędzie do ręki, zanim ja wymyślę, jakie potrzebuję?

Mój związek ze szpitalem na Witosa ma cechy "macierzyńskie". Czuję się w dużej mierze tatą tego przedsięwzięcia, a ojcowie opuszczający swoje dzieci nie są godni żadnego szacunku. Mam do spłacenia ogromny dług wobec ludzi, którzy mi zaufali i umożliwili realizację moich zawodowych marzeń.

Kolejnym jest zbudowanie sali operacyjnej dla neurochirurgii na miarę XXI wieku, wykorzystującej wszystkie najnowocześniejsze technologie.

Znalazł już dla niej lokalizację nad pomieszczeniem, w którym znajduje się rezonans magnetyczny, wystarczy dobudować piętro. Nadzieję na pozyskanie funduszy na ten cel widzi w drugiej transzy pieniędzy unijnych, które Polska ma otrzymać w 2014 r. Choć wie, że nie będzie łatwo, bo konkurentów do tego pomysłu może mieć wielu.

Nie obchodzi mnie, co powiedział Dorn

Zapytany o hobby, wylicza: narty, squash i odśnieżanie w zimie, żagle, tenis, golf i uprawa roli w lecie, nurkowanie, komputery i wariacje kulinarne przez cały rok.

Najlepiej odpoczywa, czego się nie wstydzi przyznać - rozpieszczając swego ukochanego labradora Udusia (ma też kotkę Fuczkę) oraz spełniając nawet najbardziej wymyślne zachcianki żony Marty, która jest doktorem nauk medycznych z neurologii. Żonę poznał na studiach, na wykładach z anatomii, i od tamtej pory jest jego wielką miłością.

- Mam pełną świadomość, że nie zasłużyłem na taką żonę - dodaje - ot, farciarz. Mają syna Kajetana, studenta Wydziału Lekarskiego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Rokitnicy. Syn na razie nie wybrał jeszcze dziedziny, w której chciałby się specjalizować. Póki co chętnie przyjeżdża do domu na weekendy i gotuje rodzicom wymyślne dania.

Dariusz Łątka jest otwarty na świat i ludzi, a tego luzu, którego Polakom ciągle jeszcze brakuje, nauczył się zapewne, bywając w świecie. Już nikogo nie dziwi, że operuje w kolorowych czapeczkach, ozdobionych postaciami z kreskówek.

W internecie można obejrzeć jego rodzinę, dom, samochód, zdjęcia z podróży. Chyba jako jedyny z opolskiego środowiska medycznego zdobył się na taką odwagę. - A dlaczego by nie, wszystko co osiągnąłem w życiu, osiągnąłem uczciwie, swoimi rękami - odpowiada. - Ja pamiętam słynne powiedzenie Ludwika Dorna "pokaż lekarzu, co masz w garażu", ale obchodzą mnie jedynie opinie ludzi, którzy sami potrafią coś pożytecznego zrobić.

W jego gabinecie przyciąga wzrok małe pole golfowe: zielony dywanik, dołki i piłki. Bo to niecodzienny widok. Ordynator w powszechnym mniemaniu powinien być dostojny i sztywno siedzieć za swoim biurkiem, a tu nic podobnego.

- Gdy mam wolną chwilę, między operacjami i przyjęciami pacjentów, wtedy sobie gram i to mnie uspokaja, uwalnia napięcie zwłaszcza po szczególnie trudnym zabiegu - wyznaje mój rozmówca.
Ale to nie wszystkie jego pasje, gdyż od kilku miesięcy uczy się intensywnie hiszpańskiego. Gdy kilka dni temu na oddziale zjawiły się praktykantki z Hiszpanii, które studiują w Opolu fizjoterapię, były mile zaskoczone, gdy ordynator przywitał je w ich języku.

- Ja jestem zakręcony na punkcie szkoleń, jak też uczenia się ciągle czegoś nowego - kończy rozmowę Dariusz Łątka. - Dla mnie to oczywiste. Poza tym moja Martusia twierdzi, że to chroni przed alzheimerem.

Portretem dr. Dariusza Łątki otwieramy cykl tekstów o utytułowanych opolskich lekarzach.

Osiągniecia

Dr Dariusz Łątka brał udział w prestiżowych stażach i kursach zagranicznych w zakresie pełnoprofilowej neurochirurgii, m.in. chirurgii podstawy czaszki u prof. Volkera Seiferta (Frankfurt, Niemcy), anatomii mikroneurochirurgicznej u prof. Alberta Rhotona (Gainesville,Fl, USA), neurochirurgii onkologicznej u prof. Osamy Al Mefty, neurochirurgii naczyniowej u prof. Gaziego Yasargila (St. Louis, Mo, USA), neurochirurgii czynnościowej u prof. Roberta Spetzlera (Phoenix, Az, USA), oraz licznych specjalistycznych szkoleniach z zakresu dostępów operacyjnych i instrumentacji wewnętrznej kręgosłupa (Memphis, Tn - USA, Salzburg - Austria, Leiden - Holandia, Barcelona i Alicante - Hiszpania, Davos - Szwajcaria, Kuala Lumpur - Malezja). Ukończył pełny cykl szkoleń organizowanych przez Europejską Federację Towarzystw Neurochirurgicznych (EANS) koniecznych do uzyskania European Board in Neurosurgery (Klagenfurt, Aalborg, Southampton, Funchal).

Jest m.in. inicjatorem i organizatorem pierwszej edycji Polskiej Szkoły Chirurgii Kręgosłupa,założycielem i szefem Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Neurochirurgii na Opolszczyźnie, inicjatorem powstania platformy internetowej dla pacjentów i profesjonalistów drkregoslup.pl.

Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Neurochirurgów, Polskiego Towarzystwa Chirurgów Kręgosłupa, podobnych towarzystw w Stanach Zjednoczonych. Jest m.in. autorem ponad 100 publikacji w fachowej prasie krajowej i zagranicznej, współautorem 2 podręczników, przeprowadził kilkadziesiąt wykładów na zagranicznych sympozjach i konferencjach naukowych.

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
ob.

Z opinii wynika ze to kawał chama który wzbogaca się na ludzkiej krzywdzie.Takie typy powinny być eliminowane ze struktur lekarskich jak karaluchy.

j
job
W dniu 05.01.2013 o 11:43, Ewa napisał:

Zrobiło mi się gorąco po przeczytaniu artykułu o doktorze Łątce w dzisiejszej NTO. Nie mam tu zamiaru opiniować jego pracy jako lekarza - jestem laikiem i wierzę w jego liczne talenty. Nadmienię jednak o jego podejściu do pacjentów oraz ich rodzin. Mój ojciec 15 miesięcy walczył z nieuleczalną chorobą - glejakiem mózgu IV stopnia. Po rezonansie padł wyrok - wiedzieliśmy, że jest bardzo źle. Mimo to tato żył ze świadomością niedługiej śmierci, poddał się dwóm operacjom u doktora Łątki na oddziale, z dnia na dzień przestał chodzić, mówić, wykonywac najprostsze czynności. Ani ojciec ani my jako jego najbliżsi nie usłyszeliśmy żadnych słów wsparcia. Pan doktor Latka, jak twierdz w artykule, jest wesołkiem. Po wznowie guza u taty i kolejnej operacji, która niczego nie zmieniła moja mama usłyszała m.in. w towarzystwie całej świty lekarsko-pielęgniarskiej podczas obchodu lekarskiego takie pytanie doktora: "A co to? Pan jeszcze u nas? Niech pan wraca do domu, żona pana nie kocha?" Tata leżał wtedy w ciężkim stanie, a pan doktor pozwalal sobie na bezczelne, uszczypliwe, bardzo niestosowne uwagi. Może dla niego było to zabawne, że kolejny pacjent umiera? Może oprócz niezwykłej wiedzy, mnogości specjalistycznych szkoleń z zakresu neurochirurgii winien przejść również całą serię tych z zakresu pomocy psychologicznej pacjentom w stanach ciężkim i jego rodzinom? Powtarzam jak mantrę: nie usłyszeliśmy nic pozytywnego, ŻADNEGO słowa wsparcia. Gdzie się podziała lekarska empatia? Została "znieczulona" podczas kolejnego fantastycznego szkolenia zagranicznego?Mój tata nie żyje już 11 miesięcy, ostatnie dwa miesiące opiekowaliśmy się nim dzień i noc w ramach hospicjum domowego. Ja, mama, brat z rodziną przeszliśmy bardzo ciężko jego odejście. Nie ma go, a mógł jeszcze żyć (miał 60 lat), Panu doktorowi nie mamy za co dziękować - niech dalej uprawia swojego golfa i nurkuje. Bo do kontaktów z drugim człowiekiem absolutnie się nie nadaje.

j
job
W dniu 05.01.2013 o 11:43, Ewa napisał:

Zrobiło mi się gorąco po przeczytaniu artykułu o doktorze Łątce w dzisiejszej NTO. Nie mam tu zamiaru opiniować jego pracy jako lekarza - jestem laikiem i wierzę w jego liczne talenty. Nadmienię jednak o jego podejściu do pacjentów oraz ich rodzin. Mój ojciec 15 miesięcy walczył z nieuleczalną chorobą - glejakiem mózgu IV stopnia. Po rezonansie padł wyrok - wiedzieliśmy, że jest bardzo źle. Mimo to tato żył ze świadomością niedługiej śmierci, poddał się dwóm operacjom u doktora Łątki na oddziale, z dnia na dzień przestał chodzić, mówić, wykonywac najprostsze czynności. Ani ojciec ani my jako jego najbliżsi nie usłyszeliśmy żadnych słów wsparcia. Pan doktor Latka, jak twierdz w artykule, jest wesołkiem. Po wznowie guza u taty i kolejnej operacji, która niczego nie zmieniła moja mama usłyszała m.in. w towarzystwie całej świty lekarsko-pielęgniarskiej podczas obchodu lekarskiego takie pytanie doktora: "A co to? Pan jeszcze u nas? Niech pan wraca do domu, żona pana nie kocha?" Tata leżał wtedy w ciężkim stanie, a pan doktor pozwalal sobie na bezczelne, uszczypliwe, bardzo niestosowne uwagi. Może dla niego było to zabawne, że kolejny pacjent umiera? Może oprócz niezwykłej wiedzy, mnogości specjalistycznych szkoleń z zakresu neurochirurgii winien przejść również całą serię tych z zakresu pomocy psychologicznej pacjentom w stanach ciężkim i jego rodzinom? Powtarzam jak mantrę: nie usłyszeliśmy nic pozytywnego, ŻADNEGO słowa wsparcia. Gdzie się podziała lekarska empatia? Została "znieczulona" podczas kolejnego fantastycznego szkolenia zagranicznego?Mój tata nie żyje już 11 miesięcy, ostatnie dwa miesiące opiekowaliśmy się nim dzień i noc w ramach hospicjum domowego. Ja, mama, brat z rodziną przeszliśmy bardzo ciężko jego odejście. Nie ma go, a mógł jeszcze żyć (miał 60 lat), Panu doktorowi nie mamy za co dziękować - niech dalej uprawia swojego golfa i nurkuje. Bo do kontaktów z drugim człowiekiem absolutnie się nie nadaje.

h
halina
W dniu 05.01.2013 o 11:43, Ewa napisał:

Zrobiło mi się gorąco po przeczytaniu artykułu o doktorze Łątce w dzisiejszej NTO. Nie mam tu zamiaru opiniować jego pracy jako lekarza - jestem laikiem i wierzę w jego liczne talenty. Nadmienię jednak o jego podejściu do pacjentów oraz ich rodzin. Mój ojciec 15 miesięcy walczył z nieuleczalną chorobą - glejakiem mózgu IV stopnia. Po rezonansie padł wyrok - wiedzieliśmy, że jest bardzo źle. Mimo to tato żył ze świadomością niedługiej śmierci, poddał się dwóm operacjom u doktora Łątki na oddziale, z dnia na dzień przestał chodzić, mówić, wykonywac najprostsze czynności. Ani ojciec ani my jako jego najbliżsi nie usłyszeliśmy żadnych słów wsparcia. Pan doktor Latka, jak twierdz w artykule, jest wesołkiem. Po wznowie guza u taty i kolejnej operacji, która niczego nie zmieniła moja mama usłyszała m.in. w towarzystwie całej świty lekarsko-pielęgniarskiej podczas obchodu lekarskiego takie pytanie doktora: "A co to? Pan jeszcze u nas? Niech pan wraca do domu, żona pana nie kocha?" Tata leżał wtedy w ciężkim stanie, a pan doktor pozwalal sobie na bezczelne, uszczypliwe, bardzo niestosowne uwagi. Może dla niego było to zabawne, że kolejny pacjent umiera? Może oprócz niezwykłej wiedzy, mnogości specjalistycznych szkoleń z zakresu neurochirurgii winien przejść również całą serię tych z zakresu pomocy psychologicznej pacjentom w stanach ciężkim i jego rodzinom? Powtarzam jak mantrę: nie usłyszeliśmy nic pozytywnego, ŻADNEGO słowa wsparcia. Gdzie się podziała lekarska empatia? Została "znieczulona" podczas kolejnego fantastycznego szkolenia zagranicznego?Mój tata nie żyje już 11 miesięcy, ostatnie dwa miesiące opiekowaliśmy się nim dzień i noc w ramach hospicjum domowego. Ja, mama, brat z rodziną przeszliśmy bardzo ciężko jego odejście. Nie ma go, a mógł jeszcze żyć (miał 60 lat), Panu doktorowi nie mamy za co dziękować - niech dalej uprawia swojego golfa i nurkuje. Bo do kontaktów z drugim człowiekiem absolutnie się nie nadaje.

to prawda mruk,prawdziwy buc i chodzi mu  tylko o pieniądze .Na badania to do Kluczborka -do swoich i tylko  proszę dwie stówki,dwie stówki dwie stówki

X
XJ220

I dlatego, że w służbie zdrowia pracują takie buce należy przywieźć z Azji z 10.000 lekarzy wszech specjalizacji i niech nas leczą... a nie takie pączki się panoszą na prawo i lewo bo wiedzą, że chorzy i tak nie mają wyjścia i nawet jak im nasrają na głowę, to ci do nich wrócą... straszne to, uciekajmy z tego chorego kraju...

(*)

potwierdzam, taka sama sytuacja z moja mamą- dr Łątka i Kita to samo zachowanie zero empatii, wręcz szyderczy i lekceważący stosunek do pacjenta...a nie każdy ma kasę by im podsunąc na golfa czy nurkowanie. Daleko im do prawdziwych lekarzy. Może fach posiadają, ale zero w nich umiejętności podejścia do pacjenta

M
Maria

To, co napisała Pani Ewa jest całkowitą prawdą ! Pan doktor nie tylko lekceważąco traktuje sawoich pacjentów i praktycznie nie zajmuje się nimi. Jak już dojdzie do powikłań i uszkodzeń w wyniku źle wykonanej operacji najchętniej pozbyłby się kłopotliwych pacjentów z Oddziału.

E
Ewa

Zrobiło mi się gorąco po przeczytaniu artykułu o doktorze Łątce w dzisiejszej NTO. Nie mam tu zamiaru opiniować jego pracy jako lekarza - jestem laikiem i wierzę w jego liczne talenty. Nadmienię jednak o jego podejściu do pacjentów oraz ich rodzin. Mój ojciec 15 miesięcy walczył z nieuleczalną chorobą - glejakiem mózgu IV stopnia. Po rezonansie padł wyrok - wiedzieliśmy, że jest bardzo źle. Mimo to tato żył ze świadomością niedługiej śmierci, poddał się dwóm operacjom u doktora Łątki na oddziale, z dnia na dzień przestał chodzić, mówić, wykonywac najprostsze czynności. Ani ojciec ani my jako jego najbliżsi nie usłyszeliśmy żadnych słów wsparcia. Pan doktor Latka, jak twierdz w artykule, jest wesołkiem. Po wznowie guza u taty i kolejnej operacji, która niczego nie zmieniła moja mama usłyszała m.in. w towarzystwie całej świty lekarsko-pielęgniarskiej podczas obchodu lekarskiego takie pytanie doktora: "A co to? Pan jeszcze u nas? Niech pan wraca do domu, żona pana nie kocha?" Tata leżał wtedy w ciężkim stanie, a pan doktor pozwalal sobie na bezczelne, uszczypliwe, bardzo niestosowne uwagi. Może dla niego było to zabawne, że kolejny pacjent umiera? Może oprócz niezwykłej wiedzy, mnogości specjalistycznych szkoleń z zakresu neurochirurgii winien przejść również całą serię tych z zakresu pomocy psychologicznej pacjentom w stanach ciężkim i jego rodzinom? Powtarzam jak mantrę: nie usłyszeliśmy nic pozytywnego, ŻADNEGO słowa wsparcia. Gdzie się podziała lekarska empatia? Została "znieczulona" podczas kolejnego fantastycznego szkolenia zagranicznego?
Mój tata nie żyje już 11 miesięcy, ostatnie dwa miesiące opiekowaliśmy się nim dzień i noc w ramach hospicjum domowego. Ja, mama, brat z rodziną przeszliśmy bardzo ciężko jego odejście. Nie ma go, a mógł jeszcze żyć (miał 60 lat), Panu doktorowi nie mamy za co dziękować - niech dalej uprawia swojego golfa i nurkuje. Bo do kontaktów z drugim człowiekiem absolutnie się nie nadaje.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3